Zamach na carskiego pomocnika

Jerzy S. Majewski
18.12.2009 aktualizacja: 2009-12-17 18:54
A A A Drukuj
Gmach PKO przed 1930 r.,za nim jednopiętrowy pałacyk Radziwiłłów ARCHIWUM
Eksplozja była tak potężna, że szyby wypadły z okien niemal wszystkich domów na Świętokrzyskiej między Jasną a Marszałkowską. Sto lat temu doszło do zamachu Organizacji Bojowej PPS na generała Lwa Uthofa.
Zamach przygotowany był w sposób partacki. Generałowi nic się nie stało. Śmierć poniosły dwie przypadkowe ofiary, a 11 innych przechodniów, w tym kilkunastoletni chłopcy, odniosło poważne rany. Dramat na tym się nie kończył.

Główna wykonawczyni zamachu Faustyna Morzycka dręczona wyrzutami sumienia popełniła samobójstwo. Bezsens zamachów terrorystycznych i dylematy moralne bojowników sprzed stu lat znakomicie oddawała powieść Andrzeja Struga "Dzieje jednego pocisku" zekranizowana w 1980 r. przez Agnieszkę Holland. Jej film "Gorączka" - bodaj czy nie najwybitniejszy w twórczości reżyserki - przeciwstawiał racje idei racjom etyki i w dużym stopniu inspirowany jest tragicznymi losami Mokrzyckiej.

Uthof w oplu

Miejscem akcji był pałacyk hrabiów Broel-Platerów, wcześniej należący do Pusłowskich, później zaś Radziwiłłów. Była to zgrabna, neoklasycystyczna budowla. Jednopiętrowa z wystawką na osi.

W 1909 r. w budynku znajdowało się mieszkanie i kancelaria gen. Lwa Uthofa, pomocnika generała gubernatora warszawskiego Gieorgija Skałona w wydziale policyjnym. Dodajmy, że Skałon, który objął swoje stanowisko w czasie wydarzeń rewolucji 1905 r., zapisał się jako zwolennik wyjątkowo ostrych represji, m.in. skazywania na śmierć bez sądu. Za jego czasów rosyjska ochrana w Warszawie przeprowadzała aresztowania niemal każdej nocy. Skałon uniknął kilku zamachów, zmarł w 1914 r.

Czas akcji PPS to samo południe 10 października 1909 r., kiedy to wąską wówczas Świętokrzyską, pełną sklepów i firm, wypełniał tłum. Z bramy pałacyku gen. Uthof wyjeżdżał otwartym jak dorożka oplem sprowadzonym niedawno z Królewca (firma produkowała samochody od 1899 r.). Generałowi towarzyszył brat w randze kapitana, samochód zaś prowadził 25-letni Otto Tiergarten nazywany wówczas nie kierowcą, lecz palaczem automobilu.

Gdy auto wyjeżdżało z sieni na chodnik, w motorze słychać było szum, a następnie słaby wybuch. Takie lekkie wybuchy był jednak czymś zwyczajnym w ówczesnych samochodach. Uthof zaniepokoił się jednak i wyskoczył z bratem z samochodu. To uratowało mu życie. Chwilę później nastąpiła potężna eksplozja, której podmuch zasypał ulicę kawałkami szkła, a przechodniów po drugiej stronie ulicy dosłownie zmiótł z chodnika i obrzucił odłamkami.

Mnóstwo rannych

"Samochód płonął jak pudło drewniane. W pobliżu na chodnikach i na bruku ulicznym wiło się w boleści kilkanaście osób pokaleczonych. Pomiędzy nimi leżał jakiś mężczyzna nieruchomy. Na miejsce wybuchu przybyli natychmiast żandarmi z kancelarii gen. Uthofa, stojący w pobliżu na posterunkach policjanci i rewirowi. Zatelefonowano do pogotowia ratunkowego, straży ogniowej i biur policyjnych. Wkrótce policja i żandarmi zamknęli dostęp do miejsca wypadku. W kilka minut przybyła karetka pogotowia z dr. Fitkałem. Potem druga z dr. Zakrzeskim, wreszcie trzecia. Lekarzom z pomocą przybył dr Władysław Kociatkiewicz, który przypadkiem znalazł się w pobliżu. Straż ogniową zawrócono z drogi. Zastąpił ją stróż jednego z domów, który zalał płonący samochód wodą z kranu ulicznego za pomocą kiszki do polewania ulic" - czytamy w "Kurierze Warszawskim".

Gen. Uthof nie doznał uszczerbku. Jego brat był mocno poturbowany. Rany odniósł "palacz auta" Tiergarten. Zwłoki mężczyzny z chodnika przeciągnięto pod bramę kamienicy przy Jasnej 1. Jak się okazało był nim 34-letni Teodor Muszyński, pracownik składu wyrobów tytoniowych J. Rosenbluma, który rozchorował się i szedł Świętokrzyską po poradę do doktora Szmakfefera. Do Szpitala św. Rocha odwieziono 14-letniego ucznia Kazimierza Rajkowskiego i 16-letniego Zygmunta Majewskiego, praktykanta malarskiego. Ten ostatni miał niemal urwane prawe udo.

Do Szpitala Dzieciątka Jezus zawieziono 16-letniego Ludwika Tadzika, 35-letnią robotnicę Antoninę Budzińską i 16-letniego Wiktora Pilarowskiego, praktykanta tokarskiego. Z kolei po opatrzeniu do domów odesłano m.in. Maurycego Salzsteina, buchaltera domu Natansonów. Salzstein skarżył się na ból w oku. W domu poczuł się gorzej. Zmarł dwa dni później na zapalenie mózgu. "Powszechnie lubiany osierocił dwójkę dzieci i zostawił żonę" - pisały gazety 13 października.

Bomba nie zbiornik

Ulicę dla ruchu otwarto dopiero po kilku godzinach. "Śpieszyły tam tłumy. W olbrzymim domu Bachracha powypadały szyby belgijskie we wszystkich oknach, nawet wielkie szyby wystawowe w sklepach. Wczoraj też sklepy były pozamykane. Niepodobna było otwierać ich bez szyb w oknach i we drzwiach. Powiększa to straty kupców i rzemieślników. Są znaczne, gdyż koszt jednej wielkiej szyby wystawowej wynosi od 300 do 700 rubli, Niektóre z szyb były ubezpieczone" - donosił "Kurier Warszawski".

Początkowo śledczy byli przekonani, że eksplozja to skutek nieszczęśliwego wypadku. Eksperci uznali bowiem, że przyczyną była nieszczelność zbiornika z benzyną, który umieszczony był pod siedzeniem kierowcy. "To auto przestarzałego typu pochodzące z fabryki pruskiej, która za lichy pojazd kazała sobie słono zapłacić" - zauważał "Kurier Warszawski", a w ślad za nim inne gazety postulowały, by dokonać obowiązkowego przeglądu samochodów jeżdżących po Warszawie i straszących ludzi wystrzałami.

Nie wszyscy jednak dawali wiarę ekspertyzie. Miasto huczało od plotek. Wreszcie 29 października "Warszawskij Dniewnik", oficjalna gazeta w języku rosyjskim, poinformował, że to nie nieszczelny zbiornik z benzyną, lecz bomba spowodowała eksplozję. Śledczy dotarli do świadków, którzy widzieli kobietę rzucającą bombę z balkonu wielkiej kamienicy Bachracha po drugiej stronie ulicy Świętokrzyskiej.

Jak się okazało, wynajmowała ona tam mieszkanie pod fałszywym nazwiskiem. Wprowadziła się do "pokojów umeblowanych", jak nazywano wtedy hoteliki. Rzucając bombę, trafiła w auto niezbyt precyzyjnie. Spóźniła się. W samochodzie nie było już generała. Potężna metalowa rama auta zamortyzowała siłę eksplozji. Impet wybuchu zmiótł przechodniów z chodnika po drugiej stronie ulicy. Ci, którzy byli w pobliżu samochodu, odnieśli tylko nieznaczne rany.

Bezsilna siłaczka

Tajemniczą kobietą była Faustyna Mokrzycka, córka zesłańca syberyjskiego, działaczka oświatowa, pisarka, popularyzatorka wiedzy historycznej i krajoznawczej. Gdy u schyłku XIX wieku poznał ją Stefan Żeromski, zafascynowany jej pracą u podstaw na zapadłej prowincji, gdzie uczyła chłopskie dzieci - napisał nowelę "Siłaczka". To właśnie Faustyna Mokrzycka stała się pierwowzorem literackim wiejskiej nauczycielki Stanisławy Brzozowskiej. Organizatorem zamachu był członek Organizacji Bojowej PPS Mieczysław Mańkowski. Już w 1906 r. próbował zgładzić Skałona. Teraz śmierć Uthofa miała być pułapką na generała gubernatora. Zamachowcy liczyli, że Skałon pojawi się na pogrzebie szefa żandarmów i tam zginie w kolejnym zamachu. Cały ten pomysł wydaje się dziś obłędny.

Do wykonania pierwszego etapu planu wyznaczono wrażliwą kobietę. Skutek okazał się katastrofalny. Mokrzycka umknęła z Warszawy. Wyjechała do krewnych na Ukrainę. Przebywała w Charkowie i Kijowie. Nigdy już jednak nie odnalazła spokoju. W 1910 r. wróciła do Krakowa. Tam 26 maja, w kilka miesięcy po zamachu, popełniła samobójstwo. Jest pochowana na Cmentarzu Rakowickim.

Wróćmy do samego pałacyku przy Świętokrzyskiej 33. Z czasem przeszedł w ręce Radziwiłłów. Jeszcze przed pierwszą wojną światową zaczął "zapadać się" w szczelinę urbanistyczną. Po jego prawej stronie, przy Świętokrzyskiej 35, w 1913 r. wyrosła kolosalna kamienica Eibina. W 1914 r. zaczęto budowę równie wielkiego gmachu po lewej stronie budynku przy Świętokrzyskiej 31. Dom zaprojektowany przez Józefa Handzelewicza miał zostać ukończony już w lipcu 1915 r. i obok luksusowych mieszkań mieścić wiele sklepów i biura do wynajęcia. Realizację przerwał wybuch pierwszej wojny światowej. Budowę wznowiono dopiero kilka lat po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1921 r. Tym razem w budynku ulokowana została siedziba centrali Pocztowej Kasy Oszczędnościowej.

W sąsiedztwie tych budynków jednopiętrowy pałacyk Radziwiłłów prezentował się dość skromnie. Dotrwał do początku lat 30., kiedy to kupiło go PKO. Tu ulokowały się niektóre biura instytucji.

Pomimo kryzysu rozwój kasy był tak szybki, że podjęto decyzję o rozbudowie jej siedziby. Pałacyk postanowiono zburzyć. Rozbiórka zaczęła się od oficyn, gdzie stanęło nowe tylne skrzydło gmachu PKO. Potem przyszła kolej na sam pałacyk - w jego miejscu stanęło nowe skrzydło budynku. Tym razem projekt powierzono Zygmuntowi Tillingerowi, zaś autorem spawanej konstrukcji był Stefan Bryła. Nadbudowany też został budynek projektu Handzelewicza. Jednak i ta rozbudowa zaspokoiła jedynie na krótko apetyty inwestycyjne PKO i już niebawem powstała kolejna koncepcja.

Cały kompleks budynków miał się teraz ciągnąć wzdłuż Świętokrzyskiej od Jasnej po Marszałkowską. Najpierw zbudowano monumentalny gmach o kamiennej elewacji, podcieniach i zaokrąglonym narożniku u zbiegu z Marszałkowską. Prace te ukończono w 1938 r. Wreszcie tuż przed 1939 r. pod kilofami rozpadła się kamienica Eibina z 1913 r. I tu miało wyrosnąć nowe skrzydło PKO. Do realizacji jednak nie doszło. Uniemożliwił ją wybuch wojny.

Po niej w odbudowanym gmachu umieszczono siedzibę Poczty Głównej. O pałacyku Radziwiłłów, który znajdował się tam, gdzie obecnie jest główne wejście do poczty od strony Świętokrzyskiej, nikt już nie pamięta.

Spacery po nieodbudowanej Warszawie z Jerzym S. Majewskim



Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy