O pierwszym razie... z Mikołajem - opowiadają muzycy

Łukasz Kamiński
24.12.2009 aktualizacja: 2009-12-23 21:08
A A A Drukuj
Didżej Cpt. Sparky Fot. Wojciech Surdziel /AG
  • Koncert z udziałem Gaby Kulki 25 września
  • Kapela ze Wsi Warszawa
  • Ania Brachaczek/Biff
Pamiętacie swoje pierwsze spotkanie ze Świętym Mikołajem? To była trauma czy pełnia szczęścia? Rozczarowanie czy objawienie? Swoje wspomnienia opowiedziało nam kilku muzyków.
Swoje pierwsze spotkanie ze Świętym Mikołajem pamiętam jak przez mgłę. Miałem góra pięć lat. Pamiętam nawet nie tyle samą postać świętego, ile potężne przerażenie, takie odejmujące mowę (a biorąc pod uwagę, że podobno gadałem nieustająco, przerażenie musiało być olbrzymie). To było bardziej traumatyczne niż spotkanie, które himalaiści przeżywali napotykając na swojej drodze yeti. Gdy w pokoju pojawił się - jak później się okazało wuj - Święty Mikołaj, wcisnęło mnie w ścianę. Moją minę do dziś wspominają moi rodzice.

Tuż przed Wigilią o wspomnienia związane ze Świętym Mikołajem poprosiliśmy kilku muzyków!

Gaba Kulka, kompozytorka, wokalistka

Ja jestem trochę z innej szkoły, niemikołajowej. Do nas do domu z prezentami nie przychodził Święty Mikołaj, tylko Aniołek. Moja mama podtrzymywała tę tradycję w bardzo zresztą twórczy sposób - na noc zostawiała uchylone okno, pod którym rozsypywała pióra. Miał to być dowód na to, że Aniołek nas faktycznie odwiedził. Zawsze zresztą wolałam go od Mikołaja, bo był taką postacią efemeryczną, tajemniczą. Aniołek nie był takim konkretem jak grubszy gość z brodą. Poza tym zawsze budziło moje podejrzenie, że Święty Mikołaj pojawiał się aż dwa razy, 6 i 24 grudnia. Święty Mikołaj szybko mi się zdemitologizował, bo miał po prostu ciekawszą konkurencję.

Kapitan Sparky, didżej kolektywu Soul Service, współautor składanek "Polish Funk"

Nie mam traumy związanej ze Świętym Mikołajem. Ale pamiętam jedną świąteczną imprezę, która sprawiła, że już na zawsze będzie kojarzył mi się z jedną osobą. Kiedy miałem siedem lat, rodzice zabrali mnie do miejscowego domu kultury na Wigilię dla dzieci. Byłem zachwycony. Kiedy już po imprezie, po rozdaniu wszystkich prezentów Mikołaj zdjął czapkę i brodę, okazało się, że to nikt inny jak Zygmunt Kęstowicz, który prowadził "Porę na Telesfora" i "Piątek z Pankracym". Później kiedykolwiek go widziałem, zawsze kojarzył mi się ze Świętym Mikołajem. Przypominała mi też o tej Wigilii mama, pokazując mi zdjęcie zrobione w technice Orwo, jak siedzę panu Zygmuntowi na kolanach.

Wojtek Krzak z Kapeli Ze Wsi Warszawa

Na początku jako dziecko byłem zachwycony Świętym Mikołajem, że jest taki dobry, że wszystkim dzieciom na świecie roznosi prezenty. Później jednak przyszła trauma i rozczarowanie. Podczas jednej z rodzinnych Wigilii, miałem wtedy sześć, siedem lat, Święty Mikołaj podszedł do mnie i poprosił, żebym mu powiedział jakiś wierszyk. Kompletnie mnie to sparaliżowało. Gdy po chwili spadła mu broda i okazało się, że to nie święty, tylko wujek, to już była totalna trauma, z której na dobrą sprawę nie otrząsnąłem się do dziś. A dziś Święty Mikołaj jest już tylko towarem, gadżetem. Bardziej kojarzy mi się z zakupami niż nastrojem świątecznym. Nawet moje dzieci mają do niego dystans. Kiedy my byliśmy młodzi, Święty Mikołaj był właściwie jedynym symbolem świąt, i to przecież nie marketingowym, nie handlowym. Dziś przegrywa rywalizację z zabawkami, postaciami z kreskówek czy filmów dziecięcych.

Ania Brachaczek, wokalistka grupy Biff

Zgodnie ze śląską tradycją Święty Mikołaj przychodził 6 grudnia. Natomiast prezenty pod choinkę przynosiło Dzieciątko, które wlatywało i wylatywało przez okno. Pamiętam, jak mama uchylała okno, wyganiała nas z pokoju, a za jakiś czas, zamykając je, wołała nas z powrotem, kiedy pod choinką leżały już prezenty. Dzieciątka nigdy w życiu nie widziałam, zawsze wyobrażałem sobie, że wygląda trochę tak, jak gipsowa figurka ze skrzydełkami, z rączkami ułożonymi jak Elżbieta Jaworowicz [prowadząca "Sprawę dla reportera"]. Mikołaja natomiast spotkałam, kiedy miałam pięć lat. Obudziłam się w środku nocy i zobaczyłam wielką, ubraną na czerwono postać, zupełnie jak z dzisiejszych reklam Coca-Coli, która pomachała mi i zniknęła w przedpokoju. Dostałam wtedy piękną niebieską książeczkę i pamiętam, że w ogóle się nie bałam, tylko byłam absolutnie zafascynowana. Do dziś zastanawiam się, kim on był. Nawet przeprowadziłam miniśledztwo wśród sąsiadów. Do rysopisu najbardziej pasował mi sąsiad z naprzeciwka. Sęk w tym, że po pierwsze, nie miał kluczy do naszego mieszkania, a po drugie, nie miał jednej ręki, a Mikołaj, którego spotkałam, miał obie.

Przeczytaj także: Świąteczna iluminacja na Trakcie Królewskim



Zrób to w Warszawie

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy