Wolność dała nam otwartość na seks

Rozmawiała Magdalena Dubrowska
04.06.2009 aktualizacja: 2009-06-04 10:39
A A A Drukuj
Lew Starowicz Fot. Waldemar Kompała / AG
W Warszawie w szybkim tempie można zrobić karierę, wznieść się na wyżyny. Zaczyna działać afrodyzjak władzy, ludzie naprawdę wierzą, że są wielcy. I stają się też bardziej otwarci na seks.
Magdalena Dubrowska: Ilu było seksuologów w 1989 r.?

Prof. Zbigniew Lew-Starowicz: W Warszawie najwyżej siedmiu. Dziś jest trzydziestu.

A pacjentów?

- Stolica jest nietypowa, bo do seksuologów przyjeżdżają też pacjenci z małych miast, gdzie nie ma takiej specjalizacji. Nigdy na brak pacjentów nie narzekaliśmy. Ja mam zawsze komplet. Ale skoro jest więcej seksuologów, to jest też więcej pacjentów.

Wynika z tego, że zmieniło się też postrzeganie seksuologa...

- Trzykrotnie prowadziłem na ten temat badania i zmiany są wyraźne. Dzisiaj seksuolog jest postrzegany jako profesjonalista tak jak laryngolog czy kardiolog. Wtedy to jeszcze było coś sensacyjnego. Do seksuologów podchodziło się z dystansem i nieufnością. Koledzy lekarze też nie traktowali poważnie tej specjalizacji. Ale na tę zmianę nie tyle wpłynęła transformacja ustrojowa, co sukces viagry. Media rzetelnie zajęły się wówczas tematyką patologii seksualności, problemami i chorobami, a przede wszystkim metodami leczenia.

Czy seksualność warszawiaków różni się od mieszkańców innych miast?

- W Warszawie jest mało ludności zasiedziałej, jak np. w Poznaniu czy Krakowie, a dużo napływowej. W związku z tym stosunek do seksu jest mniej tradycyjny, konserwatywny. Nikt nie robił badań seksu warszawiaków, ale myślę, że jako mieszkańcy stolicy jesteśmy bardziej liberalni i otwarci na inne prądy. Ponadto w Warszawie w szybkim tempie można zrobić karierę, wznieść się na wyżyny. Zaczyna działać afrodyzjak władzy, ludzie naprawdę wierzą, że są wielcy. I stają się też bardziej otwarci na seks. To nie przypadek, że wszystkie afery seksualne mają miejsce właśnie na olimpie warszawskim. Weźmy kazus Kazimierza Marcinkiewicza. Wyszedł z wielodzietnej, pobożnej rodziny. Przez wiele lat głosił chrześcijańskie wartości, a teraz opowiada o swoim życiu seksualnym. Tak działa władza.

Czy tak samo działała w 1989 r.?

- Oczywiście. Inaczej było za rządów Gomułki, który był purytański jak mnich. Wówczas koryfeusze PZPR niczym się nie różnili w poglądach na seks od proboszczów. W tym przypadku afrodyzjak władzy nie miał szansy zadziałać, bo szef wzywał na dywanik nawet z powodu rozwodu. Ale od czasu ekipy Gierka, a zwłaszcza Rakowskiego, już było przyzwolenie.

Mówimy o pędzie do kariery, a podobno właśnie dzisiaj, wskutek towarzyszących mu stresów, coraz częściej cierpimy na zahamowania seksualne.

- Stres jest zawsze jeden, zmieniają się tylko jego typy. Za komuny był stres wskutek strachu przed władzą. W 89 r. zastąpił go stres związany z inflacją i bezrobociem. Reforma Balcerowicza była dość drakońska, ceny poszły w górę, firmy i przedsiębiorstwa padały. Największy stres spowodowało masowe bezrobocie, którego Polska nie znała. To był szok.

Ale chyba zmieniły się problemy, z którymi ludzie przychodzą do seksuologa?

- Zaburzenia erekcji, zaburzenia orgazmu, popędu - panorama jest dosyć podobna. Są pewne przesunięcia, np. nie było kiedyś tak wielu przypadków uzależnienia od seksu. Teraz się bardzo dużo mówi o pedofilii, kiedyś cenzura nie pozwalała. Ale zmian w seksualności poszukiwałbym raczej w sferze obyczajowości. Obniżył się wiek inicjacji seksualnej, która ma miejsce np. w nocnych klubach. Zwiększa się liczba partnerów w ciągu życia i statystyka rozwodów. Ludzie później zawierają małżeństwa. Bycie singlem jest popularne i akceptowane. Katoliccy rodzice, którzy jeszcze w 89 r. nie przyjmowali do wiadomości, że ich dziecko żyje w związku na kocią łapę, i udawali, że seksu nie ma, dziś przyjmują to jako oczywistość.

Co wpłynęło na tę liberalizację obyczajów?

- Po pierwsze, internet, dostępność seksu w sieci. Czytelnik nawet nie zdaje sobie sprawy, jak wysoki odsetek moich pacjentów i jak często sięga do seksu w internecie. Bardzo zróżnicowanego. Po drugie, Polacy zaczęli wyjeżdżać, wyszli z zaścianka, trochę się przewietrzyli. Dziś młodzież wie, jak się postrzega seks w innych krajach Unii Europejskiej. Ale wbrew pozorom uważam, że młode pokolenie ma dziś mniejszą aktywność seksualną niż przed 89 r. Wie, że może dużo osiągnąć, studiuje na kilku kierunkach, pracuje. W czasach komuny profesor uniwersytetu i robotnik dostawali taką samą pensję i mieszkali w tych samych blokach. A teraz ludzie nastawieni są na zarabianie i konsumpcję. Jest więcej pokus: galerie handlowe, kina, kluby. Obecna młodzież po prostu nie ma czasu na seks. A wcześniej to była forma spędzania wolnego czasu. W telewizji nie było czego oglądać.

W 1989 r. już chyba było.

- I wtedy nastąpiło spełnienie mitu seksu na Zachodzie. Dostępność pornografii, swoboda mówienia o seksie, to, czego zazdrościliśmy Zachodowi, stało się faktem. W Warszawie zaczęły masowo powstawać sex-shopy, np. przy Hotelu Polonia, w pawilonach na Marszałkowskiej. Fajny sex-shopik był na Madalińskiego. I nagle szok, wielki szum, obraza moralności. Jako biegły sądowy musiałem robić inspekcje, co tam wystawiają. Opiniowałem też świerszczyki. W skali tygodnia oglądałem setki zdjęć, tysiące kaset wideo. Nastąpił wysyp agencji towarzyskich, dziesiątek na terenie Warszawy. Pojawiły się ulotki za wycieraczkami samochodów. Przecież wcześniej nie było prostytucji.

Jak to?

- W Warszawie, jeżeli ktoś szukał prostytutki, to miał do wyboru tylko ul. Poznańską o marnej reputacji albo luksusowe hotele, ale trochę się bano luksusowych prostytutek. Że mają powiązania z bezpieką. Nikt nie wierzył, że one sobie tak beztrosko hasają po tych Victoriach. A w 89 r. mamy nagle zatrzęsienie agencji, na ul. Żurawiej, Nowogrodzkiej.

Podziel się

  • Wolność dała nam otwartość na seks indie7 04.06.09, 10:18

    Homoseksulalistow jest od 4 do 7 procent w spoleczenstwie. Wiec co dwodziesty czlowiek. Pora by nawet w Katotalibanie sie do tego przyzwyczajono!»

Najnowsze wiadomości z Warszawy