"To jest sztuka? To jest wandalizm"
13.10.2009
aktualizacja: 2009-10-13 22:41
Twórcy? Artyści? A może raczej wandale, którzy niszczą przestrzeń publiczną swoimi bazgrołami. Street art wzięli wczoraj pod lupę eksperci i naukowcy. Czyżby kolejny artystyczny denat już nieco nieświeży?
ZOBACZ TAKŻE
- Polska górą (24-10-10, 16:00)
- Autystyczne graffiti na Chałubińskiego (20-04-10, 07:00)
- Zespół Mazowsze już nie jest "kapelą objazdową" (16-10-09, 11:00)
- Krawat może być małym dziełem sztuki (21-07-09, 00:00)
- Poseł reaguje na gejowskie porno w Zachęcie (12-10-09, 07:46)
- Siusiu w torcik Zachęty: po co to porno? (01-09-09, 20:37)
- Niezwykła wystawa dzieciaków z Targówka (07-07-09, 10:00)
Graffiti, vlepki, nielegalne akcje w przestrzeni, projekcje, instalacje, cały ten zgiełk - trudno już sobie wyobrazić współczesne miasto bez tzw. street artu, sztuki "robionej na ulicy", w przestrzeni publicznej. To, co bawi ich autorów, irytuje właścicieli budynków, taboru czy zarządców ulic. Pierwsi uważają się za twórców, drudzy mówią: wandale. Kto ma rację, próbowali rozstrzygnąć uczestnicy seminarium "Street art. Między wolnością a anarchią" zorganizowanego przez Ośrodek Badań Przestrzeni Publicznej w ASP.
- Jeśli na ścianie mojego domu pojawił się "wrzut" [nie mylić z wrzodem, chodzi o bazgroł, obrazek namalowany farbą w spreju], nie mogę tego sfotografować, powielać ani sprzedawać, bo wtedy powielam bezprawnie. Trzeba pamiętać o ochronie praw autorskich - ostrzegł dr Piotr Piesiewicz, prawnik.
Publiczność nie dowierzała własnym uszom. - Ale jeśli czynność artystyczna, wrzut został wykonany w sposób bezprawny na czyimś murze, nikt nie może mieć żadnych roszczeń - uspokajał prawnik.
- Czy np. Paweł Walicki z ul. Chmielnej, który walczy z graffiti, robi zdjęcia i umieszcza je w internecie, łamie prawo? - pytała "Gazeta".
- Ustawodawca wyraźnie mówi, kto jest poszkodowany. Ten, którego dobra zostały naruszone, czyli właściciel budynku - precyzował prof. Jacek Sobczak, sędzia Sądu Najwyższego.
Uczestnicy seminarium zastanawiali się, czy zbuntowana i anarchizująca sztuka ulicy przeniesiona na salony - do muzeów i galerii (była np. w Tate Modern w Londynie "Beautiful Losers. Contemporary Art and Street Culture") - nie zostaje uśmiercona. Klasyk znakomitych i dowcipnych obrazów graffiti, angielski twórca znany jako Banksy dał się już trochę skomercjalizować. Słynne szablony z murów przeniósł na płótno i sprzedaje za grube pieniądze. - Jego murale znikają z miasta, są kradzione z tynkiem - mówił Łukasz Biskupski z Łodzi, kurator Festiwalu Inicjatyw Miejskich "Miastograf".
Gorsze szkody zbuntowanym twórcom działającym w przestrzeni miasta przynosi świat reklamy, który z chęcią stosuje podobne chwyty. - Street art i reklama bardzo się lubią i wzajemnie uzupełniają, pasują do siebie, przenikają się. Uznawanie street artu za sztukę anarchistyczną jest błędem. Street art już jest skomercjalizowany - przekonywał Sławomir Wojtkowski z Warszawskiej Szkoły Reklamy.
Wyświetlał na ekranie vlepki, murale, graffiti reklamujące np. napoje gazowane. - Różnimy się tym, że mamy większy budżet i dodajemy logo. Malowane szablony na chodnikach, marketing partyzancki i wirusowy też się dobrze sprawdza - przekonywał.
- To reklama nielegalna. Te napisy z szablonów KLM, MD, 36,6, Heya, które potem tak trudno usunąć z chodników - protestowała Elżbieta Dymna ze stowarzyszenia MiastoMojeAwNim.pl.
- W świetle polskiego prawa i luk w nim to działanie legalne - bronił się Wojtkowski.
- Nieprawda! Przestrzeń publiczna nie jest niczyja, ma gospodarza. Reklamę na chodniku można umieścić tylko za zgodą zarządcy pasa drogi. A gdyby przy okazji takiego "guerilla marketingu" ktoś mazał nam po samochodzie? Albo po torbach i ubraniach? - irytował się Tomasz Gamdzyk z miejskiego wydziału estetyki.
- Ależ emocje. O to nam chodziło. Plonem seminarium będzie książka - zapowiedział prof. Mirosław Duchowski, szef pracowni sztuki w przestrzeni publicznej i moderator konferencji.

- Jeśli na ścianie mojego domu pojawił się "wrzut" [nie mylić z wrzodem, chodzi o bazgroł, obrazek namalowany farbą w spreju], nie mogę tego sfotografować, powielać ani sprzedawać, bo wtedy powielam bezprawnie. Trzeba pamiętać o ochronie praw autorskich - ostrzegł dr Piotr Piesiewicz, prawnik.
Publiczność nie dowierzała własnym uszom. - Ale jeśli czynność artystyczna, wrzut został wykonany w sposób bezprawny na czyimś murze, nikt nie może mieć żadnych roszczeń - uspokajał prawnik.
- Czy np. Paweł Walicki z ul. Chmielnej, który walczy z graffiti, robi zdjęcia i umieszcza je w internecie, łamie prawo? - pytała "Gazeta".
- Ustawodawca wyraźnie mówi, kto jest poszkodowany. Ten, którego dobra zostały naruszone, czyli właściciel budynku - precyzował prof. Jacek Sobczak, sędzia Sądu Najwyższego.
Uczestnicy seminarium zastanawiali się, czy zbuntowana i anarchizująca sztuka ulicy przeniesiona na salony - do muzeów i galerii (była np. w Tate Modern w Londynie "Beautiful Losers. Contemporary Art and Street Culture") - nie zostaje uśmiercona. Klasyk znakomitych i dowcipnych obrazów graffiti, angielski twórca znany jako Banksy dał się już trochę skomercjalizować. Słynne szablony z murów przeniósł na płótno i sprzedaje za grube pieniądze. - Jego murale znikają z miasta, są kradzione z tynkiem - mówił Łukasz Biskupski z Łodzi, kurator Festiwalu Inicjatyw Miejskich "Miastograf".
Gorsze szkody zbuntowanym twórcom działającym w przestrzeni miasta przynosi świat reklamy, który z chęcią stosuje podobne chwyty. - Street art i reklama bardzo się lubią i wzajemnie uzupełniają, pasują do siebie, przenikają się. Uznawanie street artu za sztukę anarchistyczną jest błędem. Street art już jest skomercjalizowany - przekonywał Sławomir Wojtkowski z Warszawskiej Szkoły Reklamy.
Wyświetlał na ekranie vlepki, murale, graffiti reklamujące np. napoje gazowane. - Różnimy się tym, że mamy większy budżet i dodajemy logo. Malowane szablony na chodnikach, marketing partyzancki i wirusowy też się dobrze sprawdza - przekonywał.
- To reklama nielegalna. Te napisy z szablonów KLM, MD, 36,6, Heya, które potem tak trudno usunąć z chodników - protestowała Elżbieta Dymna ze stowarzyszenia MiastoMojeAwNim.pl.
- W świetle polskiego prawa i luk w nim to działanie legalne - bronił się Wojtkowski.
- Nieprawda! Przestrzeń publiczna nie jest niczyja, ma gospodarza. Reklamę na chodniku można umieścić tylko za zgodą zarządcy pasa drogi. A gdyby przy okazji takiego "guerilla marketingu" ktoś mazał nam po samochodzie? Albo po torbach i ubraniach? - irytował się Tomasz Gamdzyk z miejskiego wydziału estetyki.
- Ależ emocje. O to nam chodziło. Plonem seminarium będzie książka - zapowiedział prof. Mirosław Duchowski, szef pracowni sztuki w przestrzeni publicznej i moderator konferencji.
Przeczytaj także: Nietypowy mural grupy Twożywo przy Moliera

-
"To jest sztuka? To jest wandalizm"
robert_wwa
13.10.09, 23:25
Żal słuchać m.in. takich osób jak pan Wojtkowski. To takie wrzody na zdrowym społeczeństwie. Jak prawo nie zabrania to jest legalne. Tak dobrego wychowania też nikt nie zapisał w kodeksach, »
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Słynna praska ruina do rozbiórki. Będą apartamenty
- Warszawa 40 lat temu. Niby taka sama, ale... [zdjęcia]
- Ile kosztują przenosiny NFZ? Tajne. "Bo będzie afera"
- Dzień na Żywo - poniedziałek [13.02.2012]
- Ktoś morduje koty na Bemowie. Dlaczego?
- Most skurczył się na mrozie. Pociągi jeżdżą wolniej
- Stadion Legii nie ma nazwy? Teraz będzie się nazywał...
- "Tu kupisz papierosy, które szkodzą zdrowiu"
- Drewniane perły architektury - zobacz je, zanim spłoną
- Ryanair o lotnisku Chopina: "Shocking!" Wszystko źle
- Nowe tanie loty z Modlina. Osiem kierunków od 99 zł
- Deweloper: "oaza luksusu". Mieszkańcy idą do sądu
- Warszawa 40 lat temu. Niby taka sama, ale... [zdjęcia]
- Walentynki w Warszawie: Jak spędzić Dzień Zakochanych?








