Facet biega na szpilkach, a w metrze czas płynie do tyłu

red.
15.01.2010 aktualizacja: 2010-01-14 20:39
A A A Drukuj
Na czele biegu na szpilkach Agnieszka Brzostowska, która okazała się Michałem fot. Grazyna Jaworska
  • Zegar mierzy czas od odjazdu metra
Z okazji 20-lecia "Gazety Stołecznej" przypominamy kolejną porcję historii, o których w minionych latach mówiła cała Warszawa. Facet wygrał bieg kobiet na szpilkach, ulicę Kowalskiego przemianowali na... Kowalskiego, a w metrze czas płynął do tyłu.
Wyborczy cud na Okęciu

W samym szczycie przedwyborczej zawieruchy, na początku października 2007 r., na drzewie pod płotem podstawówki przy ul. Radarowej ukazała się Matka Boska. Święte oblicze zauważył w miejscu po uciętym konarze pewien przechodzień. Odkrył też, że z drzewa wypływa bezbarwna substancja, którą zinterpretował jako łzy Maryi.

Wieść błyskawicznie rozeszła się po okolicy. Odtąd pod cudownym drzewem stale płonęły świece i więdły kwiaty. Wierni z Okęcia modlili się w skupieniu przerywanym co jakiś czas komentarzami w rodzaju: - To przez wybory Matka Boża płacze.

Entuzjazmu osiedlowych pątników nie podzielił proboszcz parafii św. Franciszka z Asyżu: - Wiary trzeba szukać w eucharystii, a nie na drzewie - komentował i narzekał, że ludzie tkwią przed świętym konarem, zamiast przychodzić do kościoła na różaniec.

Wiernych to nie przekonało. Jak również diagnoza specjalisty od przycinania drzew - we łzach Maryjnych rozpoznał soki, które drzewo może puszczać w miejscu przycięcia nawet przez dziesięć lat.

Magdalena Dubrowska

Facet, a biega w szpilkach!

To była afera na miarę popularnej sprinterki Stelli Walash-Walasiewicz, mistrzyni olimpijskiej polskiego pochodzenia, u której po śmierci w 1980 r. odkryto chromosom Y. W czerwcu 2007 r. miesięcznik "Glamour" zorganizował w Warszawie nietypowy wyścig: "Bieg na szpilkach". Nagrodą główną było 10 tys. zł na zakupy ze stylistą. Zawodniczki musiały przebiec 150 m Nowym Światem. Przed startem specjalna komisja sprawdziła, czy wszystkie obcasy mają przepisową wysokość 7 cm.

Poszły jak burza. Dystans pokonały w 30 sekund. Zwyciężyła Agnieszka Brzostowska, wysoka, postawna blondynka z długim warkoczem i numerem 10. Niestety, dość szybko okazało się, że to ucharakteryzowany mężczyzna. Naprawdę ma na imię Michał. Wziął udział w biegu, bo chciał zobaczyć, jak to jest być kobietą. Wcześniej trenował chodzenie na obcasach, wydepilował się i zafundował sobie grzywkę. Nie spodziewał się wygranej. - Nagrodę rozdzielę między wszystkie zawodniczki albo kupię masę ciuchów dla dziewczynek z domów dziecka, które na pewno też chcą być glamour - deklarował po dekonspiracji.

Nie było mu dane. Redakcja odebrała nagrodę, mimo że regulamin nie mówił nic na temat płci. Jak wyjaśniało "Glamour", to, że na szpilkach mogą biegać tylko kobiety, to się rozumie samo przez się. Nawet Stelli Walash nie odebrano rekordów i medali.

Magdalena Dubrowska

Kowalski za Kowalskiego

Akurat wtedy, gdy 20 lat temu startowała "Gazeta Stołeczna", w Warszawie zaczynało się apogeum dekomunizacji ulic. Wróciły Chmielna, Zgoda i Złota w miejsce Rutkowskiego, Hibnera i Kniewskiego. Odzyskaliśmy place Wilsona i Bankowy, powstały aleje "Solidarności" i Jana Pawła II. Wtedy tylko jednego patrona komunistę zastąpił zacny człowiek o tym samym nazwisku - ul. Juliusza Rydygiera na Żoliborzu wymieniono na Ludwika Rydygiera, światowej sławy chirurga.

Całkiem świeży trend pojawił się w ostatnich latach, bo warszawiacy nie są już skorzy, by z okazji nadania ich ulicy prawowitego patrona starać się o nowe dokumenty. Właśnie przed tym chciał uchronić sąsiadów Leszek Sokolnicki z ul. Aleksandra Kowalskiego na Bródnie. Wyszperał w internecie, że identyczne imię i nazwisko co utrwalacz władzy ludowej miał zamordowany w Katyniu przedwojenny hokeista. I choć w sprawie ich zamiany w 2008 r. odbyło się kilka głosowań w radach dzielnicy i Warszawy, mieszkańcy wcale tego nie odczuli. Na jednym z bloków zawieszono tylko tabliczkę z informacją o nowym patronie. W podobny sposób ma się teraz odbyć dekomunizacja ulicy na Sadybie - Juliusza Fueika zastąpiłby jego wuj kompozytor Juliusz Fueik.

Jarosław Osowski

W metrze czas płynie do tyłu

Nasze metro przez prawie 14 lat specyficznie wyróżniało się na tle wielu innych europejskich kolejek. Chodzi o zegary na stacjach. Zamiast odliczać czas do przyjazdu następnego pociągu, pokazywały jedynie, jak dawno uciekł nam pociąg. Co więcej, nie zakładały dużych opóźnień. Gdy pociągu nie było dłużej niż 10 min, na zegarze pokazywały się dwie kreski. Warszawiacy pomstowali, a Steffen Moeller dziwny system odliczania czasu wyśmiewał w swojej książce "Polska da się lubić".

Wreszcie jesienią 2006 r. na łamach "Stołecznej" przedstawiciele Metra zapowiedzieli rewolucyjne zmiany: zegary zaczną w końcu odliczać czas do przyjazdu następnego składu. Wojciech Suchorzewski, autor polityki transportowej Warszawy, nie krył radości. - Z przyjemnością wypiłbym szampana z okazji tej zmiany. Metro wykonało krok w dobrym kierunku. Wreszcie przestaniemy niekorzystnie wyróżniać się na tle innych miast - stwierdził.

Ostatecznie nowe wyświetlacze pojawiły się na wszystkich stacjach dopiero w marcu 2009 r. Teraz w metrze działają dwa systemy mierzenia czasu - stary i nowy.

Krzysztof Śmietana

Weź udział w głosowaniu na symbol Warszawy



Podziel się

  • Facet biega na szpilkach, a w metrze czas płyni... robot_humano 15.01.10, 11:37

    Ciekawe ilu jeszcze zbłaźni się wyśmiewając coś czego przeznaczenia nie zna...Te zegary wciąż wiszą i wisieć będą bo nie są dla pasażerów tylko dla maszynistów o czym najlepiej świadczy ich »

Najnowsze wiadomości z Warszawy