Jak prywatne firmy zarabiają na edukacji dorosłych
14.12.2009
aktualizacja: 2009-12-13 21:26
Fot. Kamil Broszko / AG
Ok. 20 mln zł rocznie przekazuje miasto na edukację dorosłych w prywatnych szkołach, ale nie wszystkie pieniądze idą na edukację. Na lukach w przepisach zarabiają firmy.
ZOBACZ TAKŻE
- Kryzys zagląda do szkół - braknie nawet na pensje? (08-12-09, 09:00)
- Koniec dotacji na fikcyjną naukę (06-09-10, 16:00)
- Rząd kupuje dzieciom miękkie klocki (15-12-09, 11:00)
- BUW ma 10 lat. I ogłasza amnestię (14-12-09, 18:17)
- Kursy dla wszystkich, którzy chcą myśleć (14-09-09, 11:00)
- Zlikwidowali kierunek studiów i... zaraz go przywrócili (12-12-09, 11:00)
SERWISY
W całej Warszawie w szkołach dla dorosłych prowadzonych przez spółki, stowarzyszenia, fundacje i osoby prywatne uczy się ok. 16 tys. osób. Najwięcej w Śródmieściu: prawie 6 tys. w zawodówkach, kolejne 3,4 tys. w liceach. Jest też 136 dorosłych gimnazjalistów. Do ich nauki dopłaca państwo. - Dotacje naliczane są według liczby słuchaczy, ale nie wiemy, ilu z nich rzeczywiście chodzi do szkoły - mówi Andrzej Wyrozembski, naczelnik wydziału oświaty w Śródmieściu.
Urzędnicy dziwią się np., jak to możliwe, że jedna ze szkół zgłasza 1200 osób. - W budynkach, gdzie odbywają się zajęcia, trudno sobie wyobrazić nawet połowę z nich - słyszymy od jednego z urzędników.
Pieniądze idą więc na naukę dorosłego ucznia, który zgłasza się tylko do szkoły po legitymację, żeby mieć zniżki w komunikacji miejskiej. Albo takiego, któremu nie zależy na maturze, ale na zaświadczeniu do ZUS (np. potrzebnym przy pobieraniu renty). A firmy prowadzące szkoły kuszą: legitymacje i zaświadczenia wydajemy od ręki, za darmo. W zamian za zapisanie się do szkoły darmowy basen, zniżki na zakupy albo w salonach kosmetycznych.
- Obawiam się, że pewnym szkołom wcale nie zależy na jakości kształcenia, ale na nazwiskach w tabelkach - mówi Wojciech Bartelski, burmistrz Śródmieścia. - Większość z nich nie pobiera czesnego, żyją tylko z dotacji. Ich utrzymywanie jest ogromnym ciężarem.
W tym roku dzielnica wypłaci szkołom blisko 10 mln zł. - Rzeczywiście to istotny problem i miasto go dostrzega - potwierdza Marcin Litwinowicz, naczelnik wydziału finansowania oświaty w ratuszu. - Biznes polega na tym, że taka szkoła zgłasza 300 zapisanych słuchaczy, a wie, że tak naprawdę będzie do niej chodzić 70 osób. I tylko tej grupie musi zapewnić pomieszczenia, nauczycieli. A pieniądze dostaje na wszystkich.
Nawet w firmach zajmujących się kształceniem dorosłych nieoficjalnie można usłyszeć, że znane są szkoły stawiające na liczbę słuchaczy. A oficjalnie? W największej spółce Cosinus, która ma oddziały w całej Polsce i ogłasza na stronie internetowej "do tej pory nie było limitów przyjęć", zapewniają, że słuchaczom zależy na kształceniu, a nie na papierkach. Firma Futura chwali się, że do ucznia, którego nie ma na trzech sesjach, dzwoni dyrektor szkoły i osobiście przypomina o zajęciach.
Dzięki temu, że ratusz uruchomił w tym roku internetowy system naliczania dotacji, urzędnicy mogą przynajmniej sprawdzić, czy ten sam słuchacz nie jest zapisany do kilku szkół. I takie przypadki odkryli. Wspólnie z kuratorium oświaty zapowiadają kontrole, ale najbardziej potrzebna jest zmiana przepisów.
- Zgodnie z ustawą dyrektor szkoły nie może skreślić ucznia tylko dlatego, że nie chodzi na zajęcia - mówi Marcin Litwinowicz. - Potrzebny jest przepis w ustawie, który zmusi dyrektorów szkół do skreślenia z listy słuchaczy nieobecnych przez określony czas, np. 30 lub 60 dni, jeżeli nieobecność ta jest nieusprawiedliwiona. Wtedy szkoła, zamiast dostawać pieniądze przez rok lub semestr jak teraz, brałaby je tylko przez miesiąc czy dwa.
Co na to MEN? - Przygotowywane jest rozporządzenie ministra, które umożliwi dyrektorowi skreślenie słuchacza, gdy będzie miał więcej niż 50 proc. nieusprawiedliwionych nieobecności - zapowiada rzecznik prasowy resortu oświaty Grzegorz Żurawski. - Toczy się jeszcze dyskusja co do tego, czy będzie to dokładnie ta liczba nieobecności.
Rozporządzenie będzie obowiązywać od nowego roku szkolnego.
Urzędnicy dziwią się np., jak to możliwe, że jedna ze szkół zgłasza 1200 osób. - W budynkach, gdzie odbywają się zajęcia, trudno sobie wyobrazić nawet połowę z nich - słyszymy od jednego z urzędników.
Pieniądze idą więc na naukę dorosłego ucznia, który zgłasza się tylko do szkoły po legitymację, żeby mieć zniżki w komunikacji miejskiej. Albo takiego, któremu nie zależy na maturze, ale na zaświadczeniu do ZUS (np. potrzebnym przy pobieraniu renty). A firmy prowadzące szkoły kuszą: legitymacje i zaświadczenia wydajemy od ręki, za darmo. W zamian za zapisanie się do szkoły darmowy basen, zniżki na zakupy albo w salonach kosmetycznych.
- Obawiam się, że pewnym szkołom wcale nie zależy na jakości kształcenia, ale na nazwiskach w tabelkach - mówi Wojciech Bartelski, burmistrz Śródmieścia. - Większość z nich nie pobiera czesnego, żyją tylko z dotacji. Ich utrzymywanie jest ogromnym ciężarem.
W tym roku dzielnica wypłaci szkołom blisko 10 mln zł. - Rzeczywiście to istotny problem i miasto go dostrzega - potwierdza Marcin Litwinowicz, naczelnik wydziału finansowania oświaty w ratuszu. - Biznes polega na tym, że taka szkoła zgłasza 300 zapisanych słuchaczy, a wie, że tak naprawdę będzie do niej chodzić 70 osób. I tylko tej grupie musi zapewnić pomieszczenia, nauczycieli. A pieniądze dostaje na wszystkich.
Nawet w firmach zajmujących się kształceniem dorosłych nieoficjalnie można usłyszeć, że znane są szkoły stawiające na liczbę słuchaczy. A oficjalnie? W największej spółce Cosinus, która ma oddziały w całej Polsce i ogłasza na stronie internetowej "do tej pory nie było limitów przyjęć", zapewniają, że słuchaczom zależy na kształceniu, a nie na papierkach. Firma Futura chwali się, że do ucznia, którego nie ma na trzech sesjach, dzwoni dyrektor szkoły i osobiście przypomina o zajęciach.
Dzięki temu, że ratusz uruchomił w tym roku internetowy system naliczania dotacji, urzędnicy mogą przynajmniej sprawdzić, czy ten sam słuchacz nie jest zapisany do kilku szkół. I takie przypadki odkryli. Wspólnie z kuratorium oświaty zapowiadają kontrole, ale najbardziej potrzebna jest zmiana przepisów.
- Zgodnie z ustawą dyrektor szkoły nie może skreślić ucznia tylko dlatego, że nie chodzi na zajęcia - mówi Marcin Litwinowicz. - Potrzebny jest przepis w ustawie, który zmusi dyrektorów szkół do skreślenia z listy słuchaczy nieobecnych przez określony czas, np. 30 lub 60 dni, jeżeli nieobecność ta jest nieusprawiedliwiona. Wtedy szkoła, zamiast dostawać pieniądze przez rok lub semestr jak teraz, brałaby je tylko przez miesiąc czy dwa.
Co na to MEN? - Przygotowywane jest rozporządzenie ministra, które umożliwi dyrektorowi skreślenie słuchacza, gdy będzie miał więcej niż 50 proc. nieusprawiedliwionych nieobecności - zapowiada rzecznik prasowy resortu oświaty Grzegorz Żurawski. - Toczy się jeszcze dyskusja co do tego, czy będzie to dokładnie ta liczba nieobecności.
Rozporządzenie będzie obowiązywać od nowego roku szkolnego.
Przeczytaj także: Nie będzie reklam na autobusach? Zapłacą pasażerowie
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Motocyklista w ciężkim stanie po wypadku na Racławickiej
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Masa Krytyczna: "My nie blokujemy ruchu"
- Warsaw Music Week. Wieczór z hip hopem od Prosto
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]


