Tajemniczy boss w różowym krawacie

rozmawiała Iwona Szpala
24.07.2009 aktualizacja: 2009-07-23 23:42
A A A Drukuj
Maciej Maciejowski, warszawski radny PiS .
Warszawski radny Maciej Maciejowski (PiS) był obecny przy wtorkowym szturmie ochroniarzy na halę KDT. Złożył w tej sprawie doniesienie do prokuratury.
"Gazeta": Domaga się pan serii postępowań prokuratorskich wobec komornika, ochroniarzy, którzy "dokonywali zatrzymań obywateli polskich; prezydent Warszawy, bo nie zatrzymała eksmisji; policji, bo była bierna. Pan też został zaatakowany, jak czytam w doniesieniu. Czuje się pan więc ofiarą zajść w hali KDT?

Maciej Maciejowski: Bezsilnym świadkiem dramatycznych wydarzeń, któremu nie udało się powstrzymać spirali przemocy sprowadzonej do hali KDT przez Hannę Gronkiewicz-Waltz i Platformę Obywatelską.

PiS poszedł tam grupą?

- Taka jest misja radnego, bez względu na konsekwencje, nawet możliwość pobicia. Podobną odwagą wykazał się kolega Sebastian Wierzbicki z SLD. Był z kupcami mimo niejasnych sygnałów politycznych płynących z jego partii. Jako funkcjonariusze publiczni uważaliśmy, że nasza obecność może uspokoić atmosferę.

Byliście rozpoznawalni w tłumie?

- Do chwili pierwszego szturmu, ok. godz. 8 rano występowaliśmy in cognito. Uaktywniliśmy się, gdy ochrona wrzuciła gaz do środka hali. Próbowaliśmy sprowadzić policję. Policjanci mówili nam, że prywatnie są przerażeni, ale służbowo - mają rozkazy. Usłyszałem od nich, że to drugi taki przypadek w historii, gdy wrzuca się gazy do zamkniętych pomieszczeń. W 1968 r. zomowcy zagazowali ludzi w kościele św. Krzyża. Teraz zrobiły to bandziory od Zubrzyckiego.

Wtedy nastąpił atak na pana?

- Nie. Wtedy nałykałem się gazu, do ataku doszło w trakcie kolejnego szturmu, około południa, gdy przyjechała policja. Ustaliliśmy w gronie kolegów: trzymamy się razem, wchodzimy do hali, pokazujemy nasze mandaty radnych.

O tym, że przestaliście działać in cognito, kto się dowiedział?

- Wylegitymowaliśmy się pełnomocnikowi pani prezydent. Powiedział: "Rozumiem. Obserwujecie, możecie, jeśli chcecie". Obok kręcił się agresywny człowiek w szarym garniturze i różowym krawacie, z krótkofalówką, nagle wydał polecenie: "Wyprowadzić ich na zewnątrz". Poczuliśmy grozę, bo wcześniej na jego komendy ochroniarze wynosili dziennikarzy, bili ludzi, wyciągali kobiety za włosy.

Kim był człowiek w różowym krawacie?

- Nie wiemy, mimo naszych wezwań nie chciał się wylegitymować. Ale mamy go na komórkach.

To o nim pan pisze: "Złapał mnie za rękę i wykręcając ją, próbował wyrwać mi i zniszczyć telefon komórkowy, przez co naruszył nietykalność funkcjonariusza publicznego wykonującego swój mandat społeczny"?

- Nie. Do hali zaczęły napływać kolejne fale ochroniarzy, gdy filmowaliśmy atak telefonami, jedno z tych indywiduuów ruszyło na mnie z okrzykami.

Partyjni koledzy nie stanęli po pana stronie?

- Koledzy to filmowali, ale krzyczeli do osiłka: "Zostaw go"! Wcześniej ustaliliśmy, że jako funkcjonariusze publiczni unikamy kontaktu siłowego z ochroniarzami. Naszą bronią jest słowo.

I co?

- Agresor od Zubrzyckiego puścił moją rękę. Ale potem do kolegi Krajewskiego filmującego zajście krzyknął: "Wyp... stąd".

Myśli pan, że pana przypadek zainteresuje ministra Czumę?

- Liczę na to. Pod halą występowaliśmy oficjalnie, w garniturach. Moja historia ilustruje zachowania ochroniarzy. Ratusz sprowadził agresywną hordę szkoloną do rozbijania band kibiców, która parła do konfrontacji, zostawiła po sobie dziesiątki zagazowanych ofiar, szarpała i wyzywała radnych.

Kupcy są niewinni, po co zamknęli się w hali?

- Planowali akcję w stylu Greenpeace, czyli bierny opór połączony z wynoszeniem siedzących na ziemi ludzi. Plan się posypał, gdy przyszła po nich dobrze zorganizowana bojówka.

Przeczytaj także: Posłanka broni kupców. Co ukryła i kogo oskarża



Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy