W Warszawie przychodnie pękają w szwach. Tłumy szukają także pomocy lekarskiej w szpitalnych izbach przyjęć. Jak podkreślają lekarze, do poradni zgłaszają się pacjenci już z lekkim katarem, bo boją się grypy. - Wizyta działa terapeutycznie - opowiada dr Senderska. - Wzmacnia poczucie bezpieczeństwa, ale sprawia, że lekarze są przemęczeni, a prawdziwie chorym pacjentom trudniej się dostać do specjalisty.
W stołecznych szpitalach jest dziewięć osób z podejrzeniem świńskiej grypy. Kilkoro z nich jest w bardzo ciężkim stanie. Na oddziale intensywnej terapii w szpitalu przy Niekłańskiej leży 7-latka. Dziewczynka ma zespół wad wrodzonych i obniżoną odporność. Choruje także na astmę. Trafiła do szpitala 15 listopada. Miała coraz większe problemy z oddychaniem. Oddycha przez respirator. Jej stan lekarze oceniają jako ciężki.
Dwoje dzieci ze stwierdzonym wirusem leżą także w szpitalach przy ul. Litewskiej i Działdowskiej.
22-latek z zapaleniem płuc, które najprawdopodobniej jest powikłaniem po nowej grypie, w ciężkim stanie leży w szpitalu przy Szaserów. Kolejny pacjent, u którego stwierdzono nowego wirusa i samodzielnie nie oddycha, przebywa w szpitalu przy Banacha. Tu wstrzymano odwiedziny na wszystkich oddziałach internistycznych, a na oddziałach chirurgicznych chorych może odwiedzić tylko jeden gość.
Wczoraj warszawski Sanepid dostał cztery razy więcej wymazów z gardła do badań laboratoryjnych. Jednego dnia spłynęło do nich 250 próbek. - Zakorkowaliśmy się. Nie jesteśmy w stanie tego przebadać w ciągu doby. Wprowadziliśmy już dodatkowe dyżury, ale potrzebujmy wsparcia - mówi Wiesław Rozbicki, rzecznik stołecznego Sanepidu.
Rozmowa z dr Anną Senderską, lekarzem medycyny rodzinnej z Enel-Med
Ilu pacjentów dziennie teraz pani przyjmuje?
- Nawet 40, czyli o połowę więcej niż normalnie. Do gabinetu wchodzi jeden pacjent za drugim. Przy takim obłożeniu na chorego mam ok. 15 min.
Jak długo codziennie pani pracuje?
- Od godz. 8 do 14 przyjmuję w poradni. Później muszę być w gotowości do godz. 21 w ramach tzw. domowej opieki wyjazdowej. Na dobrą sprawę pod telefonem muszę być całą dobę. Teraz, gdy liczba zachorowań gwałtownie wrosła, przybyło nam mnóstwo pacjentów. Ja mam dzieci, dlatego nie pracuję na okrągło, ale moje koleżanki i koledzy, którzy jeszcze nie mają rodzin, są w pracy nawet od godz. 8 do 24, z przerwą na obiad. Proszę mi wierzyć, ciągle mają co robić.
Ile z tych wezwań do domów jest zasadnych, a ile to panika?
- Na 30 pacjentów, którzy zgłaszają się do przychodni, pięciu faktycznie jest chorych i potrzebuje przepisania leków. Pozostali są spanikowani. Zapisują się do lekarza, gdy tylko pojawi się katar i zaczyna ich łamać w stawach. Przychodzą przerażeni. Nawet boją się zapytać, co im jest. Gdy słyszą, że to nie jest grypa, widać, że czują ulgę. Niestety, panika powoduje, że nie potrafią logicznie myśleć. Boją się każdej infekcji. Gdyby nie cały szum medialny związany z wirusem A/H1N1, pewnie położyliby się do łóżka, wzięli czosnek, aspirynę i wypocili się przez dwa dni, a później przyszli do lekarza po zwolnienie. Teraz, gdy słyszą, że szaleje grypa, od razu lecą do lekarza. To sprawia, że w przychodniach są tłumy. Niestety, przez to do specjalisty mogą się nie dostać ci pacjenci, którzy naprawdę potrzebują pomocy.
A czy pacjenci z lekkim przeziębieniem wzywają lekarzy do domu?
- Niestety, tak. Na dodatek, żeby mieć pewność, że lekarz przyjedzie, kłamią, że mają wysoką temperaturę. Nieraz już tak było, że przyjeżdżałam do domu, bo ktoś mówił, że ledwo żyje, ma gorączkę, kaszel, katar i ból głowy, a gdy pytałam, jaka była ostatnia temperatura, słyszałam, że 37,5 st. C. Co mam zrobić w takiej sytuacji? Niestety, często chodzi o to, by lekarz wypisał zwolnienie lekarskie. A to marnowanie naszego czasu. Przecież zwolnienie można wypisać do trzech dni wstecz. Pacjent mógł poleżeć kilka dni w domu, wypocić się, wziąć aspirynę, czosnek i sok z cebuli i po dwóch dniach, jeśli gorączka by nie spadała, dopiero zapisać się do lekarza.
A ilu z pani pacjentów miało grypę?
Trudno powiedzieć. Objawy grypopodobne ma jedna trzecia chorych. Jednak test potwierdzający wirusa nowej grypy kosztuje 50 zł i wielu pacjentów nie chce go robić. Na kilka testów, które zrobiłam, jeden był dodatni.
Czy pani czuje, że mamy epidemię grypy?
- Czuję, że mamy panikę związaną z grypą. Jest na pewno więcej zachorowań niż normalnie o tej porze roku, ale cztery lata wcześniej było podobnie. Infekcje wirusowe wracają co kilka lat. Niestety, teraz panika sprawia, że pacjenci nie mogą się dostać do przychodni, bo nagle każda osoba z katarem chce, żeby zobaczył ją lekarz, choć nie ma takiej potrzeby. Wizyta działa terapeutycznie. Wzmacnia poczucie bezpieczeństwa, ale sprawia, że lekarze są przemęczeni, a prawdziwie chorym pacjentom trudniej się dostać do specjalisty.
A jak pani chroni się przed grypą? - Nie chronię się. Nie szczepiłam się. Jem czosnek, bo lubię. Piję domowej roboty soki z pigwy i jeżyn. Zdrowo się odżywiam. Staram się dużo przebywać na powietrzu. Czuję, że moja rodzina jest zahartowana.
Przeczytaj także: Grypa w stolicy. Pacjent w ciężkim stanie na Szaserów
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna