Zobacz warszawską bitwę o handel z 1991 r.

Katarzyna Kęsicka
24.07.2009 aktualizacja: 2009-07-24 00:05
A A A Drukuj
Kiedy kupcy zobaczyli, że władza nie ustąpi, zaczęli sami usuwać budy i szczęki. Robili to często ręcznie fot. kot bury
  • Handlujący na Marszałkowskiej kilka dni przed akcją policji prowadzili akcję propagandową w swojej obronie
  • Pan Marian stracił przytomność, tłum wokół krzyczał: 'Mordercy!', ale gdy przyjechało pogotowie, pan Marian uciekł z noszy
  • Kiedy zaczęto usuwać budy, trzeba było odgrodzić miejsce akcji kordonem. Tłum cały czas napierał na policjantów, usiłując przeszkodzić
służbom miejskim
  • Ponad sto blaszaków przeniesiono tej nocy dźwigiem
na ciężarówki i wywieziono na składowisko
Ta bitwa trwa wiecznie. Znaleźliśmy tekst i zdjęcia z 1991 r. 3 lutego burmistrz Śródmieścia Jan Rutkiewicz zarządził usunięcie wszystkich straganów, tzw. szczęk, z ul. Marszałkowskiej.
Operacja była nie mniej brutalna niż w ostatni wtorek, a w dodatku przeprowadzono ją nocą. Nie mniej zdeterminowani byli też obrońcy handlu ulicznego - jak pisali: "najmłodszego dziecka polskiej demokracji".

Pracownicy Wojewódzkiej Dyrekcji Dróg Miejskich w Warszawie w sobotę po godz. 20 zaczęli pod ochroną policji usuwać stragany z ul. Marszałkowskiej, pod Domami Centrum. Walki uliczne trwały do 2 w nocy. Podczas starć z policją jedna osoba złamała rękę. Było też kilku poturbowanych. Mimo oporu kupców wywieziono wszystkie budki.

Zadyma rozpętała się już przy pierwszym blaszaku pod Sezamem. Aby umożliwić ludziom z Dyrekcji Dróg zabranie straganu, policjanci musieli wyciągnąć ze środka jego właścicieli i oddzielić miejsce zajścia kordonem od napierającego tłumu. Kupcy przerwali kordon. Uczepili się podnoszonej przez dźwig budki. Jej właściciel zawisł na jednej ze stalowych lin i wraz z budką spadł na ziemię. Do leżącego nieruchomo człowieka wezwano pogotowie. Zanim sanitariusze zanieśli go do karetki, uciekł z noszy.

Do godz. 16. handlowano normalnie. Wiszące na straganach plakaty nawoływały mieszkańców Śródmieścia do podpisywania deklaracji żądających utrzymania handlu ulicznego i dymisji burmistrza Rutkiewicza. Inne informowały, że likwidacja handlu na Marszałkowskiej to zabójstwo "najmłodszego dziecka polskiej demokracji". Straganiarce zrzeszeni w Stowarzyszeniu Kupców Ulicznych czekali na siły porządkowe z przypiętymi do kurtek identyfikatorami z imieniem, nazwiskiem i numerem zaświadczenia o prowadzeniu działalności gospodarczej.

Starcia kupców z policją towarzyszyły wywózce każdego straganu. Dla handlarzy była to walka o wszystko, gdyż obecny na Marszałkowskiej burmistrz Rutkiewicz zapowiedział, że nawet jeśli pozwoli na ponowne wprowadzenie handlu ulicznego w Śródmieściu, nie da zezwoleń tym, którzy nie usunęli stoisk w wyznaczonym przez miasto terminie. Burmistrz potwierdził też, że to on był inspiratorem likwidacji handlu na Marszałkowskiej, od sześciu miesięcy nalegając, by wojewoda warszawski doprowadził do przestrzegania prawa drogowego w centrum miasta.

Na składowisko przy ul. Powązkowskiej wywieziono ok. stu blaszaków. Pozostałe kupcy schowali na pasaż za DT Centrum lub wywieźli sami, widząc, że nie dadzą rady przeciwstawić się policji. Rano w niedzielę 3 marca na Marszałkowskiej od ul. Królewskiej do Al. Jerozolimskich nie było już ani jednej budki. Porządkowanie ulicy w kierunku pl. Unii Lubelskiej ma być kontynuowane w poniedziałek, o ile kupcy sami nie usuną straganów.

Dokonana w sobotę operacja stanowi z prawnego punktu widzenia zabór mienia - powiedział "Gazecie" Paweł Domarecki, rzecznik Stowarzyszenia Kupców Handlu Ulicznego - ponieważ osoby, którym zabrano kioski, nie otrzymały od władz administracyjnych żadnego pokwitowania, kto na jakiej podstawie i dokąd wywozi kioski. Dyskwalifikuje to - zdaniem rzecznika - służby miejskie i urzędników, którzy te działania firmowali i przeprowadzali.

Przeczytaj także: Posłanka broni kupców. Co ukryła i kogo oskarża



Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy