Policjant: "O każdym krzyżu mogę opowiedzieć historię"
30.10.2009
aktualizacja: 2009-10-30 11:11
Fot. Wojciech Surdziel / Agencja Gazeta
Co dwa dni na drogach w naszym kraju ginie około 30 osób, czyli tyle co jedna szkolna klasa - mówi mł. insp. Wojciech Pasieczny z Wydziału Ruchu Drogowego Komendy Stołecznej Policji. Przeczytaj rozmowę z jednym z najbardziej doświadczonych policjantów warszawskiej drogówki.
ZOBACZ TAKŻE
- Pedofil namawiał dzieci do robienia zdjęć na WF-ie (02-11-09, 11:25)
- Potrącił rowerzystę i uciekł. Policja urządziła obławę (04-11-09, 20:05)
- Drogi krzyżowe (04-01-12, 00:01)
- Co robić z krzyżami dla ofiar wypadków? (14-11-09, 12:00)
- Wjechał na buspas wprost pod karetkę na sygnale (06-11-09, 15:22)
- Biskup zatrzymany za oszustwo. Chciał wyłudzić 130 tys. zł (02-11-09, 12:45)
- Poszukiwany od 3 lat groźny przestępca wpadł na Mokotowie (29-10-09, 14:32)
- Wojsko, straż, policja przy stacji metra Młociny [WIDEO] (29-10-09, 05:56)
- Ukradli sygnalizator, bo nie mieli pomysłu na prezent (27-10-09, 17:48)
- Policyjna odznaka na aukcji w internecie (27-10-09, 07:00)
SERWISY
Młodszy inspektor Wojciech Pasieczny pracuje w stołecznej drogówce od 18 lat, obecnie na stanowisku radcy wydziału. Jest jego nieformalnym rzecznikiem prasowym. Przez pięć lat kierował sekcją pogotowia wypadkowego. Od lat niestrudzenie namawia do bezpiecznej jazdy. Zasłynął m.in. serią drastycznych prezentacji pokazujących skutki wypadków drogowych. Zapalony żeglarz i podróżnik. Opłynął już m.in. przylądek Horn, był na Antarktydzie i Grenlandii. Ma żonę i dwóch dorosłych synów.
Kiedyś jeździł pan niemal do każdego wypadku w Warszawie, w którym ginął człowiek.
Były lata, kiedy w ciągu roku jeździłem do 50-70 wypadków śmiertelnych. Próbowałem kiedyś zliczyć, ile już ofiar widziałem, ale nie potrafiłem.
Tysiąc?
Może nie aż tyle. Ale 500, może nawet 700. Pamiętam śmiertelny wypadek, drugi, po tym jak kilka dni wcześniej zostałem kierownikiem sekcji pogotowia wypadkowego. Pan jechał starem z Otwocka. Na Wale Miedzeszyńskim na oczach matki, rodzeństwa i dziadków wprasował, dosłownie wprasował w asfalt kilkuletnią dziewczynkę. Mój syn miał wówczas tyle lat, co ona. Pomyślałem: "To mogło być moje dziecko". Star nie miał w ogóle układu hamulcowego. Klapę z tyłu samochodu, żeby nie opadała, kierowca zabezpieczył siekierami. Włożył je ostrzami na zewnątrz.
Po wypadku trzeba powiadomić rodzinę. Zdarzało się to panu?
Wiele razy. Pamiętam taką sytuację. Zginął młody człowiek. Prosto z nocnej zmiany jechał na budowę swojego domu, żeby zapłacić robotnikom. Najprawdopodobniej zasnął za kierownicą. Powiadamiałem jego żonę. Siedziała z małym dzieckiem na kolanach i trzęsła się. Mówiła: "Boże, co ty nam zrobiłeś? Jak ja teraz będę żyła?".
Ludzie reagują bardzo różnie. Zdarza się, że np. matka wytrzymuje informację o śmierci dziecka, a ojciec mdleje.
Był wypadek w Al. Jerozolimskich. Przyjechała żona ofiary. Dostała takiej histerii, że zaczęła biegać po skrzyżowaniu. A ja za nią, żeby drugiego nieszczęścia nie było.
Czasami ktoś powiadamia rodzinę, kiedy policja jeszcze pracuje przy wypadku. Małżonka albo rodzica, którzy oczywiście przyjeżdżają na miejsce. I wtedy jest problem. Nie chcą nam np. oddać dziecka, a przecież trzeba je zawieźć do zakładu medycyny sądowej. My to musimy zrobić. Poza tym po co oglądać zmasakrowane zwłoki. W zakładzie medycyny, po sekcji, zwłoki będą umyte, opatrzone, pozszywane. Będą wyglądały zupełnie inaczej.
Jak przekazuje się bliskim taką tragiczną informację?
Zazwyczaj rozmowa zaczyna się w przedpokoju. Pytamy, czy pani taka i taka. Czy taki pan to pani mąż? No tak. No to my mamy złą wiadomość, uczestniczył w wypadku drogowym. I obserwujemy, jak się zachowa i jak dalej to przekazać. Nie ma idealnej recepty. Każdą sytuację trzeba wyczuć. W pierwszej chwili jest szok, załamanie. Czasem ludzie wyładowują agresję na nas, obwiniają wręcz o spowodowanie wypadku. To efekt szoku.
Policjant, który pracuje w pogotowiu wypadkowym, musi być równocześnie odporny i wrażliwy.
Bo czasem trzeba usiąść, dać się wypłakać w mankiet. Czasem przytulić kogoś.
To wszystko jest strasznie trudne. Pamiętam, kiedy policjanci chcieli przekazywać pewnemu mężczyźnie wiadomość w naszym bufecie. Zaprotestowałem. Zaprosiliśmy go do pokoju. To nie może się odbyć ot tak sobie, gdzieś w locie, na ulicy. Nigdy nie przekazujemy informacji telefonicznie. Ustalamy adres, jedziemy do domu. Jeśli wyjątkowo nie możemy pojechać, to zapraszamy do nas, do wydziału. Mówimy przez telefon, że mamy informację do przekazania. Ale nie ujawniamy wtedy, o co chodzi.
Na miejscu wypadku, w rozbitym samochodzie, obok zmarłego często dzwoni telefon. Gdzieś tam przy drugiej słuchawce jest ktoś, kto podejrzewa, że stało się coś złego. Odbieracie takie rozmowy?
Nigdy. Patrzymy, kto dzwoni, spisujemy numer telefonu i później oddzwaniamy. Ale już z naszego numeru. Jeden z kolegów miał taką sytuację. Dzwonił telefon i wyświetliło się: "Twój Aniołek".
Ponoć jeździ pan zawsze zgodnie z przepisami?
Tak, choć wiem, że ludzie się z tego śmieją. Ale jak się człowiek naogląda tylu tragedii, to ma szacunek do życia, bo wie, że jest ulotne.
Kiedyś jeździł pan niemal do każdego wypadku w Warszawie, w którym ginął człowiek.
Były lata, kiedy w ciągu roku jeździłem do 50-70 wypadków śmiertelnych. Próbowałem kiedyś zliczyć, ile już ofiar widziałem, ale nie potrafiłem.
Tysiąc?
Może nie aż tyle. Ale 500, może nawet 700. Pamiętam śmiertelny wypadek, drugi, po tym jak kilka dni wcześniej zostałem kierownikiem sekcji pogotowia wypadkowego. Pan jechał starem z Otwocka. Na Wale Miedzeszyńskim na oczach matki, rodzeństwa i dziadków wprasował, dosłownie wprasował w asfalt kilkuletnią dziewczynkę. Mój syn miał wówczas tyle lat, co ona. Pomyślałem: "To mogło być moje dziecko". Star nie miał w ogóle układu hamulcowego. Klapę z tyłu samochodu, żeby nie opadała, kierowca zabezpieczył siekierami. Włożył je ostrzami na zewnątrz.
Po wypadku trzeba powiadomić rodzinę. Zdarzało się to panu?
Wiele razy. Pamiętam taką sytuację. Zginął młody człowiek. Prosto z nocnej zmiany jechał na budowę swojego domu, żeby zapłacić robotnikom. Najprawdopodobniej zasnął za kierownicą. Powiadamiałem jego żonę. Siedziała z małym dzieckiem na kolanach i trzęsła się. Mówiła: "Boże, co ty nam zrobiłeś? Jak ja teraz będę żyła?".
Ludzie reagują bardzo różnie. Zdarza się, że np. matka wytrzymuje informację o śmierci dziecka, a ojciec mdleje.
Był wypadek w Al. Jerozolimskich. Przyjechała żona ofiary. Dostała takiej histerii, że zaczęła biegać po skrzyżowaniu. A ja za nią, żeby drugiego nieszczęścia nie było.
Czasami ktoś powiadamia rodzinę, kiedy policja jeszcze pracuje przy wypadku. Małżonka albo rodzica, którzy oczywiście przyjeżdżają na miejsce. I wtedy jest problem. Nie chcą nam np. oddać dziecka, a przecież trzeba je zawieźć do zakładu medycyny sądowej. My to musimy zrobić. Poza tym po co oglądać zmasakrowane zwłoki. W zakładzie medycyny, po sekcji, zwłoki będą umyte, opatrzone, pozszywane. Będą wyglądały zupełnie inaczej.
Jak przekazuje się bliskim taką tragiczną informację?
Zazwyczaj rozmowa zaczyna się w przedpokoju. Pytamy, czy pani taka i taka. Czy taki pan to pani mąż? No tak. No to my mamy złą wiadomość, uczestniczył w wypadku drogowym. I obserwujemy, jak się zachowa i jak dalej to przekazać. Nie ma idealnej recepty. Każdą sytuację trzeba wyczuć. W pierwszej chwili jest szok, załamanie. Czasem ludzie wyładowują agresję na nas, obwiniają wręcz o spowodowanie wypadku. To efekt szoku.
Policjant, który pracuje w pogotowiu wypadkowym, musi być równocześnie odporny i wrażliwy.
Bo czasem trzeba usiąść, dać się wypłakać w mankiet. Czasem przytulić kogoś.
To wszystko jest strasznie trudne. Pamiętam, kiedy policjanci chcieli przekazywać pewnemu mężczyźnie wiadomość w naszym bufecie. Zaprotestowałem. Zaprosiliśmy go do pokoju. To nie może się odbyć ot tak sobie, gdzieś w locie, na ulicy. Nigdy nie przekazujemy informacji telefonicznie. Ustalamy adres, jedziemy do domu. Jeśli wyjątkowo nie możemy pojechać, to zapraszamy do nas, do wydziału. Mówimy przez telefon, że mamy informację do przekazania. Ale nie ujawniamy wtedy, o co chodzi.
Przeciętny Polak jeździ "szybko i bezpiecznie". Tak się mówi, tylko że jechać szybko i równocześnie bezpiecznie się nie da.
Na miejscu wypadku, w rozbitym samochodzie, obok zmarłego często dzwoni telefon. Gdzieś tam przy drugiej słuchawce jest ktoś, kto podejrzewa, że stało się coś złego. Odbieracie takie rozmowy?
Nigdy. Patrzymy, kto dzwoni, spisujemy numer telefonu i później oddzwaniamy. Ale już z naszego numeru. Jeden z kolegów miał taką sytuację. Dzwonił telefon i wyświetliło się: "Twój Aniołek".
Ponoć jeździ pan zawsze zgodnie z przepisami?
Tak, choć wiem, że ludzie się z tego śmieją. Ale jak się człowiek naogląda tylu tragedii, to ma szacunek do życia, bo wie, że jest ulotne.
-
Policjant: "O każdym krzyżu mogę opowiedzieć hi...
literka10
31.10.09, 15:28
Znakomita, mądra rozmowa. Pan insp. Wojciech Pasieczny to niezwykły człowiek -przez siedem lat był częstym gościem mego programu w tv dot. brd - zawszeprofesjonalny, zawsze na czas i nigdy »
-
Mimo wszystko nie widzę związku przyczynowego
dezyderymarchewka
31.10.09, 19:30
pomiędzy jazdą szybką, ale rozsądną i płynną, a wypadkami. Przejeżdżam ponad 100.000 km rocznie, dobrym mercedesem, głównie po Polsce, ale nie tylko. Gdybym przestrzegał ograniczeń prędkości»
-
Zakaz jazdy konia w Warszawie
szlakuls
01.11.09, 18:46
Poproszę pana Pasiecznego o komentarz - na Żwirki i Wigury (w stronę lotniska) za Racławicką jest zakaz ruchu pojazdów zaprzęgowych. Sądzę, że codziennie znak ten widzą tysiące kierowców, »
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Motocyklista w ciężkim stanie po wypadku na Racławickiej
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Masa Krytyczna: "My nie blokujemy ruchu"
- Warsaw Music Week. Wieczór z hip hopem od Prosto
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]


