Tajemniczy boss w różowym krawacie
24.07.2009
aktualizacja: 2009-07-23 23:42
.
Warszawski radny Maciej Maciejowski (PiS) był obecny przy wtorkowym szturmie ochroniarzy na halę KDT. Złożył w tej sprawie doniesienie do prokuratury.
ZOBACZ TAKŻE
- KDT - trzeba było to zrobić (23-07-09, 09:00)
- Dokąd pójdą ludzie z KDT? Mają dużo ofert (25-07-09, 09:00)
- Zobacz warszawską bitwę o handel z 1991 r. (24-07-09, 10:00)
- Posłanka broni kupców. Co ukryła i kogo oskarża (23-07-09, 10:00)
- Kupcy z KDT zaczynają odbierać swoje towary (23-07-09, 08:33)
"Gazeta": Domaga się pan serii postępowań prokuratorskich wobec komornika, ochroniarzy, którzy "dokonywali zatrzymań obywateli polskich; prezydent Warszawy, bo nie zatrzymała eksmisji; policji, bo była bierna. Pan też został zaatakowany, jak czytam w doniesieniu. Czuje się pan więc ofiarą zajść w hali KDT?
Maciej Maciejowski: Bezsilnym świadkiem dramatycznych wydarzeń, któremu nie udało się powstrzymać spirali przemocy sprowadzonej do hali KDT przez Hannę Gronkiewicz-Waltz i Platformę Obywatelską.
PiS poszedł tam grupą?
- Taka jest misja radnego, bez względu na konsekwencje, nawet możliwość pobicia. Podobną odwagą wykazał się kolega Sebastian Wierzbicki z SLD. Był z kupcami mimo niejasnych sygnałów politycznych płynących z jego partii. Jako funkcjonariusze publiczni uważaliśmy, że nasza obecność może uspokoić atmosferę.
Byliście rozpoznawalni w tłumie?
- Do chwili pierwszego szturmu, ok. godz. 8 rano występowaliśmy in cognito. Uaktywniliśmy się, gdy ochrona wrzuciła gaz do środka hali. Próbowaliśmy sprowadzić policję. Policjanci mówili nam, że prywatnie są przerażeni, ale służbowo - mają rozkazy. Usłyszałem od nich, że to drugi taki przypadek w historii, gdy wrzuca się gazy do zamkniętych pomieszczeń. W 1968 r. zomowcy zagazowali ludzi w kościele św. Krzyża. Teraz zrobiły to bandziory od Zubrzyckiego.
Wtedy nastąpił atak na pana?
- Nie. Wtedy nałykałem się gazu, do ataku doszło w trakcie kolejnego szturmu, około południa, gdy przyjechała policja. Ustaliliśmy w gronie kolegów: trzymamy się razem, wchodzimy do hali, pokazujemy nasze mandaty radnych.
O tym, że przestaliście działać in cognito, kto się dowiedział?
- Wylegitymowaliśmy się pełnomocnikowi pani prezydent. Powiedział: "Rozumiem. Obserwujecie, możecie, jeśli chcecie". Obok kręcił się agresywny człowiek w szarym garniturze i różowym krawacie, z krótkofalówką, nagle wydał polecenie: "Wyprowadzić ich na zewnątrz". Poczuliśmy grozę, bo wcześniej na jego komendy ochroniarze wynosili dziennikarzy, bili ludzi, wyciągali kobiety za włosy.
Kim był człowiek w różowym krawacie?
- Nie wiemy, mimo naszych wezwań nie chciał się wylegitymować. Ale mamy go na komórkach.
To o nim pan pisze: "Złapał mnie za rękę i wykręcając ją, próbował wyrwać mi i zniszczyć telefon komórkowy, przez co naruszył nietykalność funkcjonariusza publicznego wykonującego swój mandat społeczny"?
- Nie. Do hali zaczęły napływać kolejne fale ochroniarzy, gdy filmowaliśmy atak telefonami, jedno z tych indywiduuów ruszyło na mnie z okrzykami.
Partyjni koledzy nie stanęli po pana stronie?
- Koledzy to filmowali, ale krzyczeli do osiłka: "Zostaw go"! Wcześniej ustaliliśmy, że jako funkcjonariusze publiczni unikamy kontaktu siłowego z ochroniarzami. Naszą bronią jest słowo.
I co?
- Agresor od Zubrzyckiego puścił moją rękę. Ale potem do kolegi Krajewskiego filmującego zajście krzyknął: "Wyp... stąd".
Myśli pan, że pana przypadek zainteresuje ministra Czumę?
- Liczę na to. Pod halą występowaliśmy oficjalnie, w garniturach. Moja historia ilustruje zachowania ochroniarzy. Ratusz sprowadził agresywną hordę szkoloną do rozbijania band kibiców, która parła do konfrontacji, zostawiła po sobie dziesiątki zagazowanych ofiar, szarpała i wyzywała radnych.
Kupcy są niewinni, po co zamknęli się w hali?
- Planowali akcję w stylu Greenpeace, czyli bierny opór połączony z wynoszeniem siedzących na ziemi ludzi. Plan się posypał, gdy przyszła po nich dobrze zorganizowana bojówka.
Maciej Maciejowski: Bezsilnym świadkiem dramatycznych wydarzeń, któremu nie udało się powstrzymać spirali przemocy sprowadzonej do hali KDT przez Hannę Gronkiewicz-Waltz i Platformę Obywatelską.
PiS poszedł tam grupą?
- Taka jest misja radnego, bez względu na konsekwencje, nawet możliwość pobicia. Podobną odwagą wykazał się kolega Sebastian Wierzbicki z SLD. Był z kupcami mimo niejasnych sygnałów politycznych płynących z jego partii. Jako funkcjonariusze publiczni uważaliśmy, że nasza obecność może uspokoić atmosferę.
Byliście rozpoznawalni w tłumie?
- Do chwili pierwszego szturmu, ok. godz. 8 rano występowaliśmy in cognito. Uaktywniliśmy się, gdy ochrona wrzuciła gaz do środka hali. Próbowaliśmy sprowadzić policję. Policjanci mówili nam, że prywatnie są przerażeni, ale służbowo - mają rozkazy. Usłyszałem od nich, że to drugi taki przypadek w historii, gdy wrzuca się gazy do zamkniętych pomieszczeń. W 1968 r. zomowcy zagazowali ludzi w kościele św. Krzyża. Teraz zrobiły to bandziory od Zubrzyckiego.
Wtedy nastąpił atak na pana?
- Nie. Wtedy nałykałem się gazu, do ataku doszło w trakcie kolejnego szturmu, około południa, gdy przyjechała policja. Ustaliliśmy w gronie kolegów: trzymamy się razem, wchodzimy do hali, pokazujemy nasze mandaty radnych.
O tym, że przestaliście działać in cognito, kto się dowiedział?
- Wylegitymowaliśmy się pełnomocnikowi pani prezydent. Powiedział: "Rozumiem. Obserwujecie, możecie, jeśli chcecie". Obok kręcił się agresywny człowiek w szarym garniturze i różowym krawacie, z krótkofalówką, nagle wydał polecenie: "Wyprowadzić ich na zewnątrz". Poczuliśmy grozę, bo wcześniej na jego komendy ochroniarze wynosili dziennikarzy, bili ludzi, wyciągali kobiety za włosy.
Kim był człowiek w różowym krawacie?
- Nie wiemy, mimo naszych wezwań nie chciał się wylegitymować. Ale mamy go na komórkach.
To o nim pan pisze: "Złapał mnie za rękę i wykręcając ją, próbował wyrwać mi i zniszczyć telefon komórkowy, przez co naruszył nietykalność funkcjonariusza publicznego wykonującego swój mandat społeczny"?
- Nie. Do hali zaczęły napływać kolejne fale ochroniarzy, gdy filmowaliśmy atak telefonami, jedno z tych indywiduuów ruszyło na mnie z okrzykami.
Partyjni koledzy nie stanęli po pana stronie?
- Koledzy to filmowali, ale krzyczeli do osiłka: "Zostaw go"! Wcześniej ustaliliśmy, że jako funkcjonariusze publiczni unikamy kontaktu siłowego z ochroniarzami. Naszą bronią jest słowo.
I co?
- Agresor od Zubrzyckiego puścił moją rękę. Ale potem do kolegi Krajewskiego filmującego zajście krzyknął: "Wyp... stąd".
Myśli pan, że pana przypadek zainteresuje ministra Czumę?
- Liczę na to. Pod halą występowaliśmy oficjalnie, w garniturach. Moja historia ilustruje zachowania ochroniarzy. Ratusz sprowadził agresywną hordę szkoloną do rozbijania band kibiców, która parła do konfrontacji, zostawiła po sobie dziesiątki zagazowanych ofiar, szarpała i wyzywała radnych.
Kupcy są niewinni, po co zamknęli się w hali?
- Planowali akcję w stylu Greenpeace, czyli bierny opór połączony z wynoszeniem siedzących na ziemi ludzi. Plan się posypał, gdy przyszła po nich dobrze zorganizowana bojówka.
Przeczytaj także: Posłanka broni kupców. Co ukryła i kogo oskarża
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Motocyklista w ciężkim stanie po wypadku na Racławickiej
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Masa Krytyczna: "My nie blokujemy ruchu"
- Warsaw Music Week. Wieczór z hip hopem od Prosto
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]


