Przedwojenny pediatra z rogatą duszą
04.12.2009
aktualizacja: 2009-12-03 20:38
ZE ZBIORU RODZINY ANTONIEGO KAMLERA
Czytam Goethego po niemiecku i Edgara Poe po francusku. Wróciłem teraz ze spaceru. Dziś mi wesoło, rześko i słonecznie. Ale dzień! Śmiałem się na głos, aż się żandarm zdziwił - pisał z więzienia w 1903 r. Antoni Kamler
ZOBACZ TAKŻE
- "Wraz z Supersamem skończyła się gęsina" (19-02-10, 15:00)
- W mieszkaniu pana Puchatka przy Elektoralnej (29-01-10, 15:00)
- Warszawa już miała swoje studio filmowe. Zobacz gdzie (15-01-10, 15:00)
- Zamach na carskiego pomocnika (18-12-09, 14:00)
- Muranów od dziś mówi w esperanto (15-12-09, 10:00)
- Wysoka sztuka w małym browarze (11-12-09, 14:00)
- Co było kiedyś w miejscu NBP? (27-11-09, 15:00)
- Trzy szkoły pod zegarem przy Polnej (20-11-09, 15:00)
- Namiętność zapomnianej księżniczki (13-11-09, 14:00)
- Warszawa Nieodbudowana: Ciuchcią przez Pyry z zabawkami w tle (06-11-09, 15:00)
- Spalona pamięć miasta - 65 lat temu ogień strawił Archiwum Warszawy (04-11-09, 11:00)
- Bardzo udany wieczór ze Spacerownikiem (30-10-09, 12:00)
SERWISY
W latach międzywojennych był uznanym lekarzem - pediatrą i bakteriologiem. Młodość miał burzliwą. Konspirował w Polskiej Partii Socjalistycznej, siedział w X pawilonie Cytadeli, uciekał do Lwowa i Szwajcarii, wreszcie został wcielony do armii rosyjskiej. W wolnej Polsce oddał się bez reszty pracy lekarza i społecznika.
Twarz jak z gumy
Gdy zmarł w 1938 r., wszyscy go żałowali. "W Domu Wychowawczym im. Boduena nocami montował laboratorium i w najgorszych warunkach oddawał się pracom naukowym, przesiadując nad nimi nieraz do rana. Dla dzieci powierzonych jego opiece był czułym opiekunem. Gdy na sali ukazywała się jego charakterystyczna postać, bywał przez dzieci formalnie oblężony. Umiał je rozśmieszyć, rozbawić. Żadne nie wychodziło z jego gabinetu zapłakane, jak to podkreślał z dumą. Tym samym humorem i dowcipem zjednywał serca matek" - pisała tuż po jego śmierci dr Zofia Rosenblum na łamach "Pediatrii Polskiej".
- Wuj Antek miał nieprawdopodobnie plastyczną twarz. Bardzo chorowałam na zapalenie gardła, a on mnie leczył. Żeby mi wypędzlować gardło, wkładał sobie w usta dwa jabłka i mnie rozśmieszał. Jak się śmiałam, wykorzystywał okazję i zabierał się do "zabiegu". Miał niesamowity kontakt z dziećmi - wspomina go Zofia Przygodzka, a jej kuzynka prof. Anna Stańczykowska-Piotrowska dodaje: - Był najbrzydszy z braci, ale uwodził strasznie kobiety.
Na fotografii z albumu rodzinnego pani Przygodzkiej widzimy młodą kobietę. Ma niezwykłe włosy. Gdy stoi wyprostowana, opadają jej aż do łydek. To żona Antoniego. Rosjanka Aleksandra Mitrow. Tuż przed pierwszą wojną światową mieszkali w Charkowie, potem już do końca życia w Warszawie przy Szustra (Dąbrowskiego).
- Ciocia Olesia pochodziła gdzieś z centralnej Rosji z bogatej ziemiańskiej rodziny, która była bardzo niechętna jej małżeństwu. To cudowna, ciepła osoba, przyjaźniła się z nią moja mama. Ciocia do końca nie nauczyła się dobrze po polsku. Zapomniała rosyjski i mówiła dziwną zbitką rosyjsko-polsko-francuską. Nazywaliśmy ją ciocią "charasio" i trochę się z jej mowy podśmiewaliśmy. Zmarła w latach 60. - wspomina Zofia Przygodzka.
Bez awangardy
Nazwisko Kamlerów trwale związało się z historią Mokotowa. Józef Kamler w latach 20. cywilizował dzielnicę, budując sieć kanalizacyjną i zaprowadzając chodniki. Jego rodzony brat Antoni prowadził szeroką działalność społeczną. Józef zbudował dom przy Wiktorskiej, Antoni na ul. Szustra.
Budynek stoi do dziś pośród willi i pałacyków wzniesionych w drugiej połowie lat 20. XX w. między al. Niepodległości (wtedy Włodarzewską) a Kazimierzowską. Jednorodzinne domy otoczone wypielęgnowanymi ogródkami zaczęły tu powstawać po 1926 r., kiedy to powołano spółdzielnię mieszkaniową Domy Spółdzielcze. Nie była to jednak typowa spółdzielnia. Raczej, jak pisał Jerzy Kasprzycki, biuro parcelacyjno-budowlane.
Gdy powstawał dom Kamlera, wzdłuż willowej części ul. Szustra dominowały wille ucharakteryzowane na dworki i klasycystyczne pałacyki. Górowały nad nimi czerwone, ceramiczne dachy.
Dom Kamlerów nie był jednak dworkiem. Jego architektura powstała w duchu silnie uproszczonego historyzmu z pewnymi elementami sztuki wczesnego modernizmu początku XX w. Nie była to zatem architektura awangardowa, ale w nowoczesnych rozwiązaniach można się doszukać racjonalizmu Kamlera.
- To był bliźniak, a jego wnętrza miały zdecydowanie mieszczański charakter. Wiele mebli pochodziło chyba jeszcze z XIX wieku - wspomina Anna Stańczykowska-Piotrowska.
Na dole był salon, gabinet dr. Antoniego Kamlera, kuchnia ze służbówką. Kuchnia oczywiście tradycyjna, węglowa.
- Łazienka musiała być nowoczesna jak na tamte czasy. Urządziła ją firma brata Antoniego, a mojego dziadka Józefa Kamlera - opowiada pani profesor. Jak wspomina, meble w salonie były masywne, ciemne. Ich fragmenty oglądamy na zachowanych fotografiach. Mogłyby stać w salonach i jadalniach mieszczańskich domów z przełomu XIX i XX w. Na piętro wchodziło się po drewnianych schodach. Tam znajdowały się m.in. pokoje synów Kamlerów - Bronka i Stasia.
- Antoni był wiecznie zajęty. Jak miał wolny czas, to malował, chodził po górach. Zachowała się jego legitymacja członkowska Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. Malował nie bez talentu. Głównie pastelami. To pejzaże i portrety. Do dziś mam trochę jego obrazów - mówi Zofia Przygodzka. Zapewne wiele z nich wisiało w domu przy Szustra.
List zza krat
Antoni Kamler był jednym z 11 dzieci Leopolda Kamlera i Katarzyny z Izdebskich. - To był mezalians. Leopold z zawodu stolarz (od 1862 r. prowadził zakład przy Oboźnej), a Katarzyna pochodziła z rodziny ziemiańskiej i na dodatek generalskiej - przypomina prof. Stańczykowska-Piotrowska.
Antoni urodzony w 1883 r. od początku miał rogatą duszę. Jako kilkunastoletni chłopak wyleciał z rosyjskiej szkoły realnej za to, że na akademii ku czci Puszkina nie chciał dokończyć deklamacji wiersza sławiącego cara. Do szkoły już nie wrócił. Przez rok pracował w papierni w Jeziornie, chodząc jednocześnie do szkoły handlowej. W 1900 r. związał się z PPS-em. Musiał być zaangażowany w działalność partii, bo w 1902 r. Rosjanie go aresztowali. Trafił najpierw na Pawiak, potem do X pawilonu w Cytadeli.
- Zachowała się cała jego korespondencja z więzienia - mówi prof. Stańczykowska-Piotrowska i wręcza mi odpisy listów. Wynika z nich, że za kratami Kamler czytał książki w kilku językach, intensywnie uczył się i trochę utył. "Dziwna rzecz, ale mi się zdaje, że jestem jakiś inny, pochwalę się, lepszy, szlachetniejszy i pracowitszy niż dawniej. Czuję się bardziej sobą. Myślę, że to więzienie, choć jestem niewinny, dobrze wpłynie na wyrobienie się, na ustalenie charakteru. Jam w więzieniu jak w domu, jak w swoim żywiole" - czytamy.
- Po 11 miesiącach został chyba wykupiony przez rodzinę i wkrótce uciekł przez granicę do Lwowa. Tam zrobił maturę - zastanawia się pani profesor.
Na studia wyjechał do Genewy. W 1911 r. ukończył wydział przyrodniczy i otrzymał dyplom doktora medycyny. - Cały czas działał w PPS-ie. Ocalała miniaturowa fotografia z 1906 r. ze zjazdu sekcji szwajcarskiej PPS w 1906 r. w Genewie. Antek pełnił funkcję jej sekretarza. Ocalały też listy. Nie są budujące. Łatwo się przekonać, jak bardzo działacze na emigracji byli skłóceni - opowiada pani profesor.
Lewatywa za 100 blatów
Z Genewy Antoni Kamler wrócił do imperium rosyjskiego, ale do Kongresówki wjechać nie mógł. Osiadł w Charkowie, gdzie nostryfikował maturę i szwajcarski dyplom, przy okazji zaś ukończył Instytut Bakteriologiczny. Zdobył dobrze płatną pracę w Zagłębiu Donieckim.
Do powrotu do Warszawy w 1912 r. namawiali go przyjaciele. "Myślę, chłopie kochany, że i Tobie czas już najwyższy się żenić, bo inaczej gotowyś zostać starym fujarą, względnie kawalerem. Skoro masz maturę, to nie ma sensu siedzieć dłużej w Rosji. (...) Wprawdzie za same lewatywy nie zarobisz 100 blatów jak tam, ale na pewno z 50 rubli miesięcznie mógłbyś sobie wyrobić. Najważniejsze, że tu mógłbyś poznać damę swego serca, podczas gdy tam - chyba wielkim trafem".
Traf się jednakże zdarzył i poznał swą przyszłą żonę Aleksandrę Mitrow. W 1914 r. został wcielony do armii rosyjskiej i z tego czasu oglądamy jego zdjęcia w mundurze. Do Warszawy powrócił dopiero w roku 1919, otrzymując z miejsca stanowisko lekarza sanitarnego miasta. Gdy wybuchła wojna bolszewicka, wstąpił na ochotnika do wojska. Pełnił służbę w szpitalu na wschodnich rubieżach. Kiedy wojsko polskie cofało się, szpital został ewakuowany do Warszawy. "Tu Kamler rozpoznaje pierwszy przypadek cholery, przyczyniając się roztropnymi zarządzeniami do stłumienia zarazy w zarodku" - pisała dr Zofia Rosenblum.
Potem w 1922 r. został szefem miejskiej Pracowni Bakteriologicznej przy ul. Oczki. Pracował też jako ordynator Domu Wychowawczego im. ks. Boduena i lekarz pediatra na Woli i Mokotowie. "Serdecznie pokochał Mokotów. Przemierzając w swych siedmiomilowych butach w słotne jesienne i zimowe wieczory bajora mokotowskie, nie czuł zmęczenia i chłodu. Nie widział teraźniejszej nędzy, cieszył się, że dzielnica rozbudowuje się tak szybko, że przybywają nowe domy, że polskie dzieci niedługo nie będą mieszkały w suterenach, że będą miały parki, zieleńce, żłobki, szkoły i boiska" - pisała dr Rosenblum.
- Wuj, pracując nad bakteriami, zaraził się szkarlatyną. Zmarł bardzo szybko 4 lutego 1938 r. Jego dom przetrwał do dziś. Mieszkała w nim żona i dwaj synowie Bronek oraz Staś.
Ten pierwszy, absolwent liceum Mickiewicza, działał w czasie okupacji w konspiracji. W domu odbywały się spotkania konspiracyjne. W czasie Powstania Warszawskiego był żołnierzem "Parasola". Przepadł bez wieści we wrześniu 1944 r. Z kolei Staś przeżył wojnę i był potem znanym filatelistą.
Twarz jak z gumy
Gdy zmarł w 1938 r., wszyscy go żałowali. "W Domu Wychowawczym im. Boduena nocami montował laboratorium i w najgorszych warunkach oddawał się pracom naukowym, przesiadując nad nimi nieraz do rana. Dla dzieci powierzonych jego opiece był czułym opiekunem. Gdy na sali ukazywała się jego charakterystyczna postać, bywał przez dzieci formalnie oblężony. Umiał je rozśmieszyć, rozbawić. Żadne nie wychodziło z jego gabinetu zapłakane, jak to podkreślał z dumą. Tym samym humorem i dowcipem zjednywał serca matek" - pisała tuż po jego śmierci dr Zofia Rosenblum na łamach "Pediatrii Polskiej".
- Wuj Antek miał nieprawdopodobnie plastyczną twarz. Bardzo chorowałam na zapalenie gardła, a on mnie leczył. Żeby mi wypędzlować gardło, wkładał sobie w usta dwa jabłka i mnie rozśmieszał. Jak się śmiałam, wykorzystywał okazję i zabierał się do "zabiegu". Miał niesamowity kontakt z dziećmi - wspomina go Zofia Przygodzka, a jej kuzynka prof. Anna Stańczykowska-Piotrowska dodaje: - Był najbrzydszy z braci, ale uwodził strasznie kobiety.
Na fotografii z albumu rodzinnego pani Przygodzkiej widzimy młodą kobietę. Ma niezwykłe włosy. Gdy stoi wyprostowana, opadają jej aż do łydek. To żona Antoniego. Rosjanka Aleksandra Mitrow. Tuż przed pierwszą wojną światową mieszkali w Charkowie, potem już do końca życia w Warszawie przy Szustra (Dąbrowskiego).
- Ciocia Olesia pochodziła gdzieś z centralnej Rosji z bogatej ziemiańskiej rodziny, która była bardzo niechętna jej małżeństwu. To cudowna, ciepła osoba, przyjaźniła się z nią moja mama. Ciocia do końca nie nauczyła się dobrze po polsku. Zapomniała rosyjski i mówiła dziwną zbitką rosyjsko-polsko-francuską. Nazywaliśmy ją ciocią "charasio" i trochę się z jej mowy podśmiewaliśmy. Zmarła w latach 60. - wspomina Zofia Przygodzka.
Bez awangardy
Nazwisko Kamlerów trwale związało się z historią Mokotowa. Józef Kamler w latach 20. cywilizował dzielnicę, budując sieć kanalizacyjną i zaprowadzając chodniki. Jego rodzony brat Antoni prowadził szeroką działalność społeczną. Józef zbudował dom przy Wiktorskiej, Antoni na ul. Szustra.
Budynek stoi do dziś pośród willi i pałacyków wzniesionych w drugiej połowie lat 20. XX w. między al. Niepodległości (wtedy Włodarzewską) a Kazimierzowską. Jednorodzinne domy otoczone wypielęgnowanymi ogródkami zaczęły tu powstawać po 1926 r., kiedy to powołano spółdzielnię mieszkaniową Domy Spółdzielcze. Nie była to jednak typowa spółdzielnia. Raczej, jak pisał Jerzy Kasprzycki, biuro parcelacyjno-budowlane.
Gdy powstawał dom Kamlera, wzdłuż willowej części ul. Szustra dominowały wille ucharakteryzowane na dworki i klasycystyczne pałacyki. Górowały nad nimi czerwone, ceramiczne dachy.
Dom Kamlerów nie był jednak dworkiem. Jego architektura powstała w duchu silnie uproszczonego historyzmu z pewnymi elementami sztuki wczesnego modernizmu początku XX w. Nie była to zatem architektura awangardowa, ale w nowoczesnych rozwiązaniach można się doszukać racjonalizmu Kamlera.
- To był bliźniak, a jego wnętrza miały zdecydowanie mieszczański charakter. Wiele mebli pochodziło chyba jeszcze z XIX wieku - wspomina Anna Stańczykowska-Piotrowska.
Na dole był salon, gabinet dr. Antoniego Kamlera, kuchnia ze służbówką. Kuchnia oczywiście tradycyjna, węglowa.
- Łazienka musiała być nowoczesna jak na tamte czasy. Urządziła ją firma brata Antoniego, a mojego dziadka Józefa Kamlera - opowiada pani profesor. Jak wspomina, meble w salonie były masywne, ciemne. Ich fragmenty oglądamy na zachowanych fotografiach. Mogłyby stać w salonach i jadalniach mieszczańskich domów z przełomu XIX i XX w. Na piętro wchodziło się po drewnianych schodach. Tam znajdowały się m.in. pokoje synów Kamlerów - Bronka i Stasia.
- Antoni był wiecznie zajęty. Jak miał wolny czas, to malował, chodził po górach. Zachowała się jego legitymacja członkowska Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. Malował nie bez talentu. Głównie pastelami. To pejzaże i portrety. Do dziś mam trochę jego obrazów - mówi Zofia Przygodzka. Zapewne wiele z nich wisiało w domu przy Szustra.
List zza krat
Antoni Kamler był jednym z 11 dzieci Leopolda Kamlera i Katarzyny z Izdebskich. - To był mezalians. Leopold z zawodu stolarz (od 1862 r. prowadził zakład przy Oboźnej), a Katarzyna pochodziła z rodziny ziemiańskiej i na dodatek generalskiej - przypomina prof. Stańczykowska-Piotrowska.
Antoni urodzony w 1883 r. od początku miał rogatą duszę. Jako kilkunastoletni chłopak wyleciał z rosyjskiej szkoły realnej za to, że na akademii ku czci Puszkina nie chciał dokończyć deklamacji wiersza sławiącego cara. Do szkoły już nie wrócił. Przez rok pracował w papierni w Jeziornie, chodząc jednocześnie do szkoły handlowej. W 1900 r. związał się z PPS-em. Musiał być zaangażowany w działalność partii, bo w 1902 r. Rosjanie go aresztowali. Trafił najpierw na Pawiak, potem do X pawilonu w Cytadeli.
- Zachowała się cała jego korespondencja z więzienia - mówi prof. Stańczykowska-Piotrowska i wręcza mi odpisy listów. Wynika z nich, że za kratami Kamler czytał książki w kilku językach, intensywnie uczył się i trochę utył. "Dziwna rzecz, ale mi się zdaje, że jestem jakiś inny, pochwalę się, lepszy, szlachetniejszy i pracowitszy niż dawniej. Czuję się bardziej sobą. Myślę, że to więzienie, choć jestem niewinny, dobrze wpłynie na wyrobienie się, na ustalenie charakteru. Jam w więzieniu jak w domu, jak w swoim żywiole" - czytamy.
- Po 11 miesiącach został chyba wykupiony przez rodzinę i wkrótce uciekł przez granicę do Lwowa. Tam zrobił maturę - zastanawia się pani profesor.
Na studia wyjechał do Genewy. W 1911 r. ukończył wydział przyrodniczy i otrzymał dyplom doktora medycyny. - Cały czas działał w PPS-ie. Ocalała miniaturowa fotografia z 1906 r. ze zjazdu sekcji szwajcarskiej PPS w 1906 r. w Genewie. Antek pełnił funkcję jej sekretarza. Ocalały też listy. Nie są budujące. Łatwo się przekonać, jak bardzo działacze na emigracji byli skłóceni - opowiada pani profesor.
Lewatywa za 100 blatów
Z Genewy Antoni Kamler wrócił do imperium rosyjskiego, ale do Kongresówki wjechać nie mógł. Osiadł w Charkowie, gdzie nostryfikował maturę i szwajcarski dyplom, przy okazji zaś ukończył Instytut Bakteriologiczny. Zdobył dobrze płatną pracę w Zagłębiu Donieckim.
Do powrotu do Warszawy w 1912 r. namawiali go przyjaciele. "Myślę, chłopie kochany, że i Tobie czas już najwyższy się żenić, bo inaczej gotowyś zostać starym fujarą, względnie kawalerem. Skoro masz maturę, to nie ma sensu siedzieć dłużej w Rosji. (...) Wprawdzie za same lewatywy nie zarobisz 100 blatów jak tam, ale na pewno z 50 rubli miesięcznie mógłbyś sobie wyrobić. Najważniejsze, że tu mógłbyś poznać damę swego serca, podczas gdy tam - chyba wielkim trafem".
Traf się jednakże zdarzył i poznał swą przyszłą żonę Aleksandrę Mitrow. W 1914 r. został wcielony do armii rosyjskiej i z tego czasu oglądamy jego zdjęcia w mundurze. Do Warszawy powrócił dopiero w roku 1919, otrzymując z miejsca stanowisko lekarza sanitarnego miasta. Gdy wybuchła wojna bolszewicka, wstąpił na ochotnika do wojska. Pełnił służbę w szpitalu na wschodnich rubieżach. Kiedy wojsko polskie cofało się, szpital został ewakuowany do Warszawy. "Tu Kamler rozpoznaje pierwszy przypadek cholery, przyczyniając się roztropnymi zarządzeniami do stłumienia zarazy w zarodku" - pisała dr Zofia Rosenblum.
Potem w 1922 r. został szefem miejskiej Pracowni Bakteriologicznej przy ul. Oczki. Pracował też jako ordynator Domu Wychowawczego im. ks. Boduena i lekarz pediatra na Woli i Mokotowie. "Serdecznie pokochał Mokotów. Przemierzając w swych siedmiomilowych butach w słotne jesienne i zimowe wieczory bajora mokotowskie, nie czuł zmęczenia i chłodu. Nie widział teraźniejszej nędzy, cieszył się, że dzielnica rozbudowuje się tak szybko, że przybywają nowe domy, że polskie dzieci niedługo nie będą mieszkały w suterenach, że będą miały parki, zieleńce, żłobki, szkoły i boiska" - pisała dr Rosenblum.
- Wuj, pracując nad bakteriami, zaraził się szkarlatyną. Zmarł bardzo szybko 4 lutego 1938 r. Jego dom przetrwał do dziś. Mieszkała w nim żona i dwaj synowie Bronek oraz Staś.
Ten pierwszy, absolwent liceum Mickiewicza, działał w czasie okupacji w konspiracji. W domu odbywały się spotkania konspiracyjne. W czasie Powstania Warszawskiego był żołnierzem "Parasola". Przepadł bez wieści we wrześniu 1944 r. Z kolei Staś przeżył wojnę i był potem znanym filatelistą.
Spacery po nieodbudowanej Warszawie z Jerzym S. Majewskim
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Ta cukiernia to fenomen: ludzie stoją od świtu [WIDEO]
- Oryginalny biurowiec: przy Prostej wyrosła krzywa wieża
- Obciął penisa, chciał wyciąć serce
- Pilot zmarł za sterami samolotu z Warszawy do Pragi
- Wielki festiwal w Warszawie. Znamy pierwsze gwiazdy
- Rewolucja w taksówkach: nie trzeba dzwonić do centrali
- Poważny wypadek na wylotówce. Z auta wypadł silnik
- "Tu kupisz papierosy, które szkodzą zdrowiu"
- Środa w Warszawie [15.02.2012]
- Koszary, fabryka, willa i piramida. Wyburzone w 2011
- Ta cukiernia to fenomen: ludzie stoją od świtu [WIDEO]
- Zrównał z ziemią cenną willę. Teraz ma ją odbudować
- Nowa polska tania linia. Zabierze pasażerów pociągom?
- Walentynki w Warszawie: Jak spędzić Dzień Zakochanych?



