Nie ma wyroku za napad na bank, bo w aktach jest bałagan

Piotr Machajski
12.01.2010 aktualizacja: 2010-01-11 19:11
A A A Drukuj
Pieniądze rozsypane na ulicy po jednym z napadów na bank fot. KSP
Już wczoraj sąd mógł zakończyć proces w sprawie zeszłorocznego napadu na bank na Bielanach. Zamiast tego odesłał jednak akta sprawy do poprawki
Przed sądem stanęli dwaj 21-latkowie z powiatu wołomińskiego. Kamilowi Z. (siedzi w areszcie) prokuratura zarzuca, że napadł na oddział PKO BP przy ul. Zabłocińskiej, Pawłowi L. (odpowiada z wolnej stopy), że podwiózł go pod bank i zabrał po udanym napadzie.

Sędzia już na wstępie rozprawy zasygnalizowała stronom, że w aktach są niedoróbki, a po chwili wydała postanowienie o zwrocie akt do uzupełnienia prokuraturze. Powód? Akt oskarżenia został napisany tak niedbale, że na jego podstawie sądzony mógłby być tylko Paweł L. Sąd uznał, że w ten sposób procedować się nie da, i zwrócił oskarżycielowi akta do poprawki.

Wytknął też jeszcze jedno uchybienie. Chodzi o broń, którą Kamil L. groził kasjerce. Rabuś opisał ją szczegółowo. Był to pistolet-wiatrówka. Sędzia zwróciła uwagę na to, że prokuratura powinna sprawdzić, czy z takiej broni można kogoś zranić. Jeśli tak, to Kamil Z. powinien odpowiadać za tzw. rozbój kwalifikowany, czyli napad z użyciem niebezpiecznego narzędzia. Gdyby tak się stało, groziłoby mu maksymalnie 15 lat więzienia, a nie 12 lat jak przy "zwykłym" rozboju.

Gdyby nie błędy prokuratury, sprawa mogłaby się zakończyć już wczoraj. Oskarżeni deklarowali bowiem w śledztwie, że chcą dobrowolnie poddać się karze.

Napadli na bank przy ul. Zabłocińskiej 23 stycznia ub.r. Kamil Z. przez pół roku pracował tam jako kasjer. Znał wszystkie procedury związane z bezpieczeństwem. Zwolnił się dwa miesiące przed napadem. Wszedł do placówki i grożąc kasjerce, zażądał pieniędzy. Dostał 35 tys. zł. Potem wybiegł z banku i odjechał razem z Pawłem L., który czekał na niego w bocznej uliczce.

Pieniędzmi podzielili się po połowie. Kamil Z. kupił sobie za zrabowane pieniądze dziesięcioletnie Audi A4. Paweł L. oddał długi, kupił meble i trochę pograł na automatach.

Być może nigdy nie wpadliby w ręce policji, gdyby nie poczuli się zbyt pewnie. Trzy miesiące po napadzie próbowali bowiem ponownie obrobić ten sam bank, ale na ten oddział napadano już dwukrotnie, więc kręcąca się po okolicy policja była już wyczulona na czekających bez celu pod bankiem "podejrzanych typków". Gdy więc Kamil Z., Paweł L. z jeszcze jednym kolegą, czekali w pobliżu ul. Zabłocińskiej na dogodny moment, zostali zatrzymani. W bagażniku ich samochodu policjanci znaleźli atrapy broni i kominiarki zrobione ze starych czapek.

Przeczytaj także: Kto napada na banki? "Mafia trzepakowa" i nieudacznicy



Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy