Miasto wyszło ze spółki KDT

Grzegorz Lisicki
28.08.2009 aktualizacja: 2009-08-28 08:55
A A A Drukuj

21 lipca, Warszawa, próba przejęcia przez komornika Kupieckich Domów Towarowych przerodziła się regularną bitwę Fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta
Kolejna awantura między urzędnikami a kupcami wydziedziczonymi z hali na pl. Defilad. W czwartek Rada Warszawy zdecydowała o sprzedaży udziałów miasta w Kupieckich Domach Towarowych
Miasto ma w spółce KDT cztery udziały. To ledwie cztery setne wszystkich, ale są nazywane "złotymi". Dlaczego? - Zakładając z nami spółkę, miasto zagwarantowało sobie przywileje - bez jego zgody niemożliwe są np. zmiany w statucie czy przyjęcie absolutorium. Miasto wyznacza też trzech na pięciu członków rady nadzorczej i jedną na trzy osoby w zarządzie - mówi Agnieszka Koszewska, wiceprezes KDT. Po zamieszkach 21 lipca podczas zamykania hali na pl. Defilad urzędnicy zdecydowali, że pozbędą się miejskich udziałów. - Cel to zagwarantowanie kupcom niezależności i samorządności. Nam udziały niepotrzebne, niech sami decydują, co się dzieje ze spółką - mówi radna Zofia Trębicka, szefowa komisji polityki rozwoju gospodarczego.

Wczoraj Rada Warszawy pozwoliła umorzyć udziały w KDT. Wkrótce ratusz chce ogłosić przetarg na rozbiórkę blaszanej hali z pl. Defilad, która powinna zniknąć w przyszłym roku.

Tuż po głosowaniu rozpętała się awantura. Salę opuścił wzburzony prezes KDT Dariusz Połeć. - Miasto wycofuje się, tak jak gryzonie z tonącego okrętu! - mówił. Chwilę później improwizowaną konferencję prasową zwołali radni PiS. - Przyjęcie tej uchwały może oznaczać, że miasto zażąda haraczu od KDT! - grzmieli Maciej Maciejowski, Tomasz Zdzikot i Marek Makuch. O co chodzi? Nominalnie każdy z udziałów jest warty tysiąc złotych. Ale udziały mogły przez lata zdrożeć, bo spółka zyskała na wartości. Jeśli tak się stało (choć wycena, jak przyznaje nawet PiS, jest bardzo trudna), KDT będzie musiało wypłacić miastu więcej niż po tysiąc złotych za sztukę. To właśnie miałby być ten "haracz". Zofia Trębicka: - Sprzedamy udziały po tysiąc złotych.

Okazało się jednak, że zasiadający w radzie nadzorczej KDT wiceprezydent miasta Jarosław Kochaniak zażądał zaległego wynagrodzenia. Wypłatę 8 tys. zł za lipiec i sierpień zarząd KDT wstrzymał z "powodów moralnych". - Nie godzi się, żeby przedstawiciel miasta pałującego i gazującego kupców pobierał od nich wynagrodzenie - uważa Agnieszka Koszewska. Wtórowali jej radni PiS, dowodząc, że wiceprezydent postępuje nieetycznie. - Umowa dzierżawy pl. Defilad między KDT a miastem wygasła w sylwestra, ale pan wiceprezydent wciąż pobiera wynagrodzenie! - oburzali się i zażądali jego ustąpienia z rady nadzorczej. - Poprosiłem o pieniądze, bo uważam, że wstrzymywanie wypłaty jest niezgodne z prawem. Trzeba oddzielić sprawy emocjonalne od merytorycznych - mówi "Gazecie" wiceprezydent Kochaniak. Twierdzi, że dymisja przedstawicieli miasta w radzie nadzorczej nie wchodzi w grę ("To sparaliżowałoby jej pracę").

A co z pieniędzmi? Na razie prezydent Kochaniak będzie czekał, podobnie jak inni przedstawiciele miasta w KDT, którym z "powodów moralnych" wstrzymano wypłatę. - Ale być może w końcu pójdę do sądu, bo to bezprawie.

Kupcy odpowiadają: - Tylko niech opowie, jak nas gazowali!

Przeczytaj także: Dokąd pójdą ludzie z KDT? Mają dużo ofert



Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy