Świetlne graffiti - legalne i widowiskowe

Ewelina Zając
15.08.2009 aktualizacja: 2009-08-14 09:06
A A A Drukuj
Aparat, latarka no i pomysł na wzór - tyle wystarczy, żeby powstało świetlne graffiti. Zupełnie legalne i może bardziej widowiskowe od rysunków na murach. W stolicy już od dwóch lat działa oficjalna grupa lightwriterów
SERWISY
Spotykamy się wieczorem - jak tłumaczą chłopaki z Warsaw Light Crew, im ciemniej na dworze, tym efekt świetlnego obrazu jest lepszy. Jeden z nich ustawia aparat na statywie i włącza długi tryb naświetlania. Na dźwięk spustu migawki, dwóch chłopaków ustawia się w kadrze i kolorowymi, świecącymi diodami rysują w powietrzu nieokreślone kształty. Mija 30 sekund i chłopaki błyskawicznie uciekają z kadru. - Gotowe! - krzyczą. Po chwili patrzę na efekt. Na zdjęciu widać wyraźny, świetlny - zupełnie jakby "zawieszony" w powietrzu napis "WLC dla GW" (Warsaw Light Crew dla "Gazety Wyborczej").

Gdyby nie to, że na własne oczy widziałam proces jego powstania, przyrzekłabym że został zrobiony w photoshopie. To właśnie lightwriting - sztuka malowania światłem. - To nasza pasja już o dwóch lat - mówi Filip Kacała, pomysłodawca grupy WLC. W jej skład wchodzą też Marcin Falana, Józek Bujak, Piotrek Karpiłowski i Krzyś Cedzidło, który - jak mówią koledzy - jest ich złotą rączką i zawsze zrobi coś z niczego, aby świeciło.

Wszyscy są przed trzydziestką. Na co dzień pracują w mało fotograficznych branżach - marketingu, reklamie i logistyce, ale zdjęcia robią już od wielu lat.

- Ale dopiero jako Warsaw Light Crew staliśmy się jedną, oficjalną grupą. Spotykamy się regularnie, mniej więcej raz na tydzień. Najpierw robimy burzę mózgów, wymyślamy, co chcemy zrobić i gdzie, jakich świateł będziemy potrzebować. To trwa czasem kilka godzin. Potem wychodzimy na miasto i fotografujemy. To też zajmuje parę godzin, bo zanim zrobimy idealne zdjęcie, próbujemy różnych ujęć i rodzajów świateł - tłumaczy Józek.

W przeciwieństwie do grafficiarzy malujących na murach, mogą sobie pozwolić na tak długie próby. W końcu działają zupełnie legalnie. - Tylko raz jakaś starsza pani zaczęła na nas krzyczeć, że chowamy się po krzakach, na pewno robimy tam złe rzeczy i do tego ją szpiegujemy, ale ogólnie nie ma problemów - śmieją się.

Jak przekonują, żeby zrobić najprostszy świetlny obrazek, wystarczy aparat i zwykła latarka. - My używamy też specjalnych laserów, diod i katod o różnej powierzchni świecącej, tak aby w zależności od potrzeb uzyskać cienkie albo szerokie linie. Naszym ostatnim nabytkiem jest też zabawkowy miecz świetlny z "Gwiezdnych wojen", daje rewelacyjne efekty - śmieje się Józek.

Załoga z WLC ma już na koncie kilka osiągnięć. W zeszłym roku robili animację do pokazu mody, za film o swojej działalności zdobyli też główną nagrodę w konkursie Discovery Shorts 2008.

- W najbliższych planach mamy stworzenie teledysku do muzyki jazzowej, pokaz na Lightwrite Festival 2009 w Berlinie oraz projekt "Zwierzęta atakują miasto", z którym ruszamy już niedługo. W jego ramach w różnych punktach miasta poustawiamy figury zwierząt, które będą świeciły w ciemnościach - wyliczają swoje zamierzenia.

W Polsce - póki co - nie ma innej, oficjalnej grupy zajmującej się lightwritingiem. - Przynajmniej nic o tym nie wiemy. Za to na świecie jest to już całkiem popularne zjawisko. Polecamy obejrzeć w internecie dokonania m.in. Japończyków z PikaPika czy niemieckiego Lichtfaktor - mówi Józek. A żeby sprawdzić dokonania WLC, wystarczy wejść na stronę www.myspace.com/warsawlight.

Przeczytaj także: Graffiti na gipsie a nie na murze



Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy