Lekarze Nadziei - To oni dostali "Stołka 2009"
16.01.2010
aktualizacja: 2010-01-15 20:48
- Najbardziej boję się wszy odzieżowych, bo najtrudniej się tego pozbyć. Ale jestem tu już tyle lat i jeszcze mi się to nie przytrafiło - mówi pielęgniarka z jedynej w Warszawie przychodni dla bezdomnych
W wąziutkim korytarzu-poczekalni tłok. Plastikowych krzeseł nie starcza dla wszystkich. W kolejce starsi i młodsi. Zarośnięci, w brudnych płaszczach, z brodami po pas, mniej lub bardziej pijani. Śmierdzi. Tak jak śmierdzi w autobusie, kiedy zimą rozsiądzie się w nim bezdomny ze swoimi tobołkami.
Pierwsza myśl: Jak lekarze wytrzymują ten smród? Przecież badają tych ludzi, zaglądają im do gardeł, leczą zęby.
O Lekarzach Nadziei usłyszałem w październiku ubiegłego roku. Przychodnia dla bezdomnych, którą na zasadach wolontariatu prowadzą w baraku po budowniczych metra przy Wolskiej, znalazła się w tarapatach. Chodziło o pieniądze. W gruncie rzeczy nieduże, bo o 150 tys. zł rocznie, jakie ratusz przekazywał na jej działalność. Tak by starczyło na dwa etaty pielęgniarek, prąd, wodę, opatrunki. I tak było przez 19 lat.
Ale w październiku pracownik biura prawnego w ratuszu sporządził w sprawie przychodni ekspertyzę. Wynikało z niej, że przychodni nie można już dawać pieniędzy, bo od finansowania usług medycznych jest Narodowy Fundusz Zdrowia. Problem w tym, że NFZ płaci jedynie za ubezpieczonych. A na 10 tys. pacjentów przychodni przy Wolskiej ubezpieczenie ma może 2 tys. Niektórzy nie mają nawet dowodów osobistych. Żyją na działkach, w kanałach, w najlepszym wypadku w noclegowniach.
Najpierw świat, potem własna ulica
- Zaczęło się w stanie wojennym. Działałam w Prymasowskim Komitecie Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom. Pomagaliśmy internowanym. Bezdomnych wtedy nie było, to już wynalazek wolnej Polski - opowiada dr Maria Zoll Czernecka, pediatra i kierowniczka poradni.
Ma 81 lat i co poniedziałek stawia się na dyżur. - W tamtym czasie dostawaliśmy dużo darów z zagranicy, dużo leków. Współpracowaliśmy z francuską organizacją Lekarze Świata (Médecins du Monde) - dodaje.
W 1984 r. podczas potajemnego spotkania w podziemiach kościoła św. Krzyża przygotowano deklarację o powołaniu polskiej filii Lekarzy Świata. Jednak władze zarejestrowały ją dopiero, kiedy upadł komunizm. Polski oddział pomagała stworzyć dr Alina Margolis Edelman, żona Marka Edelmana, która od lat mieszkała w Paryżu. Dr Zoll-Czarnecka: - Idea była taka: pomagać tym, którzy pomocy potrzebują.
Na pierwszą misję polscy Lekarze Świata nie czekali długo. W grudniu 1989 r. pojechali z pomocą humanitarną do Rumunii. W styczniu 1991 r. leczyli rannych mieszkańców Wilna po niepodległościowych walkach ze stacjonującymi tam sowieckimi żołnierzami. Byli w Sarajewie, w Kurdystanie, w Czeczeni. Pomagali w polskich misjach w Afryce.
Ale pomoc była też potrzebna w Polsce. - Po 1989 r. zaczęły znikać hotele robotnicze, do których przeważnie trafiali wychowankowie domów dziecka. Wielu z nich zostało bezdomnymi. Na ulicy znaleźli się alkoholicy, ludzie chorzy psychicznie, którzy nie odnaleźli się w nowej rzeczywistości. Byli więźniowie po odbyciu kary nie mieli się gdzie podziać - wspomina dr Maria Sielicka Gracka, emerytowana pediatra endokrynolog i przewodnicząca warszawskiego oddziału Lekarzy Nadziei.
Z dr Zoll-Czarnecką pierwszy raz spotkała się w 1961 r., kiedy zaraz po studiach trafiła do niej na staż. - I okazało się, że wśród tych ludzi jest mnóstwo skrajnie zaniedbanych chorych.
W 1990 r. Lekarze Świata otwierają lecznicę i punkt apteczny dla bezdomnych przy Powsińskiej 13. Pod koniec 1994 r. poradnię trzeba przenieść na Wolską, bo na Powsińską sprowadziło się Muzeum Katyńskie. Kilka miesięcy później Polacy oddzielają się od Lekarzy Świata. Powstaje stowarzyszenie Lekarze Nadziei.
Rzucił lekarką o ścianę
Mniej więcej w tym czasie pracę w poradni przy Wolskiej zaczęła młoda pielęgniarka Agnieszka Fill. Przyszła tam od razu po szkole pielęgniarskiej. Trudno wierzyć, że ta niewysoka, długowłosa blondynka ma taki posłuch u pacjentów. Nieważne - trzeźwych czy pijanych.
- Na początku bałam się panicznie - przyznaje. - I trochę boję się do dziś. Najbardziej wszy odzieżowych, bo najtrudniej się tego pozbyć. Ale sobie myślę: przecież wszami czy świerzbem można się wszędzie zarazić, choćby w autobusie. A jestem tu tyle lat i jeszcze mi się to nie przytrafiło.
Pamięta, kiedy kilka lat temu psychicznie chory bezdomny zaatakował lekarkę, która skierowała go do psychiatry. Rozzłościło go to. Rzucił panią doktor o ścianę baraku. - Mnie gonił w kółko. Byłam w siódmym miesiącu ciąży. Na szczęście nikomu nic się nie stało - wspomina. I od razu zastrzega: - Takie zachowanie to tutaj rzadkość. Przeważnie pacjenci są mili.
W pamięć zapadł jej pan Henryk. Przyszedł do poradni dziesięć lat temu. - Bezdomny, brudny, zawszony, z brodą do pasa. A teraz ma mieszkanie, działa w stowarzyszeniu AA, prowadzi grupy z alkoholikami. Sam nie pije od lat - opowiada. - Wciąż przychodzi, już nie jako pacjent, ale towarzysko. I powtarza, że mu życie uratowaliśmy.
Był też pacjent, który po ośmiu latach przyznał, że inaczej się nazywa. Ukrywał się przed policją i dopiero, kiedy wyjaśnił swoje sprawy z wymiarem sprawiedliwości, podał w przychodni prawdziwe imię i nazwisko.
Brudnych wysyłam do łaźni
Agnieszka Fill nauczyła się postępować z pijanymi. Jest stanowcza. Odsyła do noclegowni Caritasu, która jest po sąsiedzku, na badanie alkomatem. Jak wychodzi wysoki poziom promili, pacjent musi wytrzeźwieć. Opowiada: - Jak ktoś przyjdzie na badanie brudny, mówię: Mamy XXI wiek. Na ulicy Żytniej jest łaźnia. Proszę iść się umyć. To przeważnie skutkuje.
Pierwsza myśl: Jak lekarze wytrzymują ten smród? Przecież badają tych ludzi, zaglądają im do gardeł, leczą zęby.
O Lekarzach Nadziei usłyszałem w październiku ubiegłego roku. Przychodnia dla bezdomnych, którą na zasadach wolontariatu prowadzą w baraku po budowniczych metra przy Wolskiej, znalazła się w tarapatach. Chodziło o pieniądze. W gruncie rzeczy nieduże, bo o 150 tys. zł rocznie, jakie ratusz przekazywał na jej działalność. Tak by starczyło na dwa etaty pielęgniarek, prąd, wodę, opatrunki. I tak było przez 19 lat.
Ale w październiku pracownik biura prawnego w ratuszu sporządził w sprawie przychodni ekspertyzę. Wynikało z niej, że przychodni nie można już dawać pieniędzy, bo od finansowania usług medycznych jest Narodowy Fundusz Zdrowia. Problem w tym, że NFZ płaci jedynie za ubezpieczonych. A na 10 tys. pacjentów przychodni przy Wolskiej ubezpieczenie ma może 2 tys. Niektórzy nie mają nawet dowodów osobistych. Żyją na działkach, w kanałach, w najlepszym wypadku w noclegowniach.
Najpierw świat, potem własna ulica
- Zaczęło się w stanie wojennym. Działałam w Prymasowskim Komitecie Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom. Pomagaliśmy internowanym. Bezdomnych wtedy nie było, to już wynalazek wolnej Polski - opowiada dr Maria Zoll Czernecka, pediatra i kierowniczka poradni.
Ma 81 lat i co poniedziałek stawia się na dyżur. - W tamtym czasie dostawaliśmy dużo darów z zagranicy, dużo leków. Współpracowaliśmy z francuską organizacją Lekarze Świata (Médecins du Monde) - dodaje.
W 1984 r. podczas potajemnego spotkania w podziemiach kościoła św. Krzyża przygotowano deklarację o powołaniu polskiej filii Lekarzy Świata. Jednak władze zarejestrowały ją dopiero, kiedy upadł komunizm. Polski oddział pomagała stworzyć dr Alina Margolis Edelman, żona Marka Edelmana, która od lat mieszkała w Paryżu. Dr Zoll-Czarnecka: - Idea była taka: pomagać tym, którzy pomocy potrzebują.
Na pierwszą misję polscy Lekarze Świata nie czekali długo. W grudniu 1989 r. pojechali z pomocą humanitarną do Rumunii. W styczniu 1991 r. leczyli rannych mieszkańców Wilna po niepodległościowych walkach ze stacjonującymi tam sowieckimi żołnierzami. Byli w Sarajewie, w Kurdystanie, w Czeczeni. Pomagali w polskich misjach w Afryce.
Ale pomoc była też potrzebna w Polsce. - Po 1989 r. zaczęły znikać hotele robotnicze, do których przeważnie trafiali wychowankowie domów dziecka. Wielu z nich zostało bezdomnymi. Na ulicy znaleźli się alkoholicy, ludzie chorzy psychicznie, którzy nie odnaleźli się w nowej rzeczywistości. Byli więźniowie po odbyciu kary nie mieli się gdzie podziać - wspomina dr Maria Sielicka Gracka, emerytowana pediatra endokrynolog i przewodnicząca warszawskiego oddziału Lekarzy Nadziei.
Z dr Zoll-Czarnecką pierwszy raz spotkała się w 1961 r., kiedy zaraz po studiach trafiła do niej na staż. - I okazało się, że wśród tych ludzi jest mnóstwo skrajnie zaniedbanych chorych.
W 1990 r. Lekarze Świata otwierają lecznicę i punkt apteczny dla bezdomnych przy Powsińskiej 13. Pod koniec 1994 r. poradnię trzeba przenieść na Wolską, bo na Powsińską sprowadziło się Muzeum Katyńskie. Kilka miesięcy później Polacy oddzielają się od Lekarzy Świata. Powstaje stowarzyszenie Lekarze Nadziei.
Rzucił lekarką o ścianę
Mniej więcej w tym czasie pracę w poradni przy Wolskiej zaczęła młoda pielęgniarka Agnieszka Fill. Przyszła tam od razu po szkole pielęgniarskiej. Trudno wierzyć, że ta niewysoka, długowłosa blondynka ma taki posłuch u pacjentów. Nieważne - trzeźwych czy pijanych.
- Na początku bałam się panicznie - przyznaje. - I trochę boję się do dziś. Najbardziej wszy odzieżowych, bo najtrudniej się tego pozbyć. Ale sobie myślę: przecież wszami czy świerzbem można się wszędzie zarazić, choćby w autobusie. A jestem tu tyle lat i jeszcze mi się to nie przytrafiło.
Pamięta, kiedy kilka lat temu psychicznie chory bezdomny zaatakował lekarkę, która skierowała go do psychiatry. Rozzłościło go to. Rzucił panią doktor o ścianę baraku. - Mnie gonił w kółko. Byłam w siódmym miesiącu ciąży. Na szczęście nikomu nic się nie stało - wspomina. I od razu zastrzega: - Takie zachowanie to tutaj rzadkość. Przeważnie pacjenci są mili.
W pamięć zapadł jej pan Henryk. Przyszedł do poradni dziesięć lat temu. - Bezdomny, brudny, zawszony, z brodą do pasa. A teraz ma mieszkanie, działa w stowarzyszeniu AA, prowadzi grupy z alkoholikami. Sam nie pije od lat - opowiada. - Wciąż przychodzi, już nie jako pacjent, ale towarzysko. I powtarza, że mu życie uratowaliśmy.
Był też pacjent, który po ośmiu latach przyznał, że inaczej się nazywa. Ukrywał się przed policją i dopiero, kiedy wyjaśnił swoje sprawy z wymiarem sprawiedliwości, podał w przychodni prawdziwe imię i nazwisko.
Brudnych wysyłam do łaźni
Agnieszka Fill nauczyła się postępować z pijanymi. Jest stanowcza. Odsyła do noclegowni Caritasu, która jest po sąsiedzku, na badanie alkomatem. Jak wychodzi wysoki poziom promili, pacjent musi wytrzeźwieć. Opowiada: - Jak ktoś przyjdzie na badanie brudny, mówię: Mamy XXI wiek. Na ulicy Żytniej jest łaźnia. Proszę iść się umyć. To przeważnie skutkuje.
1
2
następne »
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Motocyklista w ciężkim stanie po wypadku na Racławickiej
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Masa Krytyczna: "My nie blokujemy ruchu"
- Warsaw Music Week. Wieczór z hip hopem od Prosto
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]




