Święto Trzech Króli: Zbyt ruchome szopki

Jerzy S. Majewski
06.01.2010 aktualizacja: 2010-01-05 21:02
A A A Drukuj
Orszak Trzech Króli rok temu przyciągnął 10 tysięcy uczestników. FOT. FILIP KLIMASZEWSKI / AGENCJA GAZETA
Dziś święto Trzech Króli. Wyznacza koniec świąt Bożego Narodzenia i początek karnawału. Niegdyś w ten dzień w warszawskich kościołach był tumult, wrzask i zgorszenie.
Orszak Trzech Króli przeszedł przez Starówkę w ostatnią niedzielę. - W naszym mieście tworzy się nową tradycję ulicznych jasełek - mówił metropolita warszawski arcybiskup Kazimierz Nycz. I rzeczywiście nie natrafiłem na wiadomości, by takie orszaki urządzano w dawnej Warszawie. Za to w dobie baroku w Trzech Króli w stołecznych kościołach wystawiano spektakle.

Zaczęło się od niewinnego zwyczaju dostawiania w ten dzień i postaci do bożonarodzeniowych szopek. Bracia zakonni dodawali figurki magów i ich orszaki z wielbłądami, słoniami, husarzy, żołnierzy w mundurach polskich, moskiewskich czy pruskich.

Nieruchome szopki szybko się znudziły, figurki zaczęły ożywać, a tematyka z każdym rokiem stawała się coraz bardziej świecka. Jak pisał ksiądz Jędrzej Kitowicz, kronikarz czasów saskich - w widowiskach celowali franciszkanie, reformaci i bernardyni. "Tam Żyd wytrząsał futrem, pokazując go z obu stron, jakby do sprzedania". Nadchodzący żołnierz porywał futro, którego Żyd z ręki wypuścić nie chciał. Żołnierz bił więc Żyda i sprzedawał futro mieszczaninowi. Żyd wracał z pachołkiem marszałka, który aresztował żołnierza i mieszczanina. Tłum szalał z radości, śmiał się, krzyczał. Zakonnicy wystawiali kolejną scenę. "Na przykład chłopów pijanych bijących się pałkami, albo szynkarkę tańcującą z gachem i potem porwaną wraz z nim przez diabła" - pisał Kitowicz. Lud tak się zachwycał, że do kościołów trudno się było wepchnąć. Jedni wdrapywali się na ołtarze, inni na rusztowania szopek. Byli wtedy polewani wodą i batożeni przez kościelnych. Atakujący kościelny "czynił reprezentacją, dalszemu spektaklowi daleko śmieszniejszą od akcyj jasełkowych, kiedy uciekający w tył przed batogiem, jedni przez drugich na kupy się wywracali, drudzy rzeźwo z ławek i ołtarzów zeskakując, jedni na drugich padali, tłukąc sobie łby, ręce i nogi albo guzy i sińce bolesne o twarde uderzenie odbierając" - czytamy.

Ostatecznie biskup poznański książę Teodor Czartoryski (Warszawa przed 1798 r. podlegała diecezji poznańskiej) uznał spektakle za gorszące i ich urządzania zabronił.

Spacery po nieodbudowanej Warszawie z Jerzym S. Majewskim



Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy