"Gronkiewicz-Waltz zachowała się jak mężczyzna"

Rozmawiał: Michał Wojtczuk
25.07.2009 aktualizacja: 2009-07-24 22:33
A A A Drukuj
Usuwanie straganów z ulicy Marszałkowskiej w 1991 roku Fot. Kot Bury
  • Jan Rutkiewicz
- Likwidowanie tymczasowego handlu wymaga odwagi i konsekwencji. Nikt w stołecznym samorządzie przez lata nie potrafił się tymi cechami wykazać, jak mężczyzna zachowała się dopiero Hanna Gronkiewicz-Waltz - mówi Jan Rutkiewicz, były burmistrz Śródmieścia, który doprowadził do usunięcia nielegalnych straganów z ul. Marszałkowskiej w 1991 r.
Michał Wojtczuk: - W piątkowej "Gazecie" zdjęcia sprzed 18 lat z likwidacji straganów przy Marszałkowskiej. Akcja żywo przypominała niedawne zamykanie hali KDT na pl. Defilad. Skąd się w ogóle wzięły te tzw. szczęki w centrum miasta?

Jan Rutkiewicz, burmistrz gminy Warszawa Śródmieście w latach 1990-94: Drobny handel eksplodował zaraz po przełomie 1989 r. Szczęki najpierw pojawiły się wzdłuż ul. Marszałkowskiej na odcinku od pl. Konstytucji do Królewskiej. Więcej było ich pod Domami Towarowymi Centrum niż na placu Defilad, bo handlarze ustawiali je tam, gdzie chodziło więcej ludzi. To był handel dużo bardziej dziki. Pamiętam, jak kroczyłem z moim zastępcą między kupcami, oni zastępowali nam drogę i wygrażali, co też nam zrobią. Mówiliśmy, że nie pomogą krzyki, a decyzja o eksmisji jest nieodwołalna. Ale i tak były wściekłe awantury. Gdy w lutym 1991 r. szczęki były wywożone, próbowali się ich czepiać, były oskarżenia, że zginęły towary. Przychodzili potem na sesje, musiałem wzywać policję.

A jak to było z likwidowaniem targowiska na pl. Defilad?

- Muszę się przyznać, że trochę zawiniłem i dopuściłem, by pojawiły się tam blaszane hale targowe, w tym ta MarcPolu. A to było: bazar na pl. Defilad się rozrastał. W szczytowym okresie stało tam nawet dwa tysiące budek. Jeden z radnych skarżył się, że kiedy przechodził pomiędzy straganami, ktoś zachęcał go do kupna kałasznikowa. Policja narzekała, że nie może opanować tłumu, który się tam kręci. Na dodatek handlarze nie płacili za stoiska. Kiedy inkasent przychodził po kilkumiesięczne zaległości, okazywało się, że w tym miejscu handluje już ktoś inny. Chciałem to targowisko zmniejszyć, zawarłem porozumienie z ówczesnym prezydentem miasta Stanisławem Wyganowskim i wojewodą Bohdanem Jastrzębskim, ale w ostatniej chwili wycofali się.

Dlaczego?

- Przestraszyli się, że będzie wielka awantura. Aby usunąć część handlarzy, rozpisałem konkurs na prowizoryczne hale targowe. Nie miałem innego wyboru, bo tylko planowana inwestycja mogła ich przegonić. Teraz też jako argumentu używa się planowanej budowy łącznika między liniami metra i Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Hale miały stanąć w trzy miesiące, wynieść się po trzech latach. Było już po międzynarodowym konkursie architektonicznym na pl. Defilad. Myśleliśmy, że trzy lata wystarczą, by przygotować zabudowę. Potem ja odszedłem z urzędu, a hale zostały.

Czy podczas usuwania szczęk pod halą też były protesty?

- Nie tak gwałtowne jak teraz. Pamiętam, że Stefan Kisielewski oskarżył mnie wtedy, że wyganiając handlarzy, niszczę zaczątki polskiego kapitalizmu. Było mi przykro, ale wybierając między rozwojem kapitalizmu a bezpieczeństwem, trzeba zdecydować się na to drugie.

Jak ocenia pan akcję zamknięcia hali KDT?

- Znam ją tylko z relacji telewizyjnych, więc nie potrafię stwierdzić, czy była przygotowana dobrze. Ale pochwalam, że blaszak zniknie. Nie głosowałem na Hannę Gronkiewicz-Waltz, ale ona jedna spośród wszystkich prezydentów Warszawy zachowała się jak mężczyzna. Im dłużej kupcy tkwili w tym miejscu, tym bardziej byli przekonani, że mają tę działkę na własność. Ceną za istnienie tej hali jest to, że do dziś nie mamy w tym miejscu centrum, plac nie został włączony do miasta i od lat jest dzikim jarmarcznym przedmieściem.

Co powinno się teraz stać na pl. Defilad?

- Nie podoba mi się obecny plan zagospodarowania. Uważam, że ma skalę prowincjonalnego miasteczka. To miejsce na gęstą wysoką zabudowę. Samorząd powinien zbudować wielkie podziemne miasto - zbiorcze kanały na kable elektryczne, telekomunikacyjne, wodociągi, kanalizację, parkingi, a potem pobierać opłaty od inwestorów, którzy do tej infrastruktury by się podłączali. Zaś jedynym podziemnym parkingiem, jaki zaplanowano, jest ten pod placem, który ma powstać w miejscu zajmowanym częściowo przez KDT.

Ratusz zapowiedział, że będzie budowany w trybie partnerstwa publiczno-prywatnego. Ale nie wybrał nawet doradców, którzy skonstruują ramy prawne przedsięwzięcia.

- Zaczynam się martwić, że nie dożyję powstania nowego centrum miasta na placu Defilad.

Przeczytaj także: KDT - trzeba było to zrobić



Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy