Taksiarze: Z kroplą benzyny we krwi

Alex Kłoś
09.01.2010 aktualizacja: 2010-01-08 20:53
A A A Drukuj
Robert Szczęsny (z lewej) wozi pasażerów od 1996 r. Adam Siemiradzki ma 33-letni staż za kierownicą taksówki Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
Jeździłem nocami, dopóki były otwarte knajpy. Sofia, Gastronomia, Kongresowa i Pod Kandelabrami. Rajcowało mnie takie życie. Codziennie świeży grosz.
Jak zostałem złotówą?

ADAM, 62 lata, wdowiec, ma syna. W taksówce od 1977 r.

- Taksówkarzem zostałem przez głupotę. To przez ten mit, że zarabia się na tym kupę pieniędzy. Nie skończyłem zawodówki. Za to w 1966 r. zrobiłem zawodowe prawo jazdy. Pracowałem jako kierowca w koktajlbarze Hortex przy Świętokrzyskiej. W zaopatrzeniu. Zarabiałem trzy razy tyle, co kierowca na etacie w ministerstwie, bo Hortex był w prywatnych rękach. Ok. 11 tys. zł miesięcznie! Jakbym pojeździł tak do emerytury, byłoby super, ale posłuchałem taksówkarzy. Opowiadali, jakie mają eldorado. Zagrzały mnie ich opowieści. Pomyślałem: co będę tu siedział, jak mogę zarobić 20 tysięcy na taryfie.

MICHAŁ, 56 lat, żona i syn. Na taxi od 1981 r.

- Zawsze kręciły mnie dwie rzeczy: gra na gitarze i jazda samochodem. Skończyłem samochodówkę w alei Krakowskiej. Nie miałem myśli, żeby być taksówkarzem, ale w życiu trzeba sobie znaleźć zajęcie. Zacząłem jeździć tuż przed stanem wojennym. Byłem też gitarzystą w zespole przygrywającym do kotleta i na weselach. W tym biznesie zrobiło się jednak cienko, nie było chałtur. A taksówek było jakieś sześć tysięcy. Ludzie nie mieli zbyt wielu aut. Można było zarobić. Zacząłem od "łebkowania" - podjeżdżało się prywatnym samochodem pod postój, ludzie wsiadali. Jeździłem fiatem 125p ojca. W końcu dał mi samochód. Powiedział: synu, pracuj. Tak zostałem taryfiarzem. Na rynku było wtedy Miejskie Przedsiębiorstwo Taksówkowe i Zrzeszenie Transportu Prywatnego. Przystąpiłem do tego drugiego. Trzeba było mieć samochód, prawo jazdy i zdać egzamin na koncesję.

PAWEŁ, 51 lat, żona, syn i córka. Taksówkarz od 1986 r.

- Zdecydowałem się na taksówkę, bo liczyłem, że będę wolnym człowiekiem. Byłem po SGPiS, pracowałem w niedużej firmie. Odpowiadałem za kilka osób. Kolega został taksówkarzem. Namówił mnie. W swojej pierwszej pracy zarabiałem 9 tys. zł. Ostatecznie przekonał mnie taksówkarz, który mnie wiózł do pracy. Śmiał się, że tyle co ja miesięcznie zarabia w dwa, trzy dni. O koncesję nie było już łatwo. Uczyłem się, ślęczałem nad mapą. Ścisłe centrum trzeba było znać na pamięć. Wymienić ulice poprzeczne, które mija się, jadąc z punku A do B.

ROBERT, 48 lat, żona, dwie córki. Taksówkarzem jest od 1996 r.

- Skończyłem technikum samochodowe na Hożej. Po szkole pracowałem przez dwa miesiące jako mechanik, to nie było to. Lubię jeździć samochodami. Na początku jeździłem ciężarówkami i autobusami. Po kilka dni byłem poza domem. Uznałem, że najlepszym rozwiązaniem będzie taksówka. Nie było z tego kokosów, ale można było zarobić.

Złote lata PRL

PAWEŁ: Poczułem się wolny! Nikt nade mną nie stał, nie byłem odpowiedzialny za nikogo. Tylko za siebie i za to, czy samochód rano zapali. Opłaty i koszta były niewielkie. Taksówek było mało i były niedrogie. Nie było tak gigantycznego ruchu. Wyjeżdżało się na parę godzin. Na postojach stały kolejki. Zimą jeździło się w koszuli, nie gasząc silnika. Po prostu luksus.

ADAM: Gdy zacząłem, taksówek było ok. trzech tysięcy. Jeździłem od godz. 19 do 5 rano, robiąc do 350 km. Dopóki były otwarte knajpy, takie jak Sofia, Gastronomia, Kongresowa i Pod Kandelabrami. Potem zjeżdżałem na bazę i do domu spać. Rajcowało mnie takie życie. Codziennie świeży grosz. 2 zł brało się za kilometr. Dziennie miałem do 500 zł utargu, a do 400 zł napiwku. Klient był inny. Atmosfera w zawodzie też. Wszyscy się znali. Jak nie z postoju, to z pod knajpy.

MICHAŁ: Jak ktoś pracował po dwanaście godzin dziennie, to po kilku latach mógł mieć domek pod miastem. Ja pracowałem osiem godzin. Od 16 do 24. Cały dzień miałem wolny. Zajmowałem się domem, jeździłem z dziećmi na basen, grałem na gitarze. Odbierałem syna z przedszkola, a po obiedzie szedłem do pracy.

PAWEŁ: Wielu ludzi miało licencje taksówkarskie, ale nie wykonywali zawodu. W tamtych czasach trzeba było mieć w dowodzie pieczątkę o zatrudnieniu, bo był nakaz pracy. Byli niby taksówkarzami, ale robili inne rzeczy, interesy, handle. Taksówek było zarejestrowanych ok. dziesięciu tysięcy. Na mieście znacznie mniej.

MICHAŁ: Byli też "układowcy", którzy wozili prostytutki. Ustawiali się pod knajpami i pod dansingami. Jak dziewczyny wychodziły z klientami i szły do jakiejś taksówki, było wiadomo, że mają układ. Po robocie "układowcy" odwozili je z powrotem pod lokal. Wiadomo było, że niektórzy taksówkarze współpracują z milicją czy SB.

Witamy w III RP

PAWEŁ: Po 1989 r. rynek został całkiem otwarty. Nie trzeba było należeć do Miejskiego Przedsiębiorstwa Taksówkowego czy Zrzeszenia Transportu Prywatnego. Zdawać egzaminu na koncesję. Wystarczyło zgłosić działalność gospodarczą. Taksówek zrobiło się kilkanaście tysięcy. Ogony na postojach, ceny nie wiadomo skąd. Awantury, bójki. W końcu władze uznały, że trzeba rynek cywilizować. Nadano taksówkarzom numery, auta oznaczono godłem miasta i żółto-czerwonym paskiem. Trzeba było zdać egzamin z topografii, test psychotechniczny, nie można było być karanym. A kilka lat temu doszły licencje i klasy fiskalne.

ADAM: - Większość taksówkarzy odeszła wtedy ze Zrzeszenia. Po co płacić składki, mieć kogoś nad sobą? Ja zostałem, rozkręciliśmy korporację Super Taxi. Dziś to ponad 800 samochodów.

MICHAŁ: Zostałem wolnym strzelcem. Na początku było ciężko, ale jakoś zaczęło się kręcić. Swoje muszę odstać na postoju. Więcej jest czekania niż jazdy. Czytam gazety, słucham muzyki. Ludzie zatrzymują też z łapki, ale rzadko. Ci z korporacji dostają zlecenia. Za to ja jestem wolny. Mam stałych klientów, ok. dziesięciu osób.

PAWEŁ: O wolności już dawno zapomniałem. Taksówkarz w korporacji musi się liczyć z każdym i ze wszystkim.

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy