Chińczycy z Warszawy chcą wrócić do kraju

Julia Wizowska
17.07.2009 aktualizacja: 2009-07-17 09:15
A A A Drukuj
Chińskie ''miasteczko'' pod ambasadą w lipcu 2009 r. Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
47 robotników od kilku dni w spartańskich warunkach koczuje pod ambasadą Chin. Domagają się, by pomogła im wrócić do kraju.
SERWISY
Śpią na rzuconych na ziemię kocach, nad głową mają rozciągnięty czarny celofan, który ma chronić od deszczu. Trzymają też pod nim swój dobytek, chleb i wodę. Nie znają słowa po polsku ani angielsku. Można się z nimi porozumieć tylko za pomocą gestów i rysunków. Jeden z Chińczyków rysuje w zeszycie samolot i strzałkę - ma to znaczyć, że chce wrócić z Polski do swojego kraju. - Ci ludzie zostali zaangażowani przez chińskie firmy, mieli pracować na budowach u polskich deweloperów - mówi Aleksandra Minkiewicz z Amnesty International. - Gdy okazało się, że pracy mieć nie będą, postanowili wrócić. Nie mają jednak za co.

Chińczycy płacą duże pieniądze pośrednikom, którzy oferują im pomoc w załatwianiu dokumentów. Zadłużają się u rodziny. Gdy są już w Polsce, okazuje się, że firmy pośredniczące w ich wyjazdach były fikcyjne. Ludzie nie mają ani pracy, ani biletu powrotnego do domu.

Obecny protest pod ambasadą nie jest pierwszy. Robotnicy zbierają się tam od marca i przez kilka dni koczują na trawniku.

Pomóc Chińczykom mogłaby właśnie placówka dyplomatyczna. Koczujący pod ambasadą Chińczycy twierdzą jednak, że nikt nie chce ich wysłuchać. - Wiemy o tych robotnikach - mówi nam pracownik wydziału prasowego ambasady. - Czynimy kroki, by pomóc naszym obywatelom w powrocie do Chin. Zajmujemy się nimi od samego początku. Przyjmujemy ich, pomagamy kontaktować się z pracodawcami. To normalne spory handlowe w dobie kryzysu.

- Nie chcemy się mieszać do kwestii politycznych, ale apelujemy do warszawiaków, żeby przynieśli żywność Chińczykom koczującym pod ambasadą - mówi Aleksandra Minkiewicz.

Przeczytaj także: Chińczycy i warszawskie metro



Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy