20-lecie Stołecznej: Wielkie ucieczki III RP

Anna Kwiatkowska ,Dariusz Bartoszewicz, Iwona Szpala, Jarosław Osowski,
11.01.2010 aktualizacja: 2010-01-10 20:37
A A A Drukuj
1996 r. - Michael Jackson prze hotelem Marriott FOT. SLAWOMIR KAMINSKI / AGENCJA GAZETA
  • Guziec - kuzyn uciekiniera Non Diego
  • Miniaturka buławy wilanowskiej
Co zasłużyło na tytuł największej ucieczki? Guziec, buława, Jacksonland czy może tramwaj, który jechał tyłem?
Guziec prawda, czyli najsłynniejsza ucieczka III RP

To był ciepły wiosenny poranek. A może dżdżysty i chmurny? Dziś nikt już tego nie pamięta. Ale właśnie tego ranka 2 kwietnia 1996 zaczęła się najdłuższa ucieczka w historii powojennej Warszawy.

Ta historia zaczyna się w Powsinie. Bezimienny wówczas samiec guźca - czyli po prostu afrykańskiej świni - odbywał tu kwarantannę przed podróżą do zoo w San Diego, do którego został sprzedany przez warszawski ogród. W czasie próby przetransportowania do samochodu czmychnął w las i - jak to pisał wieszcz - "dotąd jak czmycha, tak czmycha".

Nie wiadomo, jak dalej potoczyły się jego losy. Pomimo kilku obław, wysiłków tropicieli, a nawet jasnowidzów świnia nie została ujęta. Specjaliści twierdzą, że guziec zamarzł, gdy przyszły pierwsze mrozy. Realiści, że jeszcze wcześniej został odstrzelony przez kłusowników i zapeklowany. Dobrze poinformowani utrzymują nawet, że cała historia ucieczki to jedna wielka ściema. Ale my, prawdziwi Polacy z romantyczną duszą i ułańską fantazją, wiemy swoje: Non Diego (bo tak go nazwali warszawiacy na pamiątkę jego niechęci do San Diego) żyje w kabackich ostępach i ma w nosie całe to zamieszanie wokół niego.

Zresztą zamieszanie to mało powiedziane. Latem 1996 roku Warszawę, Polskę i Europę opanowała guźcomania. To, łagodnie mówiąc, niezbyt urodziwe zwierzę, o którego istnieniu rzadko kto do tej pory słyszał, nagle stało się bohaterem popkultury! Prawda, pomógł pewnie w tym sezon ogórkowy, ale i tak zrobił karierę, o jakiej niejeden polski celebryta może tylko pomarzyć. O guźcu pisały wszystkie polskie gazety codzienne i tygodniki opinii. Poważne analizy pod hasłem "guziec a sprawa polska" zamieścił "Der Spiegel" i "Wall Street Journal Europe". Audycję na jego temat nadało radio BBC. Został bohaterem paru filmów dokumentalnych oraz powieści. A jego imię nadano ulicy na Ursynowie.

Pamięta o nim ciągle "Gazeta Stołeczna", która guźca nieformalnie adoptowała. Niżej podpisaną - samozwańczą specjalistkę ds. guźca - redaktorzy "Stołecznej", gdy nadchodzi guźcowy jubileusz albo inna okazja, potrafią odszukać nawet w Białymstoku czy Łodzi. I zawsze udaje im się ją przekonać do popełnienia jeszcze tej jednej, ostatniej publikacji o nim.

Naliczyłam już tych publikacji 27. Ale ta historia na pewno na tym się nie skończy.

Do zobaczenia.

Anna Kwiatkowska

Niech zalśni buława

Artysta Tadeusz Dębski pewnego dnia doznał iluminacji i wpadł na pomysł budowy monstrualnej buławy. Miała sterczeć na przedpolu pałacu w Wilanowie - pisaliśmy w tekście "Buława kontra pałac" (17.07.1997). Cel - złamać monopol Pałacu Kultury na oglądanie Warszawy z góry.

Artysta marzył: - Buława mogłaby być i 120-metrowa. Powinna lśnić, jakby była napylona złotem. W drzewcu zainstalujemy szybkie windy, w głowicy znajdzie się taras widokowy z restauracją serwującą dania kuchni polskiej. Nie zabraknie kolorowych kamieni ze szkła imitujących buławy ze zbiorów pałacu w Wilanowie. Będą połączone światłowodami. W rocznicę wiktorii wiedeńskiej laserowe światła wystrzelą w niebo.

Podniebny taras pozwoliłby na podziwianie monarszej rezydencji z lotu ptaka. By pokazać, o jak fantastyczne widoki chodzi, Dębski zorganizował w 1998 r. loty balonem na uwięzi. Do gondoli zaprosił m.in. włodarzy dzielnicy.

Wizję storpedował konserwator zabytków. Dziś pozostały po niej: kilkumetrowa miniaturka buławy przezwana trzepaczką, stojące niedaleko kościoła św. Anny w Wilanowie walce z miedzi, które miały zapoczątkować zbiórkę metali kolorowych na buławę i wilanowski pomnika Jana III skwitowany przez publikę: "Sobieski, Marysieńka i trzy pieski".

Artysta maluje teraz paznokcie na czarno, a pocieszenia szuka, tańcząc tango.

Dariusz Bartoszewicz

Jacksonland na Bemowie, czyli spory i bajki

Gdy jesienią 1996 r. Michael Jackson dał koncert w Warszawie, przyjmowano go z honorami równymi głowie państwa. Była wizyta w Pałacu Prezydenckim i późniejsze komplementy Aleksandra Kwaśniewskiego, który opowiadał o wrażliwości i nieśmiałości gwiazdora. Od ministra finansów Grzegorza Kołodki król popu dostał "Strategię dla Polski". A od prezydenta stolicy Marcina Święcickiego album "Pałace Warszawy". - Michael to wyluzowany człowiek, zastanawia się nad kupieniem tu domu - zdradził mediom Święcicki.

Wiosną 1997 r. stołeczni włodarze ogłosili: Jackson chce zainwestować 500 mln dol. i zbudować na Bemowie park rozrywki. Podczas podpisywania listu intencyjnego gwiazdor wystąpił w atłasowej kurtce, a Święcicki w zakładanym na szczególne okazje prezydenckim łańcuchu.

Na budowę Jackson wybrał teren lotniska, który do samorządu nie należał. Potem było już tylko gorzej - weto postawiło MSWiA. Po zmianie rządu ekipa AWS parku Jacksona sobie nie życzyła. Podobnie jak okoliczni mieszkańcy. Ukuli hasło "Jacksonland do PGR-u". Na ulicach rozdawali list otwarty do prezydenta Warszawy, w którym argumentowali, że Jacksonland "nieuchronnie ściągnie biznes narkotykowy, kradzieże, pornografię i prostytucję". Wytykali, że Jackson nie jest katolikiem. Do komitetu obywatelskiego dołączyła silna grupa 43 posłów, głównie z AWS. Pytali Święcickiego. czy ma świadomość, że popiera inicjatywę członka Kościoła scjentologicznego. Po miesiącach sporów projekt upadł.

- Park przepadł z powodów politycznych. Janusz Tomaszewski, AWS-owski szef MSWiA, był zazdrosny o sukces - ocenia po latach Marcin Święcicki. - W Warszawie Unia Wolności rządziła z SLD. Tomaszewski nie chciał, żeby nam się coś udało.

Jego zaniem Jackson miał poważne zamiary: - Przez rok przyjeżdżał tu jego prawnik. Wysyłaliśmy Jacksonowi bajki i legendy polskie, bo park miał mieć takie odniesienia. Nie wiem, czy on sam dysponował kapitałem, ale jego nazwisko było magnesem, który ściągnąłby do Warszawy wielki biznes.

Iwona Szpala

Tramwaj tyłem przed prokuratorem

Takiej szarży nigdy wcześniej ani później już w Warszawie nie było. Nad ranem 28 listopada 1996 r. z zajezdni przy ul. Woronicza wymknął się tramwaj. Najpierw drugi, a za nim pierwszy wagon, bo oba jechały tyłem.

Ruszyły Wołoską, skręciły w Rakowiecką, potem w al. Niepodległości. Eskapada skończyła się po 5 km w dramatycznych okolicznościach: tramwaj się wykoleił, zmiótł z ziemi kwiaciarnię na rogu Nowowiejskiej i zatrzymał się na sklepie mięsnym. "Dokładnie o godz. 3.36 obudził mnie huk i szczekanie psa. Myślałyśmy, że wybuchła bomba. Potem zobaczyłyśmy pod oknem coś dziwnego i pogiętego" - opowiadały mieszkanki domu Ewa i Małgorzata Matuszewskie. Rano sprzedawczyni z mięsnego zastała przed sklepem tłum ("Zupełnie jak za dawnych czasów, kiedy coś rzucili"), a co bardziej bogobojne klientki wieszczyły koniec świata. - To skandal, żeby tramwaje mogły ruszać same, a w dodatku tyłem! - podsumowała sklepowa, bo taką wersję wydarzeń przedstawiali początkowo miejscy urzędnicy.

Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że tramwajem kierował jednak manewrowy, który według różnych wersji podwoził kolegę na pociąg albo wyruszył na poszukiwanie alkoholu. Wiedział, że trzeba zwolnić przed kolejnymi zakrętami. Nie miał jednak pojęcia, że przy Nowowiejskiej jest przestawiona zwrotnica - stąd wypadek. Jeden z wagonów trafił po nim na złom, kwiaciarnię dość szybko udało się odbudować. Tramwajom Warszawskim cały czas szefuje Krzysztof Karos, który dzisiaj wspomina: - Prokurator nie doszedł prawdy, kto kierował tym składem i umorzył śledztwo. Byliśmy bardzo zawiedzeni.

Weź udział w głosowaniu na symbol Warszawy



Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy