Koczujący pod ambasadą: Chcemy do Chin!
18.07.2009
aktualizacja: 2009-07-17 23:00
Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
Warszawiacy i polskie urzędy ruszyli z pomocą 47 Chińczykom, którzy bez wody, jedzenia i pieniędzy koczują pod ambasadą swojego kraju. Jej dyplomaci odmawiają wsparcia oszukanym robotnikom budowlanym
ZOBACZ TAKŻE
- Chińczycy już nie koczują pod ambasadą (25-07-09, 22:15)
- Pomogą Chińczykom: dadzą im listę toalet (25-07-09, 09:00)
- Zbadają sprawę koczujących w stolicy Chińczyków (21-07-09, 18:14)
- Chińczycy czekają do skutku (21-07-09, 01:00)
- Wypadek i awantura pod ambasadą Chin (17-07-09, 13:52)
- "Wystawa do zobaczenia" - fotografie z Chin i Wietnamu (08-05-09, 17:56)
- Firmy z Chin i Indii chcą budować autostradę (29-04-09, 08:00)
SERWISY
O miasteczku namiotowym rozbitym przy ogrodzeniu ambasady ChRL wzdłuż Bonifraterskiej i Świętojerskiej pisaliśmy w piątkowej "Gazecie". Po naszym tekście zaczęli tam przyjeżdżać warszawiacy z prowiantem. - Zatrzymują się samochody, wysiadają z nich zwykli ludzie i dają Chińczykom reklamówki z żywnością i wodą - opowiadał nam pan Paweł, policjant, który w piątek pełnił służbę przy chińskiej placówce.
Jego koledzy też włączyli się do akcji pomocy - radiowozy pojechały do ratusza po wodę podarowaną przez warszawskich urzędników. Miasto zorganizowało też koczującym przenośne toalety. Nikt ich stąd nie wyrzuca, bo ratusz uznał, że trawnik to teren Warszawy przy granicy z Chinami. Policja zaoferowała protestującym miejsca w hotelu pracowniczym, ale nie skorzystali z tej propozycji.
- Doskonale ich rozumiem. Tu, pod bramą ambasady mogą o sobie przypominać. Boją się, że jak nie będą tu na co dzień, to nikt nie spełni ich żądań - powiedział Krzysztof Dąbrowski, którego z kolejnymi zgrzewkami wody wysłał na Bonifraterską wojewoda mazowiecki. Podkreślał, że jego urząd zaangażował wszystkie podległe mu organa, by pomóc Azjatom. - Po niedzieli odbędzie się kontrola Państwowej Inspekcji Pracy, która ustali, jakich naruszeń dopuściła się firma zatrudniająca tych robotników. MSZ przez cały czas utrzymuje kontakt z ambasadą.
Ambasada tylko obiecuje
Ta nie jest jednak chętna do udzielania pomocy swoim obywatelom. - Chcemy, żeby ambasada pomogła nam w powrocie do domu. O to ich prosiliśmy, ale nie wiemy, jaką dostaniemy odpowiedź i kiedy. Ani czy w ogóle... - przekazał "Gazecie" przy pomocy tłumacza jeden z Chińczyków.
W piątek po południu zaczęli głośno protestować pod bramą wjazdową do ambasady. Chwilę wcześniej na Świętojerskiej samochód potrącił jednego z mężczyzn z miasteczka namiotowego. Rannego ze złamaną ręką zabrała do szpitala karetka pogotowia. Pozostali Chińczycy nalegali na rozmowę z przedstawicielami ambasady, domagając się wsparcia finansowego. Do wzburzonego tłumu wyszło dwóch pracowników wydziału handlowego przy ambasadzie. Po pół godzinie wrócili do środka. Co ustalono? - Nic nie powiem. Oficjalny komunikat może zostać ogłoszony dopiero za tydzień - oświadczył pracownik wydziału prasowego ambasady.
Chiński robotnik w Polsce
W Polsce w podobnej sytuacji co protestujący w Warszawie jest ponad 400 osób. - Pochodzę z Fukien (we wschodnich Chinach) - mówi jeden z mężczyzn z miasteczka przed ambasadą. Historia, którą opowiedział z kolegami "Gazecie", brzmi jak zły sen. Pracę w nieznanej im Polsce proponowała firma pośrednictwa pracy w Szanghaju. Obiecała im po 3 euro za godzinę, pięć razy tyle, ile zarabia robotnik w Chinach. Pracować mieli po 250 godzin w miesiącu (w ich ojczyźnie to normalne), ale za 700 euro miesięcznie, plus darmowe wyżywienie i zakwaterowanie. Za to wszystko i za wizę każdy zapłacił po 1500 dol. pośrednikowi. Pieniądze zbierali wśród rodzin, również tych dalszych. Pracować mieli legalnie: mężczyźni pokazują kopię umowy o pracy po chińsku. W paszportach mają polskie wizy na dwa lata z odpowiednimi pieczątkami. Bilet lotniczy do Polski (w jedną stronę) kupili sobie sami. Wierzyli, że przez dwa lata w Europie spłacą długi i się dorobią.
Kłopoty zaczęły się zaraz po przyjeździe do Polski. Chińczycy zaczęli pracę pod Ursusem na budowie firmy JW. Construction, największego dewelopera w Polsce. - Warunki były w porządku, jak w Chinach - oceniają nasi rozmówcy. Firma Eko-Energia, ich polski pracodawca, nie chciała jednak podpisać z nimi umowy. Przez tłumacza przekazała, że "trzeba doprecyzować szczegóły". Nie było dla nich wyżywienia. Gdy skończyły im się zapasy żywności przywiezione z Chin, żyli o chlebie i wodzie, bo na nic więcej nie było ich stać. Po miesiącu spytali o wypłatę. - Wszystko będzie dobrze - uspokojono ich - tylko pracujcie pilnie. Gdy po dwóch miesiącach zaczęli się domagać wypłaty, zostali zwolnieni.
Nasz rozmówca wyciąga pisemne uzasadnienie decyzji po chińsku i po polsku. Można w nim przeczytać m.in., że "w związku z naruszeniem dyscypliny pracy, uchylaniem się od obowiązku pracy, zorganizowaniem nielegalnego strajku oraz podejmowaniem przez część pracowników nielegalnej pracy na terenie Polski, a także w związku z niewywiązywaniem się przez pracodawcę chińskiego firmy Fujian Huamin Overseas Employment, Helly Overseas Employment i Lin Baotong z obowiązku uregulowania kosztów hotelu oraz zapewnienia biletu powrotnego do Chin dla swoich pracowników informujemy, że z dniem 18 czerwca: tj. z dniem porzucenia miejsca pracy ustały wszystkie obowiązki naszej firmy w stosunku do pracowników firmy Fujian".
Chińczykom kazano wyjechać z Polski do 12 lipca, grożąc, że w przeciwnym razie firma zawiadomi Straż Graniczną i zostaną deportowani. Od niedzieli pracownicy sezonowi są bezdomni. Kazano im się wynieść z hotelu robotniczego przy pl. Czerwca 1976 r. 3 w Ursusie. Firma anulowała im też wszystkie pozwolenia na zatrudnienie i wizy w Polsce. Zagroziła pisemnie, że jeśli spróbują podjąć inną pracę, polskie prawo ich ukarze. - Wyjazd do innego kraju UE potraktowany zostanie jako nielegalne przekroczenie granicy i podlega karze - pod pismem figuruje podpis Anny Chilkiewicz, prezes spółki Eko-Energia. oraz spółkiV-Agra z adresem w Warszawie.
- Będziemy tu siedzieć do skutku - mówią zdesperowani Chińczycy. Do ambasady chińskiej zgłosili się o pomoc 26 czerwca, ale nie zgodziła się, by weszli na jej teren. Ktoś się u nich pojawił i kazał czekać. Do kiedy? Nie wiedzą. Robotnicy wierzą twardo, że wrócą do Chin, odnajdą chińskiego pośrednika i wymuszą na nim zwrot pieniędzy.
Jego koledzy też włączyli się do akcji pomocy - radiowozy pojechały do ratusza po wodę podarowaną przez warszawskich urzędników. Miasto zorganizowało też koczującym przenośne toalety. Nikt ich stąd nie wyrzuca, bo ratusz uznał, że trawnik to teren Warszawy przy granicy z Chinami. Policja zaoferowała protestującym miejsca w hotelu pracowniczym, ale nie skorzystali z tej propozycji.
- Doskonale ich rozumiem. Tu, pod bramą ambasady mogą o sobie przypominać. Boją się, że jak nie będą tu na co dzień, to nikt nie spełni ich żądań - powiedział Krzysztof Dąbrowski, którego z kolejnymi zgrzewkami wody wysłał na Bonifraterską wojewoda mazowiecki. Podkreślał, że jego urząd zaangażował wszystkie podległe mu organa, by pomóc Azjatom. - Po niedzieli odbędzie się kontrola Państwowej Inspekcji Pracy, która ustali, jakich naruszeń dopuściła się firma zatrudniająca tych robotników. MSZ przez cały czas utrzymuje kontakt z ambasadą.
Ambasada tylko obiecuje
Ta nie jest jednak chętna do udzielania pomocy swoim obywatelom. - Chcemy, żeby ambasada pomogła nam w powrocie do domu. O to ich prosiliśmy, ale nie wiemy, jaką dostaniemy odpowiedź i kiedy. Ani czy w ogóle... - przekazał "Gazecie" przy pomocy tłumacza jeden z Chińczyków.
W piątek po południu zaczęli głośno protestować pod bramą wjazdową do ambasady. Chwilę wcześniej na Świętojerskiej samochód potrącił jednego z mężczyzn z miasteczka namiotowego. Rannego ze złamaną ręką zabrała do szpitala karetka pogotowia. Pozostali Chińczycy nalegali na rozmowę z przedstawicielami ambasady, domagając się wsparcia finansowego. Do wzburzonego tłumu wyszło dwóch pracowników wydziału handlowego przy ambasadzie. Po pół godzinie wrócili do środka. Co ustalono? - Nic nie powiem. Oficjalny komunikat może zostać ogłoszony dopiero za tydzień - oświadczył pracownik wydziału prasowego ambasady.
Chiński robotnik w Polsce
W Polsce w podobnej sytuacji co protestujący w Warszawie jest ponad 400 osób. - Pochodzę z Fukien (we wschodnich Chinach) - mówi jeden z mężczyzn z miasteczka przed ambasadą. Historia, którą opowiedział z kolegami "Gazecie", brzmi jak zły sen. Pracę w nieznanej im Polsce proponowała firma pośrednictwa pracy w Szanghaju. Obiecała im po 3 euro za godzinę, pięć razy tyle, ile zarabia robotnik w Chinach. Pracować mieli po 250 godzin w miesiącu (w ich ojczyźnie to normalne), ale za 700 euro miesięcznie, plus darmowe wyżywienie i zakwaterowanie. Za to wszystko i za wizę każdy zapłacił po 1500 dol. pośrednikowi. Pieniądze zbierali wśród rodzin, również tych dalszych. Pracować mieli legalnie: mężczyźni pokazują kopię umowy o pracy po chińsku. W paszportach mają polskie wizy na dwa lata z odpowiednimi pieczątkami. Bilet lotniczy do Polski (w jedną stronę) kupili sobie sami. Wierzyli, że przez dwa lata w Europie spłacą długi i się dorobią.
Kłopoty zaczęły się zaraz po przyjeździe do Polski. Chińczycy zaczęli pracę pod Ursusem na budowie firmy JW. Construction, największego dewelopera w Polsce. - Warunki były w porządku, jak w Chinach - oceniają nasi rozmówcy. Firma Eko-Energia, ich polski pracodawca, nie chciała jednak podpisać z nimi umowy. Przez tłumacza przekazała, że "trzeba doprecyzować szczegóły". Nie było dla nich wyżywienia. Gdy skończyły im się zapasy żywności przywiezione z Chin, żyli o chlebie i wodzie, bo na nic więcej nie było ich stać. Po miesiącu spytali o wypłatę. - Wszystko będzie dobrze - uspokojono ich - tylko pracujcie pilnie. Gdy po dwóch miesiącach zaczęli się domagać wypłaty, zostali zwolnieni.
Nasz rozmówca wyciąga pisemne uzasadnienie decyzji po chińsku i po polsku. Można w nim przeczytać m.in., że "w związku z naruszeniem dyscypliny pracy, uchylaniem się od obowiązku pracy, zorganizowaniem nielegalnego strajku oraz podejmowaniem przez część pracowników nielegalnej pracy na terenie Polski, a także w związku z niewywiązywaniem się przez pracodawcę chińskiego firmy Fujian Huamin Overseas Employment, Helly Overseas Employment i Lin Baotong z obowiązku uregulowania kosztów hotelu oraz zapewnienia biletu powrotnego do Chin dla swoich pracowników informujemy, że z dniem 18 czerwca: tj. z dniem porzucenia miejsca pracy ustały wszystkie obowiązki naszej firmy w stosunku do pracowników firmy Fujian".
Chińczykom kazano wyjechać z Polski do 12 lipca, grożąc, że w przeciwnym razie firma zawiadomi Straż Graniczną i zostaną deportowani. Od niedzieli pracownicy sezonowi są bezdomni. Kazano im się wynieść z hotelu robotniczego przy pl. Czerwca 1976 r. 3 w Ursusie. Firma anulowała im też wszystkie pozwolenia na zatrudnienie i wizy w Polsce. Zagroziła pisemnie, że jeśli spróbują podjąć inną pracę, polskie prawo ich ukarze. - Wyjazd do innego kraju UE potraktowany zostanie jako nielegalne przekroczenie granicy i podlega karze - pod pismem figuruje podpis Anny Chilkiewicz, prezes spółki Eko-Energia. oraz spółkiV-Agra z adresem w Warszawie.
- Będziemy tu siedzieć do skutku - mówią zdesperowani Chińczycy. Do ambasady chińskiej zgłosili się o pomoc 26 czerwca, ale nie zgodziła się, by weszli na jej teren. Ktoś się u nich pojawił i kazał czekać. Do kiedy? Nie wiedzą. Robotnicy wierzą twardo, że wrócą do Chin, odnajdą chińskiego pośrednika i wymuszą na nim zwrot pieniędzy.
Przeczytaj także: Okupuj Warszawę tak jak Chiny Tybet
-
zwykłe niewolnictwo...
kpix
18.07.09, 17:16
Firma powinna mieć wytoczony proces i odszkodowania powinny pójść na pokrycie wszelkich kosztów Chińczyków i zapłatę im.»
-
Koczujący pod ambasadą: Chcemy do Chin!
e-ftalo
19.07.09, 01:51
To się nazywa polskie skur.wysyństwo ,wyrzucić ludzi na bruk ,zagrozić pismemże będą ścigani i deprotowani jak spróbują podjąć pracę.I to polskaurzędniczka a nie chińska firma.Po prostu »
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Miał być ważny węzeł, ale zniknął. Gdzie jest Konotopa?
- Piątek na ulicach Warszawy [25.05.2012]
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Centrum tonie w reklamach. Najbrzydsze rondo w mieście?
- Masa Krytyczna: "My nie blokujemy ruchu"
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]


