Resort zdrowia znajdzie 30 mln na szpital dla dzieci?
21.10.2009
aktualizacja: 2009-10-20 21:07
Fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta
Nie 30 mln zł, jak obiecywano, ale ledwie milion chce dać Ministerstwo Zdrowia na budowę szpitala dziecięcego w Warszawie. Dziś ma się tym zajmować sejmowa komisja budżetowa.
ZOBACZ TAKŻE
- 16 wizji architektonicznych nowego szpitala dla dzieci (26-10-09, 09:00)
- Pomóc wszystkim, tym śmierdzącym z kanału też (24-10-09, 09:00)
- "Kosmici nie pozwalają mi załatwiać formalności" (24-10-09, 09:00)
- Zamkną jedyną w Warszawie przychodnię dla bezdomnych? (22-10-09, 10:00)
- 2010 - to nie będzie dobry rok na chorowanie (22-10-09, 10:00)
- Wkrótce nie będzie gdzie leczyć dzieci w stolicy (17-10-09, 14:00)
- Ginekolog fałszerz nie może już przyjmować pacjentek (16-10-09, 10:00)
- Uwaga nadchodzi nowa grypa. Szczepić się, czy nie? (15-10-09, 10:00)
- Zawałowcu masz większe szanse. Są pieniądze na karetki (15-10-09, 08:00)
- Na Lindleya mu odmówili, gdzie teraz będzie się leczył Filip? (13-10-09, 09:00)
SERWISY
O pieniądze na szpital będzie dziś zabiegał w Sejmie rektor Warszawskiego Uniwersytetu Warszawskiego, bo to właśnie uczelnia miałaby prowadzić tę inwestycję. Cięcia dotknęły ją już w ubiegłym roku. Resort zdrowia cofnął środki na jego budowę, ale mimo to uczelnia ogłosiła konkurs na projekt architektoniczny. Jego wyniki mamy poznać za dwa tygodnie. Jednak jeśli ministerstwo nie znajdzie 30 mln zł, projekt na rok trzeba będzie schować do szuflady. Te pieniądze są konieczne, aby zlecić projekt wykonawczy i rozpocząć prace ziemne.
Prof. Andrzej Radzikowski, konsultant wojewódzki ds. pediatrii, podkreśla, że z budową szpitala nie można dłużej zwlekać. W Warszawie już brakuje 60 łóżek dla dzieci, a mamy baby boom. - W stolicy są najgorsze warunki do leczenia dzieci na całym Mazowszu - twierdzi. - Obłożenie łóżek w szpitalach przy Litewskiej czy Działdowskiej wynosi 140 proc. To oznacza, że jeden pacjent wychodzi, a tego samego dnia na jego miejscu pojawia się drugi. Aby zachować warunki bezpieczeństwa i higieny, łóżka powinny być zapełnione w 60 proc.
Właśnie do nowego szpitala miały się przenieść kliniki ze szpitali przy Działdowskiej i Litewskiej, które po 2012 r. nie będą spełniać wymogów unijnych i trzeba będzie je zamknąć.
Rozmowa z Robertem Krawczykiem, dyrektorem szpitala przy Litewskiej i Działdowskiej
Agnieszka Pochrzęst: Jeśli budowa szpitala dla dzieci nie zacznie się w przyszłym roku, co to dla was oznacza?
Robert Krawczyk: Dramat. Nie mamy szans, żeby oba nasze szpitale dostosować do unijnych wymogów do końca 2012 r. Nie tylko chodzi o pieniądze. Wprawdzie na przystosowanie dwóch starych budynków, w tym jednego zabytkowego, potrzebowalibyśmy dziesiątki milionów złotych, których nie mamy, i nasz właściciel - Warszawski Uniwersytet Medyczny - też ich nie ma. Jednak najważniejsze jest to, że nie przeskoczymy barier architektonicznych. Korytarzy, które mają 80 cm szerokości, nie poszerzymy do dwóch metrów, bo zawalą się stropy. Liczyliśmy więc, że kliniki uda nam się przenieść do nowego szpitala, który miałby powstać przy ul. Banacha.
Jest zagrożenie, że nie uda się znaleźć na niego pieniędzy. Co wtedy?
- Ale 30 mln zł to dla budżetu państwa niewiele. A dla Warszawy to jedyne wyjście, żeby dzieci w końcu były leczone w przyzwoitych warunkach. Czy pani wie, jak wygląda korytarz, gdy zaczyna się sezon grypowy lub biegunkowy? Jest pełen łóżek. W ciasnych salach leży po czworo dzieci i zwykle tyle samo dorosłych opiekunów. Nie mamy dokąd odsyłać pacjentów, bo szpitale przy Kopernika i Niekłańskiej też są obłożone. Wtedy musimy odwoływać przyjęcia dzieci, które nieraz od kilku miesięcy czekały na planowaną diagnostykę. Oczywiście można tak działać jeszcze rok czy dłużej, ale płacą za to dzieci. Musimy je szybciej wypisywać, żeby zwolnić miejsce. Przy takim ścisku łatwiej też o infekcje.
O szpitalu dla dzieci mówi się w Warszawie od kilkudziesięciu lat. Wszyscy wiedzą, że jest potrzebny, ale nadal nie udało się go wybudować. Czemu?
- Bo to kosztowna inwestycja i zawsze znajdą się pilniejsze wydatki. Sejm zgodził się, by dać 530 mln zł na budowę tej bardzo ważnej placówki w Warszawie. Dobrze by było, żeby ktoś się teraz z tego wywiązał. Jeśli dostaniemy milion złotych, na nic nie wystarczy. Równie dobrze moglibyśmy nic nie dostać.
Prof. Andrzej Radzikowski, konsultant wojewódzki ds. pediatrii, podkreśla, że z budową szpitala nie można dłużej zwlekać. W Warszawie już brakuje 60 łóżek dla dzieci, a mamy baby boom. - W stolicy są najgorsze warunki do leczenia dzieci na całym Mazowszu - twierdzi. - Obłożenie łóżek w szpitalach przy Litewskiej czy Działdowskiej wynosi 140 proc. To oznacza, że jeden pacjent wychodzi, a tego samego dnia na jego miejscu pojawia się drugi. Aby zachować warunki bezpieczeństwa i higieny, łóżka powinny być zapełnione w 60 proc.
Właśnie do nowego szpitala miały się przenieść kliniki ze szpitali przy Działdowskiej i Litewskiej, które po 2012 r. nie będą spełniać wymogów unijnych i trzeba będzie je zamknąć.
Rozmowa z Robertem Krawczykiem, dyrektorem szpitala przy Litewskiej i Działdowskiej
Agnieszka Pochrzęst: Jeśli budowa szpitala dla dzieci nie zacznie się w przyszłym roku, co to dla was oznacza?
Robert Krawczyk: Dramat. Nie mamy szans, żeby oba nasze szpitale dostosować do unijnych wymogów do końca 2012 r. Nie tylko chodzi o pieniądze. Wprawdzie na przystosowanie dwóch starych budynków, w tym jednego zabytkowego, potrzebowalibyśmy dziesiątki milionów złotych, których nie mamy, i nasz właściciel - Warszawski Uniwersytet Medyczny - też ich nie ma. Jednak najważniejsze jest to, że nie przeskoczymy barier architektonicznych. Korytarzy, które mają 80 cm szerokości, nie poszerzymy do dwóch metrów, bo zawalą się stropy. Liczyliśmy więc, że kliniki uda nam się przenieść do nowego szpitala, który miałby powstać przy ul. Banacha.
Jest zagrożenie, że nie uda się znaleźć na niego pieniędzy. Co wtedy?
- Ale 30 mln zł to dla budżetu państwa niewiele. A dla Warszawy to jedyne wyjście, żeby dzieci w końcu były leczone w przyzwoitych warunkach. Czy pani wie, jak wygląda korytarz, gdy zaczyna się sezon grypowy lub biegunkowy? Jest pełen łóżek. W ciasnych salach leży po czworo dzieci i zwykle tyle samo dorosłych opiekunów. Nie mamy dokąd odsyłać pacjentów, bo szpitale przy Kopernika i Niekłańskiej też są obłożone. Wtedy musimy odwoływać przyjęcia dzieci, które nieraz od kilku miesięcy czekały na planowaną diagnostykę. Oczywiście można tak działać jeszcze rok czy dłużej, ale płacą za to dzieci. Musimy je szybciej wypisywać, żeby zwolnić miejsce. Przy takim ścisku łatwiej też o infekcje.
O szpitalu dla dzieci mówi się w Warszawie od kilkudziesięciu lat. Wszyscy wiedzą, że jest potrzebny, ale nadal nie udało się go wybudować. Czemu?
- Bo to kosztowna inwestycja i zawsze znajdą się pilniejsze wydatki. Sejm zgodził się, by dać 530 mln zł na budowę tej bardzo ważnej placówki w Warszawie. Dobrze by było, żeby ktoś się teraz z tego wywiązał. Jeśli dostaniemy milion złotych, na nic nie wystarczy. Równie dobrze moglibyśmy nic nie dostać.
Przeczytaj także: Wkrótce nie będzie gdzie leczyć dzieci w stolicy
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Motocyklista w ciężkim stanie po wypadku na Racławickiej
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Masa Krytyczna: "My nie blokujemy ruchu"
- Warsaw Music Week. Wieczór z hip hopem od Prosto
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]


