20-lecie Stołecznej: Wydarzenia, które zmieniły miasto

Dariusz Bartoszewicz, Jerzy S. Majewski, Dorota Wyżyńska, Michał Wojtczuk
11.01.2010 aktualizacja: 2010-01-10 20:40
A A A Drukuj
Jubileusz Fot. Piotr Mizerski / AG
  • 2007 r. - wysadzenie biurowca zakładu Bumar Waryński
  • 1992 r. - na Jarmarku Europa można było kupić nawet obraz 'Mona Lisa'
Na Stadionie Dziesięciolecia powstaje wieloetniczny bazar, a za sprawą musicalu "Metro" w Warszawie robi się światowo
Świat na Jarmarku Europa

Tam, gdzie teraz powstaje nowoczesny Stadion Narodowy, przez dwie dekady działał Jarmark Europa. Rozlał się labiryntem bud na blisko 38 ha.

Nazwa bazaru wprowadzała w błąd, bo wśród handlarzy i kupujących były też reprezentowane inne kontynenty, zwłaszcza Azja, republiki postradzieckie, Wietnam oraz Afryka. Pakistańczycy i Hindusi, Nigeryjczycy i Kenijczycy, cały świat wciąż tak słabo obecny w Polsce. Warszawiacy o cieńszych portfelach tutaj się ubierali i zaopatrywali. Była też odrobina luksusu. - Eta kawior, paprobojte! - zachęcali Rosjanie. W połowie lat 90. roczne legalne obroty sięgały prawie 2 mld zł, a Jarmark Europa był zaliczany do grona dużych polskich eksporterów.

Wieloetniczny bazar z mydłem i powidłem, tandetą, podróbkami, rekieterami z d. ZSRR ściągającymi haracze, nalotami policjantów i celników budził przerażenie warszawskich mieszczan oraz fascynację badaczy, artystów czy smakoszy odkrywających kuchnię wietnamską. Maciej Nowak, recenzent kulinarny "Gazety", pisał: "Stadion stał się zamkniętą republiką, a może raczej satrapią w guście Republiki Naddniestrzańskiej".

Bazar był pirackim eldoradem. W latach 1995-2002 policja zarekwirowała tu ponad 9,5 mln pirackich płyt i kaset wideo. Do tego dochodziły hektolitry alkoholu niewiadomego pochodzenia i miliony papierosów. Policjanci przyznawali, że ujawniali na stadionie "tylko 1 procent nielegalnego obrotu towarami bez akcyzy".

Byłem na nim kilka razy. Wyciągali mnie cudzoziemcy, którzy chcieli zobaczyć bazar, na którym "są ponoć nawet kałasze". Per z Norwegii, antymilitarysta, marzył raczej o kiczowatej Matce Boskiej z gipsu do ogrodu. - Może tam będzie? - dopytywał. To był tylko pretekst, by zwiedzić "jedną z największych atrakcji turystycznych Warszawy". Po przebiciu się przez tłum natknęliśmy się na stary autobus przerobiony na peep-show. Panował wielki upał, był środek lata. Dlatego na prowizoryczne schody do przybytku jarmarcznego Erosa wyszły skąpo odziane, zlane potem tancerki, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Paliły papierosy.

Jarmark zrobił też kolosalne wrażenie na berlińczyku Wernerze Wellhausenie, nauczycielu historii: - Niezwykłe miejsce. Popatrz, jakie kupiłem piękne i tanie mokasyny. Pojadę w nich do Paryża.

Nowy wspaniały świat mamy zobaczyć w tej okolicy na mistrzostwa Europy w piłce nożnej za nieco ponad dwa lata.

Dariusz Bartoszewicz 

Dekomunizacja na dekady

Łatwo zwalać znienawidzone pomniki. Jeszcze łatwiej zdekomunizować nazwy ulic. Trudniej zmienić przestrzeń miasta i naszą mentalność. Dekomunizacja Warszawy trwa.

Najpierw znikły pomniki. Dzierżyńskiego na placu swego imienia (dziś Bankowy), Marchlewskiego pod Halą Mirowską, "Utrwalaczy" Polski Ludowej sprzed Pałacu Lubomirskich. Ten ostatni, choć ogromny, istniał zaledwie kilka lat i dziś mało kto o nim pamięta. Potem zmieniono nazwy ulic. Chmielna znów jest Chmielną, a nie Rutkowskiego. A skrzyżowanie al. Świerczewskiego i Marchlewskiego to dziś Jana Pawła II i al. "Solidarności".

Mnie jednak w przestrzeni miasta komunizm nigdy nie kojarzył się z Pałacem Kultury i Nauki czy nazwami ulic. Chmielną zawsze nazywałem Chmielną. Dekomunizacja w moim przekonaniu to nie zmiana nazw, lecz walka z szarością, brudem, krzywymi chodnikami, kwaśnymi minami pań w sklepach, z urzędnikami pojmującymi pracę jak przywilej, a nie służbę obywatelom miasta. Komunistyczna Warszawa przygnębiała szarością i smutkiem, zasmucała niekończącymi się blokowiskami, ohydnymi toaletami, bazarowymi budami. Od dwudziestu lat ten świat powoli znika.

Dziś ze świecą trzeba szukać soc-peerelowskiej toalety z olejnymi lamperiami i wiecznie urwanym łańcuszkiem od rezerwuaru. Powstawały prywatne sklepy. Nad nimi kolorowe szyldy. W drugiej połowie lat 90. zaczęły wyrastać szklane wieżowce, zaraz po nich galerie handlowe.

Miasto zmienia się z każdym rokiem, pamięć o czasach komunizmu coraz bardziej się zaciera. Warszawa stała się bardziej kolorowa, wesoła, choć też chaotyczna.

Jerzy S. Majewski

"Metro" jak powiew wielkiego świata

Taki szum medialny nie towarzyszył chyba żadnemu innemu spektaklowi. Kiedy w 1989 r. Janusz Józefowicz i Janusz Stokłosa ogłosili, że wystawią "pierwszy polski musical", zorganizują casting, użyją laserów, a pieniądze w tę produkcję zainwestuje tajemniczy biznesmen, zrobiło się światowo. Do tego autorki libretta Agata i Maryna Miklaszewskie umieściły akcję w metrze, o którym tak wtedy marzyliśmy!

Premiera "Metra" odbyła się w styczniu 1991 r. w Teatrze Dramatycznym. I choć niedługo później twórcy musicalu ponieśli klęskę na Broadwayu, spektakl szybko stał się kultowy. Podobno są fanki, które oglądały "Metro" ponad 300 razy. Co i tak nie jest aż takim rekordem, jeśli uwzględnić, że spektakl grany był już dobrze ponad tysiąc razy. Gdy wyrzucano "Metro" z Dramatycznego, wybuchła awantura, fani chcieli przykuć się do drzwi teatru, a Janusz Józefowicz wtargnął na posiedzenie Rady Warszawy i odśpiewał "Zbudujemy wieżę". W rezultacie spektakl w skromniejszej wersji trafił do repertuaru Studia Buffo.

Przez "Metro" przewinęło się wiele popularnych postaci: Cezary Pazura, Bogusław Linda, Katarzyna Skrzynecka, Olaf Lubaszenko. Musical wykreował też własne gwiazdy, m.in: Edytę Górniak, Katarzynę Groniec, Roberta Janowskiego.

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy