Byłam potrzebna, oni czekali - wyznania wolontariuszy w hospicjach
31.10.2009
aktualizacja: 2009-10-30 22:32
fot. Alina Gajdamowicz
- Pewną kobietę wytargałam do ogrodu razem z łóżkiem. Siedziała pod drzewem i cieszyły się nawet jej ręce - przeczytaj historie wolontariuszy w warszawskich hospicjach. Dlaczego pomagają umierającym? Co ich przyciągnęło do hospicjum po raz pierwszy? Jak radzą sobie ze śmiercią?
Wanda Kormicka
od dziesięciu lat wolontariuszka w Hospicjum Onkologicznym na Ursynowie
- Nie jest łatwo. Na sto osób, które przychodzą, zostaje pięć. Ja od początku czułam, że to miejsce dla mnie. Chciałam zostać lekarką, ale nie dostałam się na medycynę. Jak przeszłam na emeryturę, od razu przyszłam do hospicjum.
Jestem tu z miłości do ludzi. To wielkie słowa, ale tak czuję. Wiem, że gdy mnie nie ma, pacjenci leżą i patrzą w sufit. Uwielbiają, gdy pojawia się ktoś z zewnątrz. Zwracają uwagę na wszystko. Kiedyś poprawiła choremu poduszkę, a on poprosił: "Niech pani jeszcze raz się pochyli, tak pięknie pachną pani perfumy".
Najtrudniejsze są pierwsze miesiące. Wiele osób nie wytrzymuje napięcia. Nie wiedzą, jak poradzić sobie z emocjami, które się pojawiają, gdy ktoś umiera. Zdarza się, że ciężko chorzy ludzie wychodzą do domów. A przychodzi młoda dziewczyna, witam się w z nią we wtorek, a gdy przychodzę w czwartek, już jej nie ma. Śmierci nie można oswoić. Od kiedy pracuję w hospicjum, inaczej na nią patrzę. Zawsze gdy stąd wychodzę, proszę Boga, aby mnie oszczędził cierpienia.
Gdyby nie hospicjum, nie poznałabym wielu niezwykłych ludzi. Przychodziła tu pani profesor i łatała dziury w ubraniach. Przyszywała guziki do piżam. Nigdy nie zapomnę siostry zakonnej Zofii, która poruszała się o kulach. Do tej pory, gdy coś mi nie wychodzi, mówię: "Zofia, pomóż".
Nie zapomnę też twarzy kobiety, która pół roku spędziła w szpitalu - z łóżkiem wytargałam ją do ogrodu. Siedziała pod drzewem i cieszyły się nawet jej ręce.
Joanna Rańda
od trzech lat wolontariuszka w Warszawskim Hospicjum dla Dzieci
- Opiekuję się 8-letnią Dominiką, która nie mówi i nie chodzi. Uczę się przy niej cierpliwości i uważnej obserwacji. Już wiem, że mówią jej ręce, oczy, twarz. Każdy grymas coś znaczy. Chcę jej pokazać zasady komunikowania się za pomocą obrazków. Studiuję pedagogikę specjalną i myślę, że możemy dużo razem zrobić.
To może zabrzmi absurdalnie, ale Dominika daje mi mnóstwo pozytywnej energii. Cieszy się każdą chwilą i każdym drobiazgiem. A mnie się to udziela. Inaczej patrzę na swoje problemy. Niezdany egzamin to nic takiego. Zaczęłam doceniać to, co mam: zdrowie, szkołę, przyjaciół, rodzinę. W życiu należy się cieszyć z drobiazgów.
Dla mnie wolontariat to droga do dojrzałości. I odkrywania siebie na nowo. Co odkryłam? Że jestem silniejsza, niż mi się wydawało.
Przed Dominiką odwiedzałam 16-letniego Mateusza. Miał raka krtani, już nie żyje. Spotykaliśmy się ponad dwa miesiące. Chodziliśmy do kina, na zakupy, spacery. Zaprzyjaźniliśmy się. Gdy jechałam do niego po raz pierwszy, byłam pełna obaw. Pielęgniarka ostrzegała, że choroba powoduje nieprzyjemny zapach. Bałam się swojej reakcji. Gdy weszłam do domu byłam bardzo zdenerwowana. Jak tylko zaczęłam rozmawiać z Mateuszem, strach minął.
Wolontariusz patrzy na chore dzieci właśnie jak na dzieci, a nie jak na przypadek medyczny. Jestem też potrzebna ich rodzicom. Zaprzyjaźniłam się z mamą Dominiki. Opowiadam jej o swoich studiach, jak mi idzie prawo jazdy. Dla kobiety, która przez całą dobę opiekuje się dzieckiem, rozmowa o duperelach może być wytchnieniem.
Anna Popławska
od siedmiu i pół roku wolontariuszka w Hospicjum Onkologicznym na Ursynowie
- Przyszłam tu, gdy zachorowała ciocia. Zaczęłam pomagać też pani, która była z nią w sali. Ciocię przenieśli do innego pokoju, przybyli mi nowi podopieczni. Gdy ciocia odeszła, okazało się, że mam cztery osoby pod opieką. Nie mogłam przestać przychodzić. Byłam potrzebna. Czekali na mnie.
Jestem tu po to, by spełniać zachcianki pacjentów. Jeden chce pogadać. Inny, żeby go pogłaskać albo zrobić zakupy. Najczęściej chodzi o ciastka, soki, papierosy, ale zdarzają się nietypowe zamówienia. Jeden z panów poprosił o wino. Zapytałam pielęgniarkę, czy mogę - poleciła mi wziąć trochę mszalnego z kaplicy. Był przeszczęśliwy, gdy zobaczył kieliszek.
Śmierć nie jest najgorsza, najstraszniejsze są targi o majątek. Pamiętam rodzeństwo, które nad matki łóżkiem kłóciło się o podział spadku. Kto weźmie dom? Kto działkę? Ta kobieta wcale nie była w złym stanie, ale po tej kłótni szybko odeszła. Bywa, że rodzina do umierającego zamiast księdza wzywa notariusza.
Wolontariusz ma nie tylko pomóc nakarmić chorego czy go umyć. Jest potrzebny rodzinie. Gdy choroba spada na bliskich, nie wiedzą, co robić. Jak zachowywać się przy nieprzytomnymi tacie czy mamie. Są przerażeni. Uczę ich, żeby do nich mówili. Głaskali. Bo oni czują ich obecność.
od dziesięciu lat wolontariuszka w Hospicjum Onkologicznym na Ursynowie
- Nie jest łatwo. Na sto osób, które przychodzą, zostaje pięć. Ja od początku czułam, że to miejsce dla mnie. Chciałam zostać lekarką, ale nie dostałam się na medycynę. Jak przeszłam na emeryturę, od razu przyszłam do hospicjum.
Jestem tu z miłości do ludzi. To wielkie słowa, ale tak czuję. Wiem, że gdy mnie nie ma, pacjenci leżą i patrzą w sufit. Uwielbiają, gdy pojawia się ktoś z zewnątrz. Zwracają uwagę na wszystko. Kiedyś poprawiła choremu poduszkę, a on poprosił: "Niech pani jeszcze raz się pochyli, tak pięknie pachną pani perfumy".
Najtrudniejsze są pierwsze miesiące. Wiele osób nie wytrzymuje napięcia. Nie wiedzą, jak poradzić sobie z emocjami, które się pojawiają, gdy ktoś umiera. Zdarza się, że ciężko chorzy ludzie wychodzą do domów. A przychodzi młoda dziewczyna, witam się w z nią we wtorek, a gdy przychodzę w czwartek, już jej nie ma. Śmierci nie można oswoić. Od kiedy pracuję w hospicjum, inaczej na nią patrzę. Zawsze gdy stąd wychodzę, proszę Boga, aby mnie oszczędził cierpienia.
Gdyby nie hospicjum, nie poznałabym wielu niezwykłych ludzi. Przychodziła tu pani profesor i łatała dziury w ubraniach. Przyszywała guziki do piżam. Nigdy nie zapomnę siostry zakonnej Zofii, która poruszała się o kulach. Do tej pory, gdy coś mi nie wychodzi, mówię: "Zofia, pomóż".
Nie zapomnę też twarzy kobiety, która pół roku spędziła w szpitalu - z łóżkiem wytargałam ją do ogrodu. Siedziała pod drzewem i cieszyły się nawet jej ręce.
Joanna Rańda
od trzech lat wolontariuszka w Warszawskim Hospicjum dla Dzieci
- Opiekuję się 8-letnią Dominiką, która nie mówi i nie chodzi. Uczę się przy niej cierpliwości i uważnej obserwacji. Już wiem, że mówią jej ręce, oczy, twarz. Każdy grymas coś znaczy. Chcę jej pokazać zasady komunikowania się za pomocą obrazków. Studiuję pedagogikę specjalną i myślę, że możemy dużo razem zrobić.
To może zabrzmi absurdalnie, ale Dominika daje mi mnóstwo pozytywnej energii. Cieszy się każdą chwilą i każdym drobiazgiem. A mnie się to udziela. Inaczej patrzę na swoje problemy. Niezdany egzamin to nic takiego. Zaczęłam doceniać to, co mam: zdrowie, szkołę, przyjaciół, rodzinę. W życiu należy się cieszyć z drobiazgów.
Dla mnie wolontariat to droga do dojrzałości. I odkrywania siebie na nowo. Co odkryłam? Że jestem silniejsza, niż mi się wydawało.
Przed Dominiką odwiedzałam 16-letniego Mateusza. Miał raka krtani, już nie żyje. Spotykaliśmy się ponad dwa miesiące. Chodziliśmy do kina, na zakupy, spacery. Zaprzyjaźniliśmy się. Gdy jechałam do niego po raz pierwszy, byłam pełna obaw. Pielęgniarka ostrzegała, że choroba powoduje nieprzyjemny zapach. Bałam się swojej reakcji. Gdy weszłam do domu byłam bardzo zdenerwowana. Jak tylko zaczęłam rozmawiać z Mateuszem, strach minął.
Wolontariusz patrzy na chore dzieci właśnie jak na dzieci, a nie jak na przypadek medyczny. Jestem też potrzebna ich rodzicom. Zaprzyjaźniłam się z mamą Dominiki. Opowiadam jej o swoich studiach, jak mi idzie prawo jazdy. Dla kobiety, która przez całą dobę opiekuje się dzieckiem, rozmowa o duperelach może być wytchnieniem.
Anna Popławska
od siedmiu i pół roku wolontariuszka w Hospicjum Onkologicznym na Ursynowie
- Przyszłam tu, gdy zachorowała ciocia. Zaczęłam pomagać też pani, która była z nią w sali. Ciocię przenieśli do innego pokoju, przybyli mi nowi podopieczni. Gdy ciocia odeszła, okazało się, że mam cztery osoby pod opieką. Nie mogłam przestać przychodzić. Byłam potrzebna. Czekali na mnie.
Jestem tu po to, by spełniać zachcianki pacjentów. Jeden chce pogadać. Inny, żeby go pogłaskać albo zrobić zakupy. Najczęściej chodzi o ciastka, soki, papierosy, ale zdarzają się nietypowe zamówienia. Jeden z panów poprosił o wino. Zapytałam pielęgniarkę, czy mogę - poleciła mi wziąć trochę mszalnego z kaplicy. Był przeszczęśliwy, gdy zobaczył kieliszek.
Śmierć nie jest najgorsza, najstraszniejsze są targi o majątek. Pamiętam rodzeństwo, które nad matki łóżkiem kłóciło się o podział spadku. Kto weźmie dom? Kto działkę? Ta kobieta wcale nie była w złym stanie, ale po tej kłótni szybko odeszła. Bywa, że rodzina do umierającego zamiast księdza wzywa notariusza.
Wolontariusz ma nie tylko pomóc nakarmić chorego czy go umyć. Jest potrzebny rodzinie. Gdy choroba spada na bliskich, nie wiedzą, co robić. Jak zachowywać się przy nieprzytomnymi tacie czy mamie. Są przerażeni. Uczę ich, żeby do nich mówili. Głaskali. Bo oni czują ich obecność.
1
2
następne »
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Marsz Wyzwolenia Konopi 2012 [26.05.2012]
- Co Donieck ma lepszego od Warszawy? Nie tylko Stadion!
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Dziś Marsz Wyzwolenia Konopi. Na ulicach paraliż
- Burzą przedwojenne wieże na Dworcu Zachodnim
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Ogromny rozściełacz asfaltu ściągnięty na budowę A2
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]


