Strychowcy z Warszawy wciąż mają kłopoty

Małgorzata Zubik
25.11.2009 aktualizacja: 2009-11-24 21:30
A A A Drukuj
Mieszkańcy Saskiej Kępy, którzy za własne pieniądze urządzili mieszkania na strychach, przed budynkiem przy ul. Paryskiej 39 Fot. Maciej Zienkiewicz / AG
Warszawiacy, którzy przed laty urządzili sobie mieszkania na strychach domów komunalnych, wciąż w tarapatach. Nie mogą wykupić lokali na takich zasadach jak ich sąsiedzi.
W ratuszu szacują, że w stolicy jest kilkaset osób uwikłanych w strychy. - Mamy kłopoty przez urzędników, którzy kiedyś zawinili i do dziś nie potrafią naprawić błędu - mówi Bożena Osak ze stowarzyszenia Nasze Poddasze.

Przypomnijmy. Chodzi o grupę lokatorów, którzy w latach 70. i 80. na własny koszt adaptowali strychy w domach miasta. Za zgodą urzędników zbudowali mieszkania, potem podpisali umowy najmu. Zostali lokatorami komunalnymi i płacili czynsz miastu. Poskładali też wnioski o wykup mieszkań, ale nic nie wskórali. Tymczasem sąsiedzi "strychowców" wykupywali zajmowane przez siebie lokale. Każdy świeżo upieczony właściciel niegdyś komunalnego mieszkania stawał się też właścicielem kawałka strychu. Bo urzędnicy zapomnieli, że strych przestał być strychem. Pominęli to, że powstały tam mieszkania. W dramatyczną sytuację wpędziła lokatorów adaptowanych poddaszy ustawa o własności lokali z 1995 r. Przesądziła, że o strychach może decydować tylko wspólnota mieszkaniowa, a nie miasto. Trzy lata temu pisaliśmy, co z tego wynikło: gdy wspólnoty zauważyły, że są właścicielami adaptowanych mieszkań, zaczęły domagać się czynszu od "strychowców", straszyły ich eksmisją i uznawały, że to one będą dyktować warunki wykupu takich mieszkań.

"Strychowcy" z Pragi zaczęli walczyć o swoje prawa w sądach, które ustalały, do kogo należą zajmowane przez nich mieszkania. - Wiemy o ponad 40 prawomocnych wyrokach sądowych, które mówią, że właścicielem lokali jest miasto - twierdzi Bożena Osak. - A przecież nie wszyscy mają możliwość, by się procesować. Na dodatek nawet w sprawach, które wygraliśmy, urzędnicy mnożą przeszkody w wykupie.

Stowarzyszenie napisało właśnie skargę w tej sprawie do Rady Warszawy. - Miasto nie jest przeciw tej grupie osób - zapewnia Beata Wrońska-Freudenheim, dyrektorka miejskiego biura polityki lokalowej. - Nikt nie blokuje sprzedaży zaadaptowanych mieszkań, ale urzędnicy muszą trzymać się przepisów. Procedury trwają długo, bo sprawy są skomplikowane. Dlatego pani prezydent wydała zarządzenie, aby w każdej dzielnicy powstał zespół, który będzie je badać.

Takie zespoły działają m.in. na obu Pragach, na Ochocie, Woli, w Ursusie i na Mokotowie. "Strychowcy" z Pragi-Południe (jest ich ok. 20) pomocy takiego zespołu wcale jednak nie odczuli. I uważają, że miasto traktuje ich gorzej niż resztę lokatorów komunalnych. - Okazuje się, że możemy wykupić mieszkania z 50-proc., a nie

90-proc. bonifikatą - tłumaczy Jacek Kawalec, który adaptował z żoną strych na Saskiej Kępie. - Nie czekałem na kwaterunek, tylko sam wybudowałem mieszkanie. A moi sąsiedzi, którzy dostali gotowe mieszkania, płacą za ich wykup tylko 10 proc. Czy to jest sprawiedliwe?

Dyrektor Wrońska-Freudenheim rozkłada ręce: takie są przepisy z 2004 r. uchwalone w poprzedniej kadencji. I przypomina, że lokatorom odlicza się w takiej sytuacji od ceny mieszkań wydatki na ich budowę. Jest jednak światełko w tunelu. Wysokość ulg uchwalili radni poprzedniej kadencji. - Prawdopodobnie w ratuszu zaczną się prace nad nową uchwałą o sprzedaży lokali. Na pewno weźmiemy pod uwagę ten temat - obiecuje pani dyrektor.

Przeczytaj także: Wielka kłótnia o bloki przy Hucie Warszawa



Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy