"Ludzie kupują kozy, bo myślą, że są fajni"

Magda Działoszyńska
03.10.2009 aktualizacja: 2009-10-02 19:36
A A A Drukuj
Katarzyna Maj ze sklepu rowerowego WygodnyRower.pl Fot. Wojciech Surdziel / Agencja Gazeta
  • Michał Patkowski
  • 7 tygodni na rowerze. Okazuje się, że może zmienić sposób patrzenia na wiele rowerowych spraw...
- Ludzie kupują kozy, bo myślą, że są fajni, a dzięki kozie będą jeszcze fajniejsi - uważa Gienek, pracownik Galerii Sztuki Rowerowej. Koza była rowerowym przebojem tego lata w Warszawie
SERWISY
Kozy to staroświeckie, miejskie rowery sprowadzane z Holandii. To określenie miało być ironiczne, ale stało się pieszczotliwe. Odwołuje się do zakrzywionej kierownicy roweru, przypominającej kozie rogi. - No i siedzi się na nim jak na kozie - twierdzi Sławek Olszewski, pracownik sklepu wygodnyrower.pl przy ul. Stawki 19.

Sprzedaje używane holendry i markowe miejskie rowery marki Pashley, na których do dziś jeżdżą pracownicy brytyjskiej poczty Royal Mail. - Wygodne miejskie rowery ciszą się popularnością już od paru lat, ale dopiero tego lata zrobiły się modne. Głównie wśród studentów - dodaje Sławek. - Przychodzi do nas wiele osób z Uniwersytetu Warszawskiego czy Akademii Sztuk Pięknych: bujne czupryny, wisiorki, ten klimat. Holendra w dobrym stanie mogą u nas kupić za 400-800 zł. Taki rower może pojeździć 20 lat albo i więcej.

Klientela sklepu wygodnyrower.pl zapewne w dużej części odpowiada za zatrzęsienie kóz na Chmielnej, przed BUW-em na Powiślu czy na placu Zbawiciela. Kozę można już chyba nazwać przedmiotem kultowym, a bywanie z nią w powyższych miejscach jest wyrazem przynależności do swego rodzaju miejsko-akademicko-artystycznej kultury.

Beniamin Koc jest studentem kierunku artystycznego. Wiosną "złapał fazę" na miejskie rowery. Holendra z lat 40. kupił w Galerii Sztuki Rowerowej przy ul. Widok. Rower był w stanie surowym, ale w sklepie gruntownie go wyremontowano. Mieszczuch Beniamina jest czarny, ma wygodne siodełko, metalowe szprychy i obręcze. - Nie czułbym się dobrze na góralu - twierdzi. - Nie pasują do nich stare marynarki, w które często się ubieram. W dodatku holender ma koszyk, do którego mogę wrzucić szmacianą torbę.

Michał Patkowski jest księgowym. Swojego mieszczucha nabył trzy lata temu za 90 zł na słynnym targu z mydłem i powidłem w Czaczu pod Poznaniem. - Była w kiepskim stanie, ale do czarnej ramy dorzuciłem białe opony i teraz jakoś wygląda - śmieje się. - Koza ma same zalety. Jest wygodna, tania, no i nikt jej nie ukradnie.

Mara Baidoc przyjechała do Warszawy z Bukaresztu i z początku jeździła na markowym rowerze mamy swojego chłopaka. - Stwierdziłam jednak, że lepiej będę się czuła na rowerze, który nie jest łakomym kąskiem dla złodziei - opowiada. - Dowiedziałam się o garażu na Saskiej Kępie, w którym można tanio kupić holendra. Tak stałam się posiadaczką wartej niecałe 300 zł różowej kozy z koszykiem. Kiedy w odwiedziny przyjechał do mnie brat, nie mógł wyjść z podziwu. W Rumunii jeszcze nie zmieniła się mentalność. Tak jak dziesięć lat temu w Polsce szczytem szpanu są tam wypasione górale.

Uważa, że moda na miejskie rowery jest przejawem kosmopolityzacji Warszawy. - Kiedy wkrótce wyjadę na studia do Berlina, z pewnością zabiorę swoją warszawską kozę ze sobą - zapowiada. - Myślę, że świetnie wpasujemy się w tamtejszą rowerową kulturę. Pod tym względem coraz bliżej wam do Berlina i Amsterdamu.

Sławek Olszewski jest bardziej sceptyczny: - Do Amsterdamu nam jeszcze daleko, ale faktycznie z górali na kozy przesiadamy się chętniej. W szczycie sezonu kozy szły jak świeże bułeczki. Sprzedawaliśmy nawet 20 tygodniowo.

W działającej od dwóch lat Galerii Sztuki Rowerowej można nacieszyć oko przeróżnymi rowerowymi cackami. Na drugą młodość czekają tu szosówki, cruisery, pelikany i oczywiście kozy. - Sprowadzamy je z Holandii, Niemiec i różnych zakątków Polski. Co tydzień około 20 - mówi Maciej Dębski, współwłaściciel Galerii. - Robimy im przegląd techniczny, wymieniamy opony, najczęściej na białe, bo dodają uroku. Możemy też dostosować kolorystykę roweru do gustu właściciela. Rowery spod naszej ręki są niepowtarzalne.

Cenią to sobie fani kóz. W mieszczuchy zapatrują się tu nie tylko studenci, ale też pracownicy banków i medialni celebryci. - Nie wiem, czy to lans. Atutem holendra jest na pewno jego cena i wygoda - mówi Maciej Dębski. - Można na nim jeździć w sukience, w garniturze, z laptopem w koszyku. Poza tym ludzie szukają czegoś wyjątkowego, chcą się jakoś wyróżniać. Taki nieszablonowy rower im to umożliwia.

- To lans - kwituje Gienek, pracownik sklepu. - Ludzie kupują kozy, bo myślą, że są fajni, a dzięki kozie będą jeszcze fajniejsi.

Holendry doczekały się nawet swojego fotobloga. Pod adresem kozagallery.blogspot.pl niejaki Boniek, lat 25, zamieszcza zdjęcia kóz upolowanych na ulicach mniejszych i większych miast polskich i europejskich. "Niniejszy (foto)blog stworzyłem, by propagować klasyczne rowery miejskie, ich ideę, urok i styl" - pisze. Zaczął wiosną 2006 r. Dziś może chyba uznać, że idea, urok i styl kóz są skutecznie rozpropagowane.

Przeczytaj także: Gdzie są obiecane dla każdego rowery miejskie



Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy