Amerykanin o Warszawie: przypomina mi Moskwę

Rozmawiała Katarzyna Jaklewicz
15.01.2010 aktualizacja: 2010-01-15 14:29
A A A Drukuj
Peter Richards Fot. Jacek Łagowski / Agencja Gazeta
Polacy kochają Barcelonę. Lubią też Amsterdam. Dlaczego? Bo po tych miastach można chodzić. Czemu w Warszawie nie może być tak samo? - przeczytaj jak Warszawa wygląda w oczach mieszkającego tu Amerykanina.
KATARZYNA JAKLEWICZ: Przyjechał pan do Warszawy cztery lata temu. Pamięta pan pierwsze wrażenia?

PETER RICHARDS*: Najpierw uściślę. Mieszkałem w Warszawie już wcześniej. W 1993 roku przyjechałem tu pierwszy raz. Po kilku latach wyjechałem do Londynu i wróciłem w 2005 roku.

Jak trafił pan do Warszawy pierwszy raz?

Na początku lat 90. kończyłem studia w Waszyngtonie. To był czas wielkich zmian w Europie Wschodniej. Chciałem je zobaczyć na własne oczy. Wtedy sekretarzem stanu była Madeleine Albright, Czeszka z pochodzenia, więc pomyślałem: wybiorę Pragę. Pojechałem tam na stypendium, a gdy się skończyło, musiałem zadecydować, co dalej. Znalazłem pracę w Warszawie. Miałem pomagać w reorganizacji prywatyzującym się zakładom państwowym.

Warszawa w przeciwieństwie do Pragi raczej nie słynie w świecie z urody. Nie było rozczarowania i myśli: mój Boże, nie chcę tu mieszkać!

- Rzeczywiście, architektonicznie Praga jest atrakcyjniejsza. Powiedział bym też, że jest trochę irlandzka. Ludzie spotykają się w pubach, żeby napić się piwa i podyskutować. Rozmawiają godzinami, piją, a potem rozchodzą się do domów. W Warszawie spotkałem się z czymś zupełnie innym. Nie jadało się tak często na mieście, może dlatego, że jedzenie i alkohol były trzy razy droższe niż w Pradze. Życie towarzyskie toczyło się w domach. Ludzie zapraszali mnie do siebie, dostawałem prawdziwe jedzenie, gotowanie się celebrowało. Dzięki temu bardzo szybko poznawałem ludzi, bo jak ktoś zaprasza cię do domu, to poznajesz też jego babcię, mamę i brata. W domach odbywały się imprezy. Takie prawdziwe, z tańcami do 4 nad ranem. O 2 podgrzewało się bigos, a potem dalej tańczyło i piło. Polska przypominała wtedy Stany z lat 70., bardzo mi się to podobało. Spotkałem chyba ostatnie pokolenie, w którym czuć autentyczność.

To znaczy?

- Tu są prawdziwe owoce i warzywa. Na Zachodzie jest moda na żywność organiczną, a tu ona jest sprzedawana na straganie na każdym rogu. Tam wybiera się w sklepie tylko idealne owoce, bez skazy. Polacy wrzucą do koszyka właśnie te ze skazą, bo wiedzą, że w naturze to normalne. Raczej te idealne wzbudzą ich podejrzliwość, bo oni wiedzą jeszcze, jak smakują prawdziwe jabłka. Związki międzyludzkie są zupełnie inne. Gdy tu w aucie padł mi akumulator o 2 w nocy, wiedziałem, że mogę zadzwonić do przyjaciela i przyjedzie mi pomóc. Gdybym zadzwonił do znajomego, mieszkając w Stanach czy w Europie Zachodniej, powiedziałby: "Dzwonisz do mnie? Są warsztaty".

Wrócił pan po kilku latach. Co się zmieniło?

- Na początku lat 90. czuć było równość. Nie było klas społecznych. Potem jedni się dorobili, inni nie. Wcześniej nie było warszawki, takiego towarzystwa wzajemnej adoracji uważającego się za elitę. Nie było takich klubów, jak np. Platinum, dokąd zresztą nie chodzę, w których bramkarz może wyłowić cię z kolejki i powiedzieć, że się nie nadajesz.

Ale w Londynie czy innych europejskich miastach jest tak samo...

- Dlatego tam do klubów też nie chodzę! Wracając do Warszawy - kiedy mnie nie było, z mapy zniknęło wiele lokali np. Nowy Świat. Między Nami, gdzie siedzimy, przetrwało, ale wiele miejsc nie miało tyle szczęścia. Te, które przetrwały, zawdzięczają to artystom. Oni tworzą wspólnoty, przywiązują się do miejsca. To właśnie artyści pchają to miasto do przodu. Dlatego cieszę się, że odgrywają coraz większą rolę miejsca takie jak Chłodna 25, Kępa Café czy ostatnio Nowy Wspaniały Świat, gdzie można nie tylko napić się kawy albo piwa, ale też wziąć udział w ciekawej dyskusji albo posłuchać muzyki. Kępa Café, na Saskiej Kępie, gdzie mieszkam, organizuje spotkania z ciekawymi osobami. Czasem goście nie mieszczą się w środku i niektórzy muszą stać na ulicy. Takie miejsca to jak klejnoty wśród brzydoty tego miasta.

A złe strony Warszawy?

- Po pierwsze, nie ma centrum. Na dodatek ulice okupują banki. Zamyka się je o 7 i po tej godzinie nie ma już po co chodzić po mieście. A przecież można z tym coś zrobić. W wielu miastach na świecie są regulujące to przepisy, zgodnie z którymi np. nie może być banków przy głównych ulicach miast, dopiero przy tych równoległych. Warszawskie władze nie są zbyt kreatywne. Dopiero jak oddolnie narodzi się jakiś pomysł na ożywienie miasta, dostrzegają to i - na szczęście - pomagają, oferując np. jakieś lokum na preferencyjnych warunkach, jak było z Nowym Wspaniałym Światem czy 1500m2 do wynajęcia.

Inny problem to, że dzielnice nie mają swojej specyfiki, charakteru. No dobrze, trochę się to zmienia na Pradze, która powoli staje się dzielnicą artystyczną. Po co jednak wybierać się na Wolę? W Londynie wiadomo, że Notting Hill to market z antykami, a np. Camden Town to gotyckie ubrania i salony piercingu. W Warszawie czegoś takiego nie ma. Zmiana tej sytuacji to też zadanie dla władz miasta.

W innych miastach takie rzeczy dzieją się spontanicznie. Nikt nie decyduje od górnie: tu będzie dzielnica targowa, a tu artystyczna.

- To prawda, ale można takie rzeczy inspirować. Na przykład oddać jakąś dzielnicę na tydzień artystom. Niech wymyślą jakiś happening, podczas którego wspólnie z mieszkańcami okolicy zadecydują - co pasuje do dzielnicy, czym powinna przyciągać. Władze mogą zrobić też wiele innych rzeczy, żeby poprawić estetykę miasta.

Na przykład?

- Ujednolicić wielkość sklepowych szyldów, nakazać zwieszanie ich na jednym poziomie. Tak jest w innych miastach i wygląda to estetycznie. Proszę jechać na plac Wilsona - każdy szyld jest innej wielkości, inaczej zawieszony. Pojawił się tam punkt z kebabami - i co? Na budynku zawisła jego reklama ogromnych rozmiarów.

Inna sprawa to billboardy. Niech wiszą w centrum, ale nie w dzielnicach mieszkalnych. Saska Kępa na przykład chce wykreować się jako elegancka dzielnica, a wszędzie wciąż straszą wielkie tablice reklamowe.

Podziel się

  • Masz problem ze sobą? aegis_of_heart 15.01.10, 14:52

    Idź do terapeuty.»

  • Banki to katastrofa purpleeyes 17.01.10, 14:10

    Banki w centrum to katastrofa wszystkich polskich miast:(»

  • amerykan chce zmieniac pokomune? wybitniemadry 18.01.10, 10:50

    chlopie pracujesz dla szemranej organizacji "zielonych" ktora doi rzady wielu panstw na swiecie w zamian za sterte bezuzytecznych papierow w ktorych przelewacie puste dyrdymaly o odwiertach,»

Najnowsze wiadomości z Warszawy