Punkt ładowania samochodów wygląda jak połączenie parkometru z gniazdkiem elektrycznym. Znajduje się tuż przy krawężniku na Wybrzeżu Kościuszkowskim przy skrzyżowaniu z Tamką. To słupek o wysokości ok. 150 cm z zasłoniętym klapką sporym gniazdkiem. Kierowca musi podłączyć kabel i czekać, aż akumulator się naładuje.
Wczorajsza premiera punktu ładowania odbyła się z pompą. Do stolicy przyjechały dwa cacka na prąd - dwuosobowy miejski samochodzik o nazwie Volt w kolorze konika polnego i Tesla przypominająca Ferrari, o podobnych osiągach i cenie (100 tys. funtów). Sportowa linia samochodu zelektryzowała męską część widowni, która otoczyła ją szczelnym wianuszkiem.
Pojawiła się też Hanna Gronkiewicz-Waltz, która uroczyście podłączyła samochód do prądu i zapowiedziała, że do czerwca przyszłego roku w Warszawie powstanie 130 takich punktów. Naciskana półżartem przez dziennikarzy zaprzeczyła pogłoskom, że pojazdy elektryczne będą mogły korzystać z buspasów.
Powstanie punktu ładowania samochodów elektrycznych to efekt współpracy ratusza, RWE Polska (przy jego siedzibie znajduje się pierwsze "gniazdko") i naukowców z projektu badawczego samochodów elektrycznych Green Stream finansowanego przez UE. Jest on wzorowany na Berlinie, gdzie takich punktów jest już ok. 500. Miasto wskazuje miejsca, gdzie można postawić słupek, i pomaga w procedurach, RWE zapewnia infrastrukturę podziemną, czyli kable i przyłącza. Rachunki za prąd na razie będzie płacić Unia, która przekaże też ratuszowi pięć samochodów elektrycznych. - Nie wiemy, jakie będą. Być może używać ich będzie ekopatrol straży miejskiej, a może urząd - mówi Agnieszka Kłąb z biura prasowego ratusza.
Oczywiście z punktu ładowania samochodów na prąd może korzystać każdy warszawiak. O ile ma takie auto. Urzędnicy szacują, że jest ich w Warszawie kilkanaście. Wygląda więc na to, że przy 130 punktach ładowania jeszcze długo nie będzie kolejek.
Przeczytaj także: Od poniedziałku taksówki na buspasie. A auta na prąd?