Stanica małego pocztowca przy Mokotowskiej 28

Jerzy S. Majewski
31.07.2009 aktualizacja: 2009-07-30 22:59
A A A Drukuj
Powstańcza barykada na Koszykowej. W głębi kamienica ze stanicą u zbiegu Koszykowej i Mokotowskiej
  • Więcej o zawiszakach i poczcie polowej można przeczytać w wydanej
właśnie książce Jerzego Kasprzaka 'Tropami powstańczej przesyłki'
Zawiszacy, najmłodsi uczestnicy Powstania Warszawskiego, prowadzili pocztę harcerską. Ostatnia stanica hufca "Ziemie Zachodnie" znajdowała się przy Mokotowskiej
Jerzy Kasprzak "Albatros" pokazuje zdjęcie kamienicy na rogu Koszykowej i Mokotowskiej. Dziś w jej miejscu stoi blok z lat 60. mieszczący wiele sklepów. Na fotografii wyraźnie widać eklektyczny budynek z powybijanymi szybami. Narożne okno balkonowe na pierwszym piętrze do połowy wysokości zabezpieczone jest workami z piaskiem.

- Lokale na parterze, pierwszym i drugim piętrze zajmowała stanica naszego hufca. Tym, co najlepiej zapamiętałem z wyglądu domu, był całkowity brak szyb. Worki z piaskiem chroniły wnętrze salonu, który pełnił rolę naszej świetlicy, jadalni i sali odpraw - opowiada "Albatros".



Należał do najmłodszych uczestników Powstania. Miał 14 lat i wraz ze swoimi rówieśnikami z organizacji harcerskiej "Zawisza" (wchodzącej w skład Szarych Szeregów) służył w Harcerskiej Poczcie Polowej.

Niezwykły ród Kramsztyków

Kamienica miała eklektyczny wystrój. Dość standardowy, choć monumentalności dodawały jej dwie pary pilastrów o korynckich głowicach ujmujących zaokrąglony narożnik. Balkony pierwszego i drugiego piętra miały masywne, murowane balustrady. Wyżej były metalowe o fantazyjnych, neobarokowych wybrzuszeniach. Jak przypomina sobie Jerzy Kasprzak, narożne salony miały bogate sztukaterie.

Budynek musiał powstać między 1898 a 1900 r. W każdym razie po 1898 r. W 1912 r. zatwierdzono nadbudowę o piętro. Kamienica w pierwszych latach XX w. należała do adwokata Marcelego Kramsztyka, a po jego śmierci w 1906 r. przez wiele lat do spadkobierców. Marceli Kramsztyk był synem znanego żydowskiego kaznodziei Izaaka, którego wspominała synowa Emilia Kramsztykowa. Jej relacja z 1945 r. jest dostępna w internecie na stronie http://free.art.pl.

Izaak do 18. roku życia nie mówił po polsku, a wychowywano go arcypobożnie na rabina. (...) W przeddzień Wielkanocy żydowskiej szedł do bóżnicy w kapocie, pejsach i z książką do nabożeństwa. Spotkał swego dyrektora (ze szkoły rabinów) [Antoniego] Eisenbauma w towarzystwie kilku innych (...) przyjaciół. Zatrzymali go i zapytali, dokąd idzie. - Do bóżnicy modlić się - odpowiedział. - A śniadanie jadłeś już? - zapytał jeden z nich. - Śniadanie? - odparł zdumiony Izaak. - Przecież dziś wielki post! - Ależ, chodź z nami - rzekł dyrektor Eisenbaum. Zabrali go do jakiejś knajpy. Kazali podać smakowite jedzenie, a młody 18-letni chłopiec nie wytrzymał i jadł z nimi. Lękał się, że Bóg go skaże, ale na sucho mu uszło. Wkrótce zrzucił kapotę. Mówił tylko po polsku i został gorącym polskim patriotą. Był nauczycielem i kaznodzieją w nowo zbudowanej synagodze i w roku 1861 miał piękne, patriotyczne kazania. Władze carskie aresztowały go, przetrzymały parę miesięcy w cytadeli, a potem zesłały na cztery lata na Sybir" - czytamy.



Izaak wrócił do Polski schorowany. Został agentem ubezpieczeniowym. Byt zapewnili mu synowie. Jeden z nich został dyrektorem cukrowni na Ukrainie, dwóch zostało lekarzami, dwóch - adwokatami, szósty, Stanisław - nauczycielem matematyki, który w szkołach rosyjskich uczył tajnie po polsku, wydał też podręczniki do matematyki i filozofii. Jednym z dwóch wspomnianych adwokatów był właśnie Marceli (zmarły w 1906 r.). Dodajmy, że wszyscy bracia Kramsztykowie zostali wychowani w polskich tradycjach patriotycznych i głęboko zasłużyli się ojczyźnie. Wnukiem Izaaka był wybitny malarz Roman Kramsztyk zastrzelony w getcie 6 sierpnia 1942 r. Marcelego Kramsztyka wymienił Mateusz Mieses w książce „Z rodu żydowskiego”, podając błędną datę śmierci: „Marceli, adwokat ogłosił prace prawnicze w »Gazecie Sądowej Warszawskiej « oraz wydał »Zakres egzekucji ruchomej «. Ochrzcił się w 1893 r. Syn jego Tadeusz, również adwokat, zmienił wyznanie w 1901 r. Z córek Marcelego jedna wyszła za Lewińskiego, profesora szkoły wyższej, a druga [Julia] za [Gustawa] Wertheima, dyrektora »Pocisku «” - pisał Mieses.

Wspomnijmy tu jeszcze o Julii z Kramsztyków Wertheim. Była obdarzona ogromną kulturą. W latach 30. z mężem na Królewskiej Górze w Konstancinie prowadzili niezwykły dom. Ich willa Julisin (nazwany tak właśnie od jej imienia) zaprojektowana przez Czesława Przybylskiego należała do najwybitniejszych kreacji architektury nieawangardowej w Polsce. Wertheimowie zgromadzili w niej niezwykłą kolekcję dzieł dawnej sztuki polskiej, doskonały zbiór polskiego malarstwa XIX- i XX-wiecznego, a dom zamienił się też w salon muzyczny. Jesienią 1939 r. Niemcy zamordowali Julię Wertheim, jej zrozpaczonego męża doprowadzili do śmierci, a willę skonfiskowali. W zeszłym roku została zburzona.

Strzały do szczotki

W czasie okupacji z budynku frontowego przy Mokotowskiej Niemcy wyrzucili większość lokatorów. Kamienica znajdowała się na granicy dzielnicy niemieckiej. Polacy zostali w gorszych mieszkaniach w oficynach.

- Gdy zajmowaliśmy lokale w kamienicy we wrześniu 1944 r., były one puste. Widać było, że niemieccy lokatorzy w panice opuścili je w ostatnich dniach lipca, gdy nacierała armia sowiecka - opowiada Jerzy Kasprzak.



Zawiszacy do budynku na Mokotowskiej przenieśli się ok. 5 września 1944 r. "Rano potężny huk targnął powietrzem. Z okien naszej stanicy (przy Hożej 13) i okolicznych domów wypadły resztki szyb. Ogromny tuman dymu i pyłu unosił się kilkadziesiąt metrów od nas - nad ul. Żurawią. (...) Na szczęście wszyscy byliśmy na korytarzu, odbywała się właśnie odprawa przed wymarszem w rejony pocztowe" - czytamy w książce "Tropami powstańczej przesyłki". Ostrzał sprawił, że komendant hufca "Victor" Zygmunt Głuszek zarządził ewakuację na Mokotowską.

- By urządzić stanicę, 50 chłopaków przeniosło sienniki na Mokotowską. Rozkładaliśmy je na noc. W dzień były składane pod ścianą - wspomina "Albatros". Nowa siedziba zawiszaków nosiła nazwę "Stanica Koszykowa". Jej komendantem został Przemysław Górecki "Kuropatwa", zastępcą "Victor", oboźnym Jerzy Zbroja "Charłamp". Ulokowały się tu m.in. drużyny roju "Ziem Zachodnich" - "Topacza" (Tadeusza Jarosza) i "Staśka" (Andrzeja Heppena) - łącznie 60 harcerzy.



Niemcy byli bardzo blisko. Zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej. Gdy któregoś dnia chłopcy przez okno trzepali po sprzątaniu szczotkę, skosił ją niemiecki ogień. Potem harcerze urządzali zabawy. Wystawiali szczotkę z narysowaną na niej swastyką. Niemcy milczeli.

Jedyny karabin

Tuż obok, na Koszykowej, stała barykada. Brama kamienicy też była zabarykadowana. Na jej podwórko wchodziło się przez sklep od Mokotowskiej. Dalej trzeba było wyjść na korytarz, a potem na podwórko. Chodnik na Mokotowskiej był zerwany pod barykadę i do sklepu wchodziło się po kładce. Przed wejściem harcerze wystawiali wartę. Stał na niej dumnie kilkunastoletni harcerz z karabinem.

- Mieliśmy stary, francuski lebel i to był nasz jedyny kontakt z bronią - śmieje się "Albatros". Naszym zadaniem była nie walka, lecz roznoszenie poczty - dodaje. 12-, 13-letni wartownicy nie byli wiele wyżsi od trzymanego przez nich karabinu. Miał on długość nieco ponad 130 cm. Broń skonstruowana w 1886 r. była przestarzała już w czasie pierwszej wojny światowej. Używała jej wówczas m.in. Błękitna Armia gen. Józefa Hallera.



Chłopcy zajmowali się nie tylko ryzykownym roznoszeniem poczty. Objęli też "bocianie gniazdo", czyli powstańczy punkt obserwacyjny na poddaszu wysokiej kamienicy przy Koszykowej 35. Pracowali również przy budowie podkopu, którym powstańcy od "Ruczaja" mieli zaatakować Niemców umocnionych w budynku ambasady czechosłowackiej u zbiegu Koszykowej i al. Róż. Drążyli tunel z piwnicy kamienicy przy Natolińskiej pod jezdnią Koszykowej. Jak pisze "Albatros", miał on około metra wysokości. Kopali po dwóch w pozycji klęczącej, drążąc saperkami piach. Saperzy zakładali stemple. Praca trwała nieprzerwanie, a dyżury regulowane były grafikiem. "Po kilku dniach, kiedy według dokonanych pomiarów okazało się, że jesteśmy pod bramą, odwołano nas z tunelu. Zrozumieliśmy - powierzone nam zadanie zostało wykonane (...) Tego popołudnia wracaliśmy z ostatniej szychty mocno podekscytowani" - czytamy w książce. Jednak do ataku nie doszło. W dniu ukończenia budowy tunelu skapitulował Mokotów, potem Żoliborz. Wkrótce Powstanie Warszawskie się skończyło.

- W piwnicy kamienicy zakopaliśmy nasze archiwa, legitymacje, krzyże harcerskie, śpiewniki i sztandar 16. Drużyny Harcerskiej. To wszystko zamknięte zostało w metalowych pojemnikach z odchylaną klapką - wspomina "Albatros".



Przed wyjściem harcerze byli rewidowani przez drużynowych, czy nie mają żadnych obciążających ich dokumentów. Gdy wychodzili, kamienica wciąż stała nienaruszona. Niemcy musieli podpalić ją już po kapitulacji Powstania. Po wojnie ruiny usunięto, a w miejscu budynku stanął nowy blok mieszkalny. - Co się stało z pojemnikami, nie wiem. Może zostały zniszczone w czasie kopania fundamentów pod nowy budynek? W każdym razie wiele lat po wojnie spotkałem zawiszaka Józefa Przewłockiego "Placka", który zamieszkał pod Pirenejami. Sporządził mi na kartce papieru plan, na którym wskazał miejsce ukrycia naszych skarbów.

Więcej o zawiszakach i poczcie polowej można przeczytać w wydanej właśnie książce Jerzego Kasprzaka "Tropami powstańczej przesyłki", wyd. NeoMedia. Warszawa 2009



Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy