Fenomen flash mobu nad Wisłą

Marta Mazuś
29.06.2009 aktualizacja: 2009-07-01 15:37
A A A Drukuj
Bitwa na poduszki przed stacją Centrum Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
  • Akcja Fresh mob na Dworcu Centralnym
  • Bitwa na poduszki w Warszawie
  • Bitwa na poduszki w Warszawie
Zbierają się w jednym miejscu, robią coś absurdalnego i znikają. Mówią: - Nie ma nas. Jesteśmy tylko fatamorganą.
SONDAŻ
Co sądzisz o akcjach flash mob?

To sesnowny sposób spędzania wolnego czasu
Fajna zabawa, ale raczej dla małolatów
Zupełny bezsens
Nie mam zdania

Przy fontannie w parku Świętokrzyskim gromadzą się ludzie. Jest ich niemal setka. Wybierają się razem na niedzielny spacer.

Na Marszałkowskiej ustawiają się jeden za drugim i robią długiego węża. Slalomem biegną między przechodniami.

Na placu przed stacją metra Centrum, zwanym potocznie "patelnią", padają na ziemię.

Ulicą Chmielną przelatują, naśladując odgłosy samolotów i wyciągając ramiona niczym skrzydła. Dolatują do Nowego Światu, mijając kolejkę rodziców z dziećmi stojących po pączki.

Dziecko: - Mamo, a dlaczego oni tak robią?

Matka: - Najarali się, to latają.

Na Nowym Świecie, po dwóch stronach ulicy, zastygają zwinięci w kulki niczym kamienie.

Pod Pałacem Prezydenckim składają kilka stosownych pokłonów.

Pod Kolumną Zygmunta zachwycają się niewidocznym dla innych niezidentyfikowanym obiektem latającym na niebie.

Przy pomniku Syrenki na Rynku Starego Miasta ucinają sobie na ziemi drzemkę.

Starsza pani z ławki: - Zapalenia płuc dostaniecie, jajniki sobie przeziębicie, dzieci nie będziecie rodzić!

Jej siedząca obok koleżanka: - O to będą martwić się jutro. Teraz ważne jest dziś.

Kup dywanik miłości

Działo się to w pierwszy dzień marca. Nazwa przedsięwzięcia - flash mob. Umówionego dnia o konkretnej godzinie nieznani sobie ludzie, zwykle skrzyknięci przez internet, zbierają się w jednym miejscu, przez chwilę robią coś absurdalnego i szybko się rozchodzą.

Flash moba wymyślił w 2003 r. Bill Wasik, redaktor "Harper's Magazine". W jednym z nowojorskich sklepów ponadstuosobowa grupa kupowała razem dywanik miłości dla swojej komuny.

W Polsce jedną z pierwszych grup organizujących flash moby był Warszawski Front Abstrakcyjny. Zachwalali mydło pod Rotundą ("Jakie rewelacyjne rysy!", "Czy to model z 1999 r.?"), siłą wzroku próbowali przesunąć sklep z zegarkami, oceniali styl jazdy kierowców autobusów, wysysali energię z miasta. Ich ostatnią akcją było świętowanie 2010 roku już 17 stycznia 2009 r.

Student z Warszawy, który dokumentował te akcje: - WFA to była klasa sama w sobie - autorskie pomysły, świetni, zaangażowani ludzie. Ich akcje nie były kopiami z Zachodu, tak jak jest teraz. Teraz akcji wciąż jest mnóstwo, ale wiele organizowanych przez firmy, jako happeningi reklamowe. To już nie są prawdziwe flash moby.

"Co oni, najarani wszyscy?", "Dom wariatów!"

To wypowiedzi osób, które szły pasażem Wiecha 10 lipca 2004 r. ok. godz. 16.08. Oczywiście nie był to dom wariatów. Kilkadziesiąt osób zebrało się na tyłach Galerii Centrum, żeby spróbować swoich sił w psychokinezie.

Tak pisze o swoich akcjach na stronie internetowej Warszawski Front Abstrakcyjny:

W pełnej koncentracji, z palcami przy skroniach, próbowaliśmy za pomocą siły woli przesunąć sklep z zegarkami. Czy nam się udało? Na pewno nie odrzuciło tego budynku na 30 m, ale możliwe, że spowodowaliśmy jakieś mikroprzesunięcia. A czy ty, idąc kiedyś pasażem za Galerią Centrum, będziesz potrafił oprzeć się pokusie, by nie obdarzyć pewnego niepozornego sklepu z zegarkami trochę głębszym spojrzeniem?



Puste miejsce po grupie szybko wypełniły inne, m.in. Warszawska Grupa Flash Mobowa. Nie zgadzają się na kontakty z prasą. Przestrzegają zasad: * akcja ma trwać maksymalnie sześć minut, * flash mob jest wydarzeniem apolitycznym i niekomercyjnym, * nie śmiecimy, * nie udzielamy wywiadów do prasy, radia, telewizji; wykręcamy się dowolnym tekstem: "O co chodzi?", "Zadaje pan dziwne pytania", "A świstak siedzi".

Marcina "Freja" ten regulamin śmieszy: - To bronienie głupiej idei. Bo po co wymyślono flash moba? Żeby się dobrze bawić. To jest dla mnie główna i jedyna idea takich akcji.

Przytul bliźniego swego

Marcin stworzył własną grupę - Do It 4 Fun. Zainspirowały go happeningi nowojorczyków z Improv Everywhere. Co miesiąc setki osób w różnych miejscach Nowego Jorku wykonują razem najdziwniejsze rzeczy wymyślone przez założyciela grupy, komika Charliego Todda. Przybijają piątki na schodach w metrze, jeżdżą bez spodni. - Ja zacząłem robić takie happeningi z nudów - twierdzi Marcin.





Trudno w to uwierzyć. Jest na trzecim roku pedagogiki. Studiuje dziennie i pracuje. Gra w teatrze studenckim, animuje grupę ministrantów, w wakacje jest opiekunem kolonijnym. Pracował jako konferansjer, prowadził imprezy plenerowe. Jest w trakcie szkolenia dla streetworkerów, chce pracować z dziećmi na Pradze.

W sobotę 25 września 2004 r. ku zdziwieniu kierowców autobusów linii 515, 409, 127, 508 i 519 Ochotnicza Jednodniowa Jednostka Egzaminacyjna WFA poddała ocenie ich umiejętności. Pierwszy autobus wjechał na przystanek prawie punktualnie. Kilkadziesiąt osób uniosło w górę kartki z ocenami. Sześć punktów, dziesięć punktów, jeden punkt. Jakaś starsza pani usilnie próbowała dowiedzieć się, "co oni krzyczeli?". Otrzymała odpowiedź: "Społeczeństwo ocenia styl jazdy kierowców autobusów." Były też bardziej standardowe komentarze: "Świeżo wypuszczeni z sanatorium", "Czy oni są psychiczni?". Nie jesteśmy. Po prostu nie boimy się oceniać prowadzących autobusy (Warszawski Front Abstrakcyjny)



Na jego akcjach zbierają się głównie gimnazjaliści i licealiści. - Widocznie jest im to potrzebne. Młodzi ludzie mają wokół siebie masę znajomych, ale tak naprawdę są sami. Nie ma między nimi więzi - uważa Marcin. - Nie wiem, czy takie akcje pomagają budować więzi, ale na pewno nie przeszkadzają. W spontanicznej sytuacji łatwiej się przełamać. I dzięki temu buduje się społeczność.

Znajomi z Do It 4 Fun mówią na niego "Freju". Podczas akcji jest zawsze w centrum uwagi. Co chwila dzwoni mu komórka. Przyznaje: - Jestem showmanem.

Ma wierną grupę pomocników i fanów. To ok. 60 osób. Przez forum na portalu społecznościowym Grono.net ciągle zgłaszają się nowe osoby z pomysłami.

Wystartował w lutym i zrobił już kilka akcji, m.in.: * zamarznięty Dworzec Centralny (na kilka minut grupa osób zastygła w miejscu), * przytulanie przechodniów w walentynki, * Fake Flash Mob Day (opisany na początku absurdalny spacer przez miasto), * Fresh Mob, czyli odświeżanie sprejami powietrza na Dworcu Centralnym. Marcin: - Zdaję sobie sprawę, że te pomysły są odtwórcze. Podobne akcje były już organizowane na świecie. Ktoś zaproponował mi kiedyś: "Przebierzmy się za Spartan i chodźmy w miasto". To nierealne. Najlepiej wychodzą happeningi organizowane w myśl zasady - minimum wkładu własnego, maksimum dobrej zabawy.



"Freju" konsekwentnie się tego trzyma. I ma wyniki. Akcja Fresh Mob zgromadziła aż 700 osób. Nie wiadomo tylko, czy taki sukces byłby możliwy, gdyby nie pomoc jednej z firm komórkowych, która postanowiła wykorzystać to wydarzenie w swojej kampanii reklamowej. W zamian za film z happeningu kupiła gadżety do odświeżania dworca - fartuchy, maski i spreje.

Zdejmij spodnie w metrze

- Takie akcje można sprzedać każdemu klientowi agencji reklamowej. Są proste, spontaniczne i nowatorskie. Tego wszyscy oczekują - mówi Michał Maciatek.

Jest pracownikiem agencji reklamowej. Tak samo jak Klara Markiewicz i Piotrek Wielądek. Razem założyli grupę Improv Warsaw. W pracy robią kampanie dla klientów, a po godzinach - miejskie akcje dla własnej przyjemności.

Zanim Klara trafiła do reklamy, była hostessą, pracowała w bibliotece, sprzedawała zestawy satelitarne, była opiekunką do dzieci i producentką w telewizji. W agencji poznała Michała. On też imał się wcześniej różnych prac - był barmanem, nosił stoły ping-pongowe w hurtowni, sprzedawał krzyżówki, obsługiwał kasę w nadmorskiej knajpie.

Dwa lata temu Klara znalazła w internecie film z happeningu grupy Improv Everywhere. Przesłała go do Michała. Oboje zachwycili się pomysłami Charliego Todda. Pokazali film Piotrkowi (w reklamie od 20. roku życia). A on zapytał: "Dlaczego tego nie zrobicie, skoro tak was to kręci?".

10 stycznia 2009 r., już jako grupa Improv Warsaw, usiedli bez spodni w wagoniku metra jadącego na Kabaty. - Morsowie albo jacyś z odchyłem - skwitowała jedna ze współpasażerek.

Piotrek: - Ludzie w metrze udawali, że to się wcale nie dzieje. Polacy mają kłopot z dystansem do siebie. Jesteśmy sztywni.

Stacja metra Świętokrzyska. Nadchodzi 17.11. Najbliższe pięć minut należy do nas! Wyssijmy całą energię abstrakcji zgromadzoną w materii Warszawy! Większość osób rzuca się na wmurowaną w chodnik pokrywę. Dwie osoby najwyraźniej chciały chłonąć całym ciałem, bo położyły się na chodniku. W pewnym momencie większość uczestników szczelnie otoczyła wejście do windy łączącej stację metra z powierzchnią ziemi. Najwyraźniej wysysaliśmy energię z wielkiego "M". Dwie osoby nie zwracały uwagi na to, co się dzieje obok nich i cały czas pozostając w przyklęku, konsekwentnie wysysały energię spod powierzchni ziemi. (Warszawski Front Abstrakcyjny)



O pomysłach na akcje rozmawiają na portalu społecznościowym Facebook. - Chcemy robić coś, co w nas samych budzi opór i mamy kłopot, żeby się przełamać. Taka walka z własnym cieniem - śmieje się Piotrek.

Michał: - Chcemy pokazać, że można coś w mieście zmienić w niestandardowy sposób.

Tak było np. z wyśmiewaniem fast foodów w centrum handlowym. Planowali elegancko się ubrać, jedna osoba miała być kelnerem, dwie klientami, chcieli wziąć ze sobą biały obrus, sztućce, wazonik z kwiatami i rozłożyć na fast foodowym stoliku. Kelner na tacy przyniósłby posiłek, który para z namaszczeniem by zjadła. Akcję organizowała Klara. Zgłosiło się 50 osób. Do centrum handlowego przyszła jedna. - Czułam się zawiedziona. Wszystkiego mi się wtedy odechciało - wzdycha Klara.

Zrobili spotkanie ewaluacyjne, podsumowali sukcesy i błędy. Nie poddają się. Michał: - Może przychodzi na nasze akcje mniej ludzi, ale nas nie interesują walki na poduszki czy wspólne skakanie. Staramy się, żeby to, co robimy, miało jakieś przesłanie.

Rąbnij poduszką sąsiada

Kwiecień, rozgrzany słońcem plac przed stacją metra Centrum. Zewsząd nadchodzą ludzie z różowymi poduchami pod pachą albo małymi jaśkami w dłoni. - 13.59! - wrzeszczy brodacz w bejsbolówce. - Dajemy! Rozpoczyna się bitwa. Jedna z poduszek pęka - w powietrze wystrzeliwuje chmura pierza. Tłum brodzi w białym puchu.





Robert Pańkowski wiedział, że jeśli na organizowaną przez niego walkę na poduszki zgłosiło się 470 osób, przyjdzie jedna czwarta. Tak samo było w ponad stu miastach na świecie, gdzie w ramach Międzynarodowego Dnia Walki na Poduszki odbywały się podobne bitwy. Inicjatorem akcji jest amerykański Urban Playground Movement - grupa, która happeningami chce odciągnąć ludzi od biernego, konsumpcyjnego i samotnego spędzania czasu.

Warszawa uczestniczyła w Międzynarodowym Dniu Walki na Poduszki po raz pierwszy. I tylko dlatego, że Robert nie poleciał do Sztokholmu. - Miałem odwiedzić przyjaciół. Zapisałem się tam na bitwę poduszkową. Wyjazd nie wypalił, ale szkoda było mi bitwy. Więc zorganizowałem ją w Warszawie - opowiada.

Przez 20 minut ok. stu osób w chmurze pierza okładało się jaśkami, różowymi poduchami, miękkimi wałkami. Z antresoli bitwę rejestrowały telewizyjne kamery.

Nie była to pierwsza akcja zorganizowana przez Roberta. Jako student i członek młodzieżówki Unii Wolności zwoływał wiece poparcia na rzecz pomarańczowej rewolucji na Ukrainie. Robert: - Lubię siłę tłumu. A takie miejskie akcje to dobry sposób na pozytywne wyładowanie energii. Wolę, żeby warszawiacy narzekali, że masa ludzi przyszła na walkę z poduszkami, niż skarżyli się, że jakaś grupa zdemolowała Stare Miasto. Ludzie mają potrzebę, żeby się bawić. Podczas takiej bitwy można się naśmiać, nakrzyczeć, stracić dech w piersiach.

Przeczytaj także: Dwie godziny absurdu w Warszawie





Podziel się

  • Niech zrobią coś pożytecznego tychik1 01.07.09, 20:16

    zasadzą jakieś drzewko,kwiatki,umyją ławkę,pozbierają śmieci,odwiedzą chorego starego,czy nawet coś ludziom zaśpiewają....»

  • polak moze by chcial ale nie moze wybitniemadry 02.07.09, 00:55

    tak zwane wartosci chrzescijanskie nie sprzyjaja tworczosci, zniewolony umysl polaka skazany jest na powielanie i calkowita hibernacje wolnej mysli»

  • Oglądajcie smutasy i lżyjcie p4p2pc 02.07.09, 08:27

    Cała listaszkodliwych, głupich, nieproduktywnych i zapewne inspirowanych przez szatanazachowań młodych wywrotowców i dewiantów z Białegostoku»

Najnowsze wiadomości z Warszawy