Eurowybory w Warszawie: zwycięzcy jęczą

Iwona Szpala Jan Fusiecki
09.06.2009 aktualizacja: 2009-06-08 23:16
A A A Drukuj
Europosłanka PO Danuta Huebner Fot. Jarosław Kubalski / AG
  • Europoseł PO Paweł Zalewski
  • Europoseł PO Rafał Trzaskowski
  • Europoseł SLD Wojciech Olejniczak
  • Europoseł PiS Michał Kamiński
Platforma liczyła na więcej, działacze PiS słaby wynik starają się przekuć w sukces, w SLD przyznają, że ich partia wypadła marnie. Nawet zwycięskie partie nie są zadowolone z wyników wyborów do Parlamentu Europejskiego w Warszawie.
 0,05MB
0,05MB
W porównaniu z wynikami poprzednich eurowyborów Platforma Obywatelska wypadła w Warszawie wyśmienicie. Uzyskała tu wynik trzykrotnie lepszy. Zaś na liderkę listy Danutę Hubner zagłosowało pięć razy więcej warszawiaków niż na lidera listy PO w 2004 r. Pawła Piskorskiego.

Jednak z tego wyniku nikt w PO specjalnie się nie cieszy, bo przedwyborcze sondaże mówiły o 60 proc. poparciu dla partii Tuska i czterech mandatach dla Platformy z Warszawy i okolicznych powiatów. Skończyło się na 52 proc. głosów, co dało PO trzy miejsca w europarlamencie. Długo ważyło się, czy czwarte dostanie poseł i satyryk Tadeusz Ross. Ostatecznie zostaje w Warszawie.

Oficjalnie działacze PO odtrąbili sukces, ale w kuluarach narzekają. - Te wybory to porażka partyjnego aparatu - mówią nieoficjalnie. Przypominają, że warszawskimi posłami z listy PO zostali politycy spoza partyjnej elity. Danuta Hubner nie należy do PO, a jej biografia mówi o ścisłych związkach z lewicą. Kolejny zwycięzca Paweł Zalewski to wieloletni działacz PiS, który zasilił szeregi PO dopiero w trakcie kampanii wyborczej. Również Rafał Trzaskowski, który ma liście trzeci wynik, cieszy się opinią znawcy problematyki europejskiej, ale do Platformy nie należy.

Najmocniej promowani przez władze regionu kandydaci przepadli. Mimo wysokiej, trzeciej pozycji na liście euromandatu nie zdobył politolog i jeden z najaktywniejszych radnych sejmiku Mazowsza Grzegorz Kostrzewa-Zorbas. Przepadł Dominique Lesage, architekt, reżyser teatralny, który dostał się na listę dzięki wsparciu Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, szefowej warszawskiej PO.

Ziobryści kontra spin doktorzy

Rozliczenia w PiS zaczęły się chwilę po ogłoszeniu wyników sondażowych. Jedyny mandat dla tej partii zdobył warszawski lider listy Michał Kamiński. Kiedy w wieczór wyborczy ogłaszał: "Zrobiliśmy pierwszy krok, by odbić Warszawę dla PiS", w kuluarach debatowano nad nieobecnością Zbigniewa Ziobry i Jacka Kurskiego. - To była sensacja i rzecz symptomatyczna - mówi nam uczestnik wyborczej fety.

Jeden z posłów PiS: - W partii wszyscy wiedzą, że w Warszawie mogliśmy wypaść lepiej, gdybyśmy postawili na innego lidera. Michał ma silny, negatywny elektorat, co pokazały wewnątrzpartyjne badania.

Jak twierdzą nasi rozmówcy, były próby kwestionowania kampanijnej strategii PiS. Jednak na razie dostęp do "ucha prezesa" ma Kamiński. - Dokonał "zajęcia ciałem": przesiaduje w gabinecie Jarosława Kaczyńskiego i opowiada mu, jaki to PiS odniósł sukces - mówią w PiS.

Wczoraj strategię kampanii swojej partii skrytykowali Zbigniew Ziobro z Arkadiuszem Mularczykiem. Ten ostatni, sam był obiektem kuluarowych układanek: jako poseł z nowosądeckiego, zamiast do Krakowa trafił na warszawską listę PiS.

- Żeby nie miał za łatwo, spin doktorzy [Michał Kamiński i Adam Bielan] namówili Jarosława Kaczyńskiego, by zgodził się na dwa obciążniki, czyli Elkę Jakubiak i Pawła Poncyljusza - opowiada nam jeden z posłów PiS.

To nie koniec PiS-owskich opowieści o dręczeniu Mularczyka: - Z polecenia Jarosława Kaczyńskiego z promowania Arka musiał wycofać się Ziobro. Była to potężna wojna ziobrystów ze spin doktorami.

- A kiedy okazało się, że Mularczyk i tak zrobił dobry wynik, Kamiński zaczął chodzić po ludziach i pytać: "Czy ja się w ogóle dostałem?" - mówi polityk PiS.

Dla partyjnych szeregów drugi w PiS wynik Mularczyka (przeszło 53 tys. głosów) był zaskoczeniem. Stawiali na Poncyljusza, który miał aktywną kampanię i postawił na wielkomiejski, nieagresywny wizerunek PiS. Arkadiusz Mularczyk miał inny atut: namaszczenie o. Tadeusza Rydzyka.

Za mało posągowy

Wbrew sondażowym wyrokom i części mediów, które od niedzieli wieczór nie dawały szans na mandat Wojciechowi Olejniczakowi, lider listy SLD wchodzi do parlamentu europejskiego z trzecim wynikiem w okręgu warszawskim. - Nie wiem, dlaczego uparcie powtarzano informację, że się nie dostał. My od godz. 5 rano po symulacjach prowadzonych w siedzibie na Rozbrat byliśmy pewni jego sukcesu - mówi Jerzy Budzyn ze sztabu krajowego SLD.

Jednak warszawscy działacze Sojuszu nie są zadowoleni, bo ich partia dostała w stolicy 11, 3 proc. poparcia. To wynik o jeden punkt procentowy słabszy od średniej krajowej.

- Wojtek maksymalnie się odkrył. Nie tylko chodzi o to, że rozpiął koszulę i pokazał owłosioną klatkę piersiową, ale był bardzo ludzki - słyszymy od jednego z działaczy z ul. Rozbrat. - Fachowcy ocenili jego kampanię bardzo wysoko. Ale wynik pokazuje, że dla naszego elektoratu, na taki wizerunek jeszcze zbyt wcześnie. Wolą bardziej posągowych polityków.

Inni działacze Sojuszu utyskują, że lista Olejniczaka przyciągnęła wyłącznie stały, wierny, elektorat SLD. - Wyborców, których można ulokować między lewicą a centrum zagospodarowała Platforma, wystawiając Danutę Hubner oraz Centrolewica, której listę otwierał Dariusz Rosati - mówią w SLD.

Przeczytaj także: Danuta Hübner: nie ma czasu na naukę



Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy