Sajgonki symbolem Warszawy 20-lecia?

Magdalena Dubrowska
12.01.2010 aktualizacja: 2010-01-11 22:47
A A A Drukuj
Wietnamski bar na Stadionie Dziesięciolecia Fot. Bartosz Bobkowski / AG
Prowadzi Masa Krytyczna, tuż za nią są metro, palma i odnowione Krakowskie Przedmieście. Wybieramy symbol dzisiejszej Warszawy. Głosować można do końca tygodnia

Weź udział w głosowaniu na symbol Warszawy



Z całym szacunkiem dla Krystyny Krahelskiej, Syrenka już trochę się zestarzała. A więc jeśli nie Syrenka, nie Chopin w Łazienkach, to co? Osobiście bez zastanowienia wybrałabym bary wietnamskie.

Przez ostatnie 20 lat zupełnie odmieniły oblicze stołecznej gastronomii i, nie wahajmy się tego powiedzieć, mentalności. Trudno uwierzyć, że zaczęło się od plastikowych bud z sajgonkami i ananasem w cieście upchanych jedna przy drugiej na pl. Konstytucji. Zniknęły z końcem lat 90., ale wietnamska kuchnia pachnąca kolendrą i paląca w gardło suszonymi płatkami chili tak nam zasmakowała, że na korzyść azjatyckiej kuchni wyrzekamy się tradycyjnych "mleczaków". Wietnamczycy to najliczniejsza w Warszawie grupa imigrantów, trudno stwierdzić, jak liczna, bo większość to nielegalni uciekinierzy z komunistycznego reżimu. Ale wystarczy iść do restauracji Ha Long na pl. Konstytucji, aby stwierdzić, że mają tu w Warszawie swoje drugie miasto. Całe rodziny spotykają się w sali karaoke na wspólnym muzykowaniu. Dźwięki, które stamtąd dochodzą, są równie egzotyczne jak kiełki fasoli mung. Takie wietnamskie miasto w mieście to również Stadion Dziesięciolecia. Tu w jednej z alejek działa kilka barów i sklepów spożywczych, gdzie można kupić słodką bazylię i kapustę pak choi. W jednym z takich barów przy zupie won-ton spotyka się co niedziela pół Warszawy: Wietnamczycy, Polacy, Afrykanie, Latynosi. W telewizji leci wietnamski "Taniec z gwiazdami", starsza Azjatka oferuje dziwne gumowate pączki i napoje w nieprawdopodobnych kolorach. Bardzo lubię tam chodzić i nawet nie chcę myśleć, że wkrótce alejka przestanie istnieć.

Na szczęście barów wietnamskich jest tyle, że praktycznie każdy warszawiak ma swój osiedlowy. W pierwszy dzień świąt biegałam po Śródmieściu w poszukiwaniu jakiejś czynnej jadłodajni. Wszystko zamknięte na głucho prócz baru wietnamskiego na ul. Marszałkowskiej. Konsumując sajgonki krabowe, obserwowałam innych klientów. Najpierw mężczyzna w skórze poprosił o spaghetti (dostał makaron sojowy "rozmaitości"). Następnie weszli dwaj policjanci w mundurach i zaczęli się głośno zastanawiać, co zamówić: "Szczura czy meduzę?".

Być może niektórym ten żart wyda się niesmaczny, ale ja nie wyczułam w nim wrogości, raczej pewną czułość i sympatię. A przede wszystkim uświadomiłam sobie, że w wietnamskich barach stołują się wszyscy: profesorowie, policjanci i dresiarze, Poloniści i Legioniści, lewacy i wszechpolacy. I że to właśnie wietnamskie bary otworzyły warszawiaków na inność. Że za ich sprawą dokonała się obyczajowa rewolucja, a jak wszyscy wiemy, rewolucje zaczynają się w knajpach.

Przeczytaj także: Aukcje dla WOŚP: 4-metrowa lalka i mikołaj-gigant



Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy