Betonowa prowincja w centrum stolicy

Jerzy S. Majewski
22.11.2009 aktualizacja: 2009-11-20 23:03
A A A Drukuj
Rondo u zbiegu Al. Jerozolimskich i Marszałkowskiej jest brukowane najbardziej prymitywną kostką z betonu Fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta
Warszawa może liczyć prawie 2 mln mieszkańców i być prowincjonalną dziurą. Bo prowincjonalizm to ciasnota umysłu, brak wyobraźni i rutynowe powielanie tych samych schematów zamiast kreatywności. Przykład mamy w samym centrum - pisze Jerzy S. Majewski
SERWISY
Warszawa przed powstaniem listopadowym była niewielka, ale nie sposób ją było nazwać prowincjonalną. Bo też ton nadawali jej ludzie światli, należący do ówczesnej elity intelektualnej Europy. Miasto było planowane z żelazną konsekwencją, a przestrzenie publiczne miały zdobić pomniki zamawiane u najwybitniejszego rzeźbiarza ówczesnego świata - Duńczyka Bertela Thorvaldsena.

Dziś w przestrzeni Warszawy wyczuwa się prowincję. Nie na Krakowskim Przedmieściu, gdzie została urządzona przez profesjonalnych architektów. Nie na rondzie de Gaulle'a, gdzie plastikowa palma, szalony wybryk Joanny Rajkowskiej, stała się alternatywnym symbolem Warszawy. Jednak już w Alejach Ujazdowskich ta prowincjonalność ścina z nóg. Przestrzeń tego fragmentu Traktu Królewskiego urządzili nie artyści, lecz pozbawieni cienia wyobraźni drogowcy. Teraz poroniony płód prowincjonalnej ciasnoty umysłów ujrzymy u zbiegu dwóch najważniejszych ulic Śródmieścia: Alej Jerozolimskich i Marszałkowskiej.

Tu znajduje się polski punkt kilometra 0. Miejsce to u schyłku XIX wieku aż po lata 80. ubiegłego stulecia uważano za pępek Warszawy i całej Polski. I teraz ten pępek zamiast architektury wypełnia cementowy śmieć. Brukarze kładą właśnie pośrodku ronda tandetną kostkę brukową (latem zapowiadano kolorowy asfalt), a na wysepkach między jezdniami wyrastają żółte kwietniki o urodzie malowanych farbą olejną opon. Estetyka rodem z PGR-u w jednym z najważniejszych punktów stolicy!

Wszystko dlatego, że znowu o przestrzeni zamiast architektów decydowali pożal się Boże branżowcy. Stojąc na przystanku tramwajowym, który nazywa się Centrum, patrzę na robotników kładących kostkę i ręce mi opadają. To chyba zły sen?

A mogło być tak pięknie. Mogło pojawić się jakieś szaleństwo na miarę palmy, mogła powstać bardziej klasyczna architektura czy rzeźba. Choćby taka jak pełne zieleni i wody ronda przy głównej ulicy Madrytu: Paseo de la Castellana. Tam co rondo, to megafontanna, rzeźba, dywany kwiatów. Klasycznie, ale wielkomiejsko.

Ale w Warszawie na podobny rozmach nie ma co liczyć. Madryt to metropolia. Warszawa - mimo swoich wieżowców - głęboka prowincja zaanektowana przez branżowców.

Spacery po nieodbudowanej Warszawie z Jerzym S. Majewskim



Podziel się

  • Betonowa prowincja w centrum stolicy barteq28 22.11.09, 12:38

    Jeśli w urzędzie miasta przestanie się zatrudniać pracowników w myśl zasadymierny - bierny - ale kolega to może coś w tym mieście się zmieni. Jeśli nie,dalej będzie tu zionęło prowincją. Bo »

  • Re: Betonowa prowincja w centrum stolicy jijiji 22.11.09, 13:24

    Brawo Jurek, swietny komentarz. To jest istota problemu - prowincjonalizm w umyslach tych, ktorzy rzadza miastem. Efekt - polbruk jako wymarzony material na chodniki, indolencja (a czasem »

  • Betonowa prowincja w centrum stolicy bartoszbankowski 01.12.09, 12:40

    hyhy, to wyślijcie swoich branzowców do Wrocławia, Łodzi, nawet Opola. Może się czegoś nauczą. Stylizowane na przedwojenne przystanki komunikacji miejskiej, dużo zieleni, nawet głupie »

Najnowsze wiadomości z Warszawy