Wielkie miasto na Woli

Jerzy S. Majewski
15.08.2009 aktualizacja: 2009-08-13 20:18
A A A Drukuj
Fot. Robert Kowalewski / Agencja
W obawie przed rewizją żona Pawła Trebińskiego, działacza związkowego na Woli, wieszała jego rewolwer za oknem na sznurze od bielizny. Podczas rewizji nikomu nie przyszło do głowy, by tam zajrzeć
Ta historia miała miejsce jeszcze przed pierwsza wojną światową w kamienicy Lisowskiego przy Młynarskiej 7. Wnuczka Trebińskiego Kazimiera Grabowska w liście do varsavianisty Jerzego Kasprzyckiego pisała: "Mój dziadek pracował najpierw u Lilpopa, a potem u Gerlacha. Był członkiem związku metalowców, działał społecznie, brał udział w strajkach i był przez krótki czas więziony w cytadeli".

Budynek przy Młynarskiej 7 wciąż stoi i dziś może uchodzić za najpiękniejszą wolską kamienicę sprzed pierwszej wojny światowej.

Perła Woli

Na fotografii z początku lat 30. XX w. tramwaj linii 21 skręca z Wolskiej w Młynarską. W głębi widać dość ponury ceglany pejzaż. Wysokie nieotynkowane ściany szczytowe budynków przy Wolskiej, a u ich stóp tandetne parterowe budynki mieszczące małe sklepiki i podejrzane restauracje.

"Przedwojenna Wola, główny ośrodek robotniczy Warszawy, miała wygląd zaniedbanego prowincjonalnego miasteczka, pozbawionego wszelkiej estetyki i najprymitywniejszych urządzeń higieny" - pisano w 1949 r. w książce "Warszawa, stolica Polski" opublikowanej przez Społeczny Fundusz Odbudowy Stolicy. Tekst miał charakter propagandowy, ale opinia na temat Woli była w dużym stopniu prawdziwa. Z tą różnicą, że po prowincjonalnych miasteczkach nie jeździły tramwaje.

No i na Woli obok nędznych bud wznosiły się prawdziwie wielkomiejskie kamienice. Taka właśnie była kamienica Lisowskich przy Młynarskiej 7.

Powstała przed 1906 r. na posesji należącej w początku lat 20. XX w. do barona Lessera. Ma wysokość aż czterech pięter. Jej elewacje musiał opracować dobry architekt. Nawiązują do sztuki baroku i wczesnego klasycyzmu. Elewację wyższych pięter architekt zrytmizował rzędem pilastrów wysokich na trzy kondygnacje. Całość zwieńczył niski półkolisty szczyt. Między oknami znalazły się dekoracje sztukatorskie w formie medalionów i girland, zaś nad balkonem pierwszego piętra ozdobny kartusz z inicjałami właściciela kamienicy: TL - Tomasza Lisowskiego.

Parter zajęły sklepy. Pośrodku była brama wiodąca na podwórko studnię ujęte z boków i tyłu oficynami. Pośrodku podwórka znajdował się owalny trawnik otoczony wysoką ozdobną kratą. Rosła na nim nie tylko trawa, ale też jakieś drzewa.

"Na podwórze przychodzili handlarze starzyzną, szklarze i ci, co ostrzą noże. Przychodzili śpiewający żebracy czy grajkowie, kataryniarze z małpką lub papugą. Była to dla nas, dzieci, atrakcja. Babcia dawała nam monety, które zwijaliśmy w papierki i rzucaliśmy na podwórze" - pisała w liście pani Grabowska

Grossówna w domu Lisowskiego

- Już nie pamiętam, w którym z kin przy Wolskiej oglądałem film "Paweł i Gaweł" z Heleną Grossówną. Może to było kino Helios, a może Roxy przy Wolskiej 14. Tyle że Roxy odwiedzała wolska "plutokracja", a ja pamiętam niewybredne śmiechy publiczności. Była to raczej Italia pod nr 32. Tam schodzili się bywalcy Kercelaka i spektakle przerywały głośne komentarze - opowiada pan Jan.

Przed wojną mieszkał przy Ostroroga. - Moja ulica była bandycka - przyznaje i mówi, że Wolska tuż obok Młynarskiej to już był dla niego wielki świat.

- Do szkoły chodziłem Młynarską. Musiało to być wiosną 1939 r., jeszcze przed wakacjami. Pod wciąż istniejącą kamienicę przy Młynarskiej 7 podjechała limuzyna. Wysiadła z niej Helena Grossówna, ta sama, którą oglądałem w kinie. Weszła w bramę. To było duże przeżycie bo na co dzień raczej nie widziało się takich gwiazd na ulicach naszej dzielnicy - wspomina pan Jan.

Do kogo przyjechała aktorka - nie wiemy. W tamtym czasie była ona u szczytu popularności. Występowała w kabaretach Qui Pro Quo, Teatrze Nowym, w Cyruliku i Wielkiej Rewii. W kinie zadebiutowała w roku 1935 i do wybuchu wojny zagrała aż w 17 produkcjach filmowych, w 1939 r. we "Włóczęgach" i "Testamencie profesora Wilczura". Przy bliższym poznaniu ujmowała skromnością. Wiosną 1939 r. dziennikarz plotkarskiego "AS-a" pisał o niej: "Myślałem sobie: no tak! Milutka, wesolutka, przyjemniaczek psiakość, a zbliż się do niej - to się nadmie, funfy zacznie stroić... Gwiazda!... Pewno dorożką nie jeździ, bo koń tyłem się obraca do pasażerów, tramwaj uważa za coś bardziej poniżającego, jak więzienie... gdzie pakowali za długi. Pewno delikatne to. Nadskakiwać każe. Pewno grymasi. Tualety, kosmetyki po 80 zł za słoiczek. (...) Kiedy Grossówna podała mi pierwszy raz rękę, nie chciałem wierzyć, że to ona, ta z ekranu. Elegancka, skromna sylwetka, nic napuszonego, uśmiechała się szczerze" - czytamy relacje w "AS-ie".

- Wokół jej limuzyny zebrał się spory tłumek gapiów - wspomina pan Jan i mówi, że dla niego dom przy Młynarskiej 7 zawsze już będzie kojarzył się z aktorką.

Jojo na balkonie

Właściciel kamienicy Tomasz Lisowski prowadził warsztat produkujący wyroby skórzane, techniczne i pasy do maszyn. Jak pisała pani Kazimiera Grabowska w liście do Jerzego Kasprzyckiego, skład i warsztat transmisyjny Lisowskiego mieścił się na parterze w środkowej oficynie.

"Moi dziadkowie Paweł i Julia Trebińscy z 2 córkami (moją matką i ciotką) wprowadzili się do środkowej oficyny tej kamienicy w 1906 r. i mieszkali tam aż do roku 1937. W tym domu odbyły się dwa śluby: mojej matki i ciotki. Urodziłam się tu ja i mój brat, a moi rodzice wyprowadzili się od dziadków w 1925 r., gdy miałam 3 lata" - pisała.

Jej ojciec był pracownikiem opery warszawskiej i otrzymał mieszkanie służbowe przy Trębackiej 10. Jak wspominała, często odwiedzali dziadków na Młynarskiej.

W prawej i lewej oficynie znajdowały się mieszkania jedno- i dwupokojowe z kuchnią. Wszystkie miały balkony wychodzące na podwórko studnię.

Z kolei mieszkania w oficynie środkowej były dwupokojowe bez balkonów. To właśnie w takim lokalu na drugim piętrze mieszkali dziadkowie pani Grabowskiej. „Okno w kuchni wychodziło na wprost bramy, w większym pokoju było okno »weneckie «, a w następnym, mniejszym - 2-skrzydłowe i to wychodziło na ścianę prawej oficyny”.

Pani Grabowska przypominała sobie nazwiska niektórych lokatorów kamienicy. I tak rodzina Jarczewskich mieszkała tuż obok, na drugim piętrze w środkowej oficynie. Pani Kamińska z córką na II piętrze w lewej oficynie. "Była wdową i bardzo przyjaźniła się z babcią, pod nimi mieszkało młode małżeństwo z małym dzieckiem. Widywałam na ich balkonie wózek. Dziecko rosło i zostało nazwane przez lokatorów Jojo - dlaczego? Nie wiem" - czytamy w liście.

Z kolei w prawej oficynie na drugim piętrze mieszkał felczer z żoną i synem. Gdy ktoś zachorował w kamienicy, to do niego szło się po pierwszą poradę.

W czasie Powstania Warszawskiego pomimo walk na Woli, spalenia zabudowy i rozbiórki większości budynków wzdłuż Wolskiej kamienica Lisowskiego jakimś cudem ocalała.

Być może dzięki sąsiedztwu prestiżowego Domu Towarowego Wola co jakiś czas ją remontowano, i nie popadła w wielką ruinę. Utraciła jedynie tylną oficynę, w której przed wojną mieszkali Paweł i Julia Trebińscy.

Nowe życie kamienicy nadeszło niedawno. Zarówno budynek frontowy, jak i ocalałe oficyny boczne zostały odremontowane, a na elewacjach zamontowano nawet reflektory iluminujące ją nocą.

Przeczytaj także: Praga też walczyła w Powstaniu Warszawskim



Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy