Trzy szkoły pod zegarem przy Polnej

Jerzy S. Majewski
20.11.2009 aktualizacja: 2009-11-19 19:17
A A A Drukuj
Liceum im. Hoffmanowej przy ul. Emilii Plater Fot. Jacek Łagowski / AG
Liceum im. Klementyny Hoffmanowej w sobotę będzie uroczyście obchodzić 135. rocznicę istnienia. Przez 15 powojennych lat szkoła mieściła się w dawnym gimnazjum Rontalera. Kolejny odcinek "Warszawy Nieodbudowanej" Jerzego S. Majewskiego
Początek szkole dała sześcioklasowa pensja żeńska pani Smolikowskiej założona w 1874 r. i potem, w 1896 r., przejęta przez Paulinę Hawelke. O pensji mieszczącej się w kamienicy przy ul. Marszałkowskiej 122 u zbiegu z ul. Sienkiewicza pisałem już w tym cyklu (artykuł zaktualizowany w lutym ub.r. można odnaleźć na stronach internetowych "Gazety"). Dziś zajrzymy do kolejnej siedziby Hoffmanowej przy ul. Polnej.

Premier u Rontalera

Nim jednak ulokowało się tu żeńskie liceum, gmach szkolny miał już za sobą długą historię. Od września 1913 r. mieścił znakomite gimnazjum założone przez powstańca 1863 r. i pedagoga Edwarda Aleksandra Rontalera. Jako nauczyciel pracował już w 1868 r. w Odessie, wykładając łacinę i grekę. Na początku lat 90. przeniesiono go do Petersburga. Awansował, pracował w randze rzeczywistego radcy stanu w Ministerstwie Oświaty. Gdy w 1895 r. przeszedł w stan spoczynku, wrócił do Warszawy. Został inspektorem w średniej Szkole Mechaniczno-Technicznej Mittego (czyli późniejszej słynnej szkole politechnicznej Wawelberga i Rotwanda). Własną założył w 1896 r. Dzięki zmianom w ustawodawstwie rosyjskim obejmującym szkoły handlowe nowa placówka nie podlegała Ministerstwu Oświaty lecz Skarbu. Miała znacznie większą swobodę w nauczaniu.

W rezultacie pod przykrywką szkoły handlowej działała regularna średnia szkoła ogólnokształcąca. Miała przy tym niezwykle wysoki poziom. Była to zasługa Rontalera, który zatrudnił wybitnych nauczycieli z powodzeniem mogących wykładać na najbardziej renomowanych uczelniach. Wymieńmy tylko trzy nazwiska. Adam Kryński był językoznawcą, profesorem uniwersytetów Lwowskiego i Warszawskiego. Jan Kucharzewski to wybitny historyk, prawnik i polityk. W roku 1917 został powołany na stanowisko premiera rządzącej Rady Regencyjnej. Jednak najbardziej wszechstronny z nich był cieszący się międzynarodową sławą Julian Ochorowicz. Wynalazca, filozof, psycholog, poeta, publicysta, uznany badacz zjawisk paranormalnych, wreszcie propagator pozytywizmu.

Utracona secesja

Budynek przy ul. Polnej jest młodszy od samej szkoły, która wcześniej działała m.in przy ul. Kaliksta (dziś Śniadeckich). Powstał w latach 1912-13 zgodnie z projektem budowniczego G. Szmejke. Tego samego, który w 1911 r. tuż obok, na wprost trybun wyścigów konnych przy Polnej, planował wzniesienie pałacu sportu. Nowy gmach szkoły otrzymał formy wczesnomodernistyczne z domieszką secesji.

Budynek - dziś trzypiętrowy - wieńczył wysoki łamany dach z użytkowym poddaszem oraz dwa szczyty. Większy szczyt w elewacji ozdobionej zegarem miał przysadziste proporcje, tak charakterystyczne dla realizacji powstających w tym czasie zarówno w Rydze, jak i miastach niemieckich. W budynku znalazło się też mieszkanie założyciela szkoły. Nie dożył on odzyskania przez Polskę niepodległości. Zmarł w grudniu 1917 r. Dwa lata później w gmachu ulokowała się kolejna szkoła: Lycée Français de Varsovie, czyli Liceum Francuskie. Działała aż do wybuchu wojny w 1939 r. Dziś upamiętnia to tablica pamiątkowa. Znacznie starsza, bo jeszcze przedwojenna, jest tablica pamiątkowa Rontalera.

W 1944 r. budynek został poważnie uszkodzony. Stracił łamany dach ze szczytami i większość tynków. Prowizorycznie odbudowany pomieścił pozbawione siedziby przy Marszałkowskiej 122 żeńskie liceum im. Klementyny Hoffmanowej. Dodajmy tu, że w czasie okupacji było ono prowadzone pod rozmaitymi oficjalnymi nazwami, m.in. jako Szkoła Gospodarstwa Domowego czy Farbiarsko-Gorseciarska.

Fartuszki bez mundurków

W latach najgorszego stalinizmu - między 1948 a 1952 r. - w liceum Hoffmanowej przy Polnej uczyła się moja mama Danuta z Kuracińskich. - Za szkołą nie przepadałam i po jej ukończeniu starałam się wyprzeć ją z pamięci. Baliśmy się nauczycieli, nie byli weseli, skłonni do żartów. Panowała mordercza dyscyplina, ale nie przypominam sobie jakiejś strasznej atmosfery indoktrynacji i prześladowań. Ton nadawali nie politrucy lecz jeszcze przedwojenni nauczyciele. Poziom nauki był na tyle wysoki, że wiele dziewczyn nie radziło sobie i przenosiło się do innych szkół - ocenia.

Jak sobie przypomina, szkoła była na tyle ciasna, że wszelkie akademie odbywały się w salach wynajmowanych "na mieście". Obowiązkowe było uczestnictwo w pochodach pierwszomajowych. - Nie pamiętam, by któraś z dziewczyn mogła się z nich urwać. Zresztą miałyśmy tak mało atrakcji w szkole, że pochód stanowił dla nas jakąś odmianę. No i w tłumie zawsze można było wypatrzeć twarze znanych aktorów - mówi moja mama.

Bardziej przykrym obowiązkiem było w 1952 r. przygotowywanie przez całą szkołę prezentów urodzinowych dla Stalina. - Nie tylko my, ale dzieci i młodzież ze wszystkich warszawskich szkół haftowała, dziergała, szyła. Potem do Moskwy wędrowały tony haftowanych serwetek - śmieje się.

Mundurki nie obowiązywały. - Nie wolno było jednak ubierać się w nic kolorowego, no i każda musiała zakładać zapinany, granatowy fartuch, pod którym schowane było ubranie. Z okazji oficjalnych świąt przychodziłyśmy w białych bluzkach z kołnierzykami i granatowych spódniczkach. Oczywiście nie było mowy o malowaniu się czy noszeniu jakiejkolwiek biżuterii - opowiada.

Za to po szkole można było się ubierać dowolnie. Za kolorowe sukienki nikogo nie prześladowano.

Do tańca kadeci

Po wejściu do szkoły dziewczęta wędrowały do szatni ulokowanej w suterenie. Obok mieszkał woźny. Do końca lat 40. rozpoczęcie lekcji ogłaszał, chodząc po korytarzach z dzwonkiem w ręku. Około 1950 r. pojawił się dzwonek elektryczny. Na wysokim parterze znajdował się główny hall, z którego wchodziło się do klas. Pomieszczenia, choć obszerne, były bardzo ciasne, bo do niektórych klas chodziło ponad 40 dziewcząt. Panował okropny ścisk. Nic dziwnego, że lekcje odbywały się na dwie zmiany.

Dziewczęta ze starszych klas - 3. i 4. (to odpowiedniki klas 10. i 11.) - zaczynały lekcje o godz. 8 rano. Te młodsze - z 1. i 2. klasy - przychodziły na godz. 14. W szkole znajdowały się pracownie m.in. fizyczna i biologiczna. Dziewczęta pisały jeszcze tradycyjnymi piórami ze stalówkami. Wieczne pióra były rzadkością i bardziej powszechne stały się dopiero po 1950 r.

- Lubiłyśmy zajęcia wf., bo odbywały się daleko za szkołą, w gmachu dawnej YMCA przy ul. Konopnickiej. Miałyśmy tam basen i dużą salę gimnastyczną.

Moja mama przypomina sobie dyrektorkę, nauczycielkę fizyki, dr Agnieszkę Podjed. To chyba najstarsza pracująca wówczas nauczycielka z przedwojennej Hoffmanowej. W 1945 r. organizowała szkołę na nowo. Kierowała nią aż do roku 1960. - Miała wielki autorytet. Nie mówiłyśmy na nią inaczej jak Podjedówna - wspomina moja mama.

Języka polskiego uczyła pani Urbanowa, historii - panie Gutkowska i Wacława Siedlecka. - Historii uczono nas po prostu z podręcznika, bez żadnych interpretacji - słyszymy. Lekcje religii dawali księża z parafii św. Zbawiciela.

Najbardziej znanym nauczycielem był wówczas profesor śpiewu Suzin. - Nie wiem, ile miał lat. Może ponad 40, nam jednak wydawał się potwornie stary. Był chlubą szkoły. Lekcje śpiewu odbywały się w hallu. Naraz po dwie klasy. Dzięki Suzinowi byłyśmy tak rozśpiewane, że nasz chór szkolny zapraszano na różne akademie - mówi mama. Dodajmy tu, że prof. Suzin to ojciec znanego później, pierwszego (obok Eugeniusza Pacha) prezentera Telewizji Polskiej Jana Suzina.

Na dużej pauzie w całej szkole rozbrzmiewało radio z kołchoźników, czyli zamontowanych na stałe aparatów emitujących Warszawę I. - Jak muzyka była znośna, to tańczyłyśmy. Za to po lekcjach dosyć często urządzane były wieczorki taneczne. Przychodzili na nie chłopcy z liceum Batorego. Ale największą atrakcję stanowili kadeci jakiejś szkoły wojskowej oraz (mniejszą) studenci Politechniki.

Liceum im. Klementyny Hoffmanowej w gmachu przy Polnej dotrwało do 1961 r., kiedy to przeprowadziło się do nowego budynku przy ul. Emilii Plater, a pierwszym dyrektorem pracującym w nowym gmachu został Zbigniew Marciniak.

Opuszczony gmach szkoły Rontalera jeszcze przez wiele lat sprawiał przygnębiające, choć nieco tajemnicze wrażenie. Obłupane tynki, ślady po pociskach, zegar o wskazówkach zatrzymanych na godz. 6.55. Wreszcie okno w wykuszu zabite deskami. Dopiero w III RP budynek doczekał się gruntownego remontu i nowych elewacji. Niestety, nie odzyskał już łamanego dachu i szczytów, które jego sylwetce nadawały tyle malowniczości. Dziś mieści się tu Centrum Metodyczne Pomocy Psychologiczno-Pedagogicznej.

Spacery po nieodbudowanej Warszawie z Jerzym S. Majewskim



Podziel się

  • Trzy szkoły pod zegarem przy Polnej wj_2000 20.11.09, 16:35

    Albo ja jestem ślepy, albo nigdzie w tekście nie ma numeru owej Polnej gdziestoi budynek.Przydałaby się też informacja co dalej ze szkołą. O ile dobrze słyszałem odnowego roku ma się ona »

Najnowsze wiadomości z Warszawy