Chamstwo, brak kultury, zero uśmiechu - tacy są Polacy?

Krzysztof Sypuła
27.01.2010 aktualizacja: 2010-01-27 20:53
A A A Drukuj
Przechodnie na ulicach Warszawy GW 080620 GJ DIG/
List od czytelnika, który apeluje o walkę z chamstwem w życiu codziennym i bardziej pozytywny stosunek do innych. Czy jesteśmy rzeczywiście tacy ponurzy i niekulturalni? W jaki sposób można to zmienić?
Sen o Polaku

Różne bywają sny - te wielkie (I have a dream ) i te całkiem małe, które zazwyczaj są odbiciem przeżyć naszego dnia. Ja miałem całkiem zwykły sen, choć jak to w marzeniach sennych bywa zniekształcony pewnie i nie do końca taki mały jednak. Otóż w śnie tym był upalny dzień. Spragniony, zmęczony tym skwarem zaszedłem do sklepu kupić cokolwiek do picia - aby zimne i mokre było. W progu wychodzący właśnie młodzian przytrzymał mi drzwi i z uśmiechem rzekł: proszę. Dziękuję! odrzekłem i skierowałem swe kroki ku ladzie. Tam zaś zanim zdążyłem rozejrzeć się po półkach podeszła do mnie ekspedientka i z pięknym uśmiechem powiedziała: Dzień Dobry Panu! W czym mogę pomóc?

I w zasadzie mogę pominąć dalsze szczegóły przytoczonego snu. Nie trzeba więcej żeby zdać sobie sprawę jak bardzo fantasmagoryczna ta scena. Bo oprócz może drogich galerii handlowych i ekskluzywnych sklepów, gdzie pewnie tuż pod ladą wisi karteczka ze stosownym przypomnieniem: "pamiętaj! Klientowi mów dzień dobry!", to mam wrażenie, że taka uprzejmość umarła i to bynajmniej nie śmiercią naturalną - pomogliśmy jej wszyscy skutecznie! Mnie osobiście naprawdę odechciewa się kolejny raz powtarzać to ładne słowo kiedy słyszę na nie przeciągłe Yyyyy?

Problem nie tylko ze sklepem - codzienność każdemu nasunie podobne obserwacje: od sąsiada, który mijany na klatce schodowej udaje, że pierwszy raz nas na oczy widzi, tudzież taktownie w swoim mniemaniu odwraca wzrok, aż po spacer ulicami miasta kiedy w końcu trzeba ustąpić z drogi rosłemu osiłkowi, bo postanowił iść chodnikiem na modłę angielską. Oczywiście, że spotykam też ludzi, których maniery i serdeczność są nienaganne wręcz, sprawiając, że nie trzeba sobie przypominać jak się do uśmiechu mają wargi składać - ale to są wyjątki. Niestety.

Szarmancki jak Polak?

Rzeczywistość jest bardziej gburowata i zastanawiam się właśnie z czego to wynika. Czy aż tak zaszkodziło nam czterdzieści z górą lat socjalizmu, tego sojuszu chamstwa z cynizmem, które trafnie uwypuklał Bareja w swoich filmach, czy raczej współczesność rozpędzona, goniąca zachód i zadyszana przez to odbija nam się czkawką? Nie do końca rozumiem, bo przecież gdzieś tam w świecie wciąż powiadają: szarmancki jak Polak. A może już nie mówią? Może to tylko wspomnienie dawnych dni? Też jakoś tak nie jestem przekonany - przecież wciąż potrafimy być mili w stosunku do osób bliskich, znanych sobie - zachować stosowną serdeczność, właściwe formy grzecznościowe dla codziennych i wyjątkowych sytuacji. Dla mamy kwiatki, ciotce komplement, a dziadkowi fotel podsunąć.

Nie dążę tu do wykazania, że wszyscy Polacy jak jedna rodzina powinni być nie rozróżniając obcy to czy swój. Nasz świat - nasze otoczenie potrzebuje takich podziałów na swoich i obcych. Ważne aby ta granica nie stawała się zarazem przepaścią. Łatwiej przecież się żyje jeśli nie musimy co chwilę napotykać muru obcości czy wrogości wręcz.

Codzienność i tak dość przysparza nam trosk, żeby jeszcze borykać się z objawami tego zezwięrzęcenia obyczajów. Marzę doczekać czegoś co przecież normą powinno być: 'Dziękuję', 'Proszę', 'Dzień Dobry', 'Do widzenia', 'Pani pozwoli', czy choćby 'tu jest wolne miejsce - proszę spocząć'. I nie doczekam. Nawet kultywując samemu te obyczaje, nie zdziałam nic, jeśli nie nastąpi jakiś przełom, punkt zwrotny - cokolwiek co sprawi, że zaczniemy nie mówić o tym (na gadaniu czczym niestety najczęściej kończymy), a wcielać te zasady we własne życie. Nie od okazji do okazji, lub z powodu odgórnie przykazanego "dnia dobroci dla bliźnich", lecz KAŻDEGO, kolejnego dnia.

Ktoś mądry ostatnio w rozmowie ze mną stwierdził, że Polak to natura przewrotna - zakaż mu czegoś, a z pewnością właśnie ten zakaz złamie. Trudno tu odmówić racji - nie do końca jednak. Przecież jesteśmy podobno narodem tak ogromnie dumnym ze swojej historii. Dumnym z siebie samych i lubiącym się porównywać swe osiągnięcia ze światem, przymierzając choćby w skali europejskiego podwórka osiągnięcia i sukcesy. Mamy przecież wciąż telewizję publiczną, która dumnie tak pretenduje do roli opiniotwórczej i głosi, że jej celami są ważne misje społeczne. Może to dla niej szansa sprawdzić się wreszcie w takiej misji? Pokazać powiedzmy w cyklu programów jacy jesteśmy - jacy z nas Europejczycy. Trochę ośmieszyć i z humorem przypomnieć jakie są te niepisane normy społeczne. Zanim się okaże, że lepiej w ogóle się nie odzywać - żeby nie zostać obrzuconym stekiem wyzwisk z dominującym przecinkiem polskim, który określać powinien jedynie panie lekkich obyczajów i to wyłącznie w ich kręgu.

Tu zresztą służę stosownym i osobistym przykładem - otóż jadąc środkami tzw. komunikacji publicznej próbowałem wysiąść na docelowym dla mnie przystanku. Niestety jedyną możliwość zrealizowania tego zamiaru wieńczyłoby zderzenie z kobietą oczekującą na wejście i zdecydowanie starającą się zrealizować ten zamiar. Zdawało mi się, że taktownie powiedziałem: "czy mogłaby pani przesunąć się? Chciałbym wysiąść". 'Pani' dużo mówić nie musiała - jej partner, zapewne życiowy, postarał się, abym szybko pojął swój nietakt i zręcznie 'odbił piłeczkę' pytaniem: "A zaje..ć ci?!" Przytaczanie dalszej 'rozmowy' mija się z celem. Najbardziej utkwiły mi w pamięci po tym zdarzeniu dwie konkluzje. Po pierwsze, że to ja jednak w mniemaniu owej pary okazałem się chamem (co zresztą też usłyszałem). Po drugie - jak blisko byłem od tego żeby mieć w końcu połamany nos. Szczerze pisząc wcale mi się to nie marzy - próbuję po prostu zmarginalizować swój strach z opowiedzianej chwili.

"Mów dzień dobry - to nie boli"

Rozmawiałem też nie tak dawno z człowiekiem sprawiającym wrażenie osoby inteligentnej. Wspomniany obywatel szacownej RP nie miał najmniejszych problemów z przetykaniem swoich wywodów i ubarwianiem popisów krasomówczych wszelkimi "k....i" i "h..i", tłumacząc zresztą ten fenomen podążaniem za zmianami społecznymi i czasami. Język jego zdaniem powinien w ramach swej ewolucji wchłonąć jako naturalne i bynajmniej nie pejoratywne już takowe zwroty - jak sankcjonuje czasem kolokwializmy. Zapewne z czasem (wyobraźmy sobie tę 'normę') w chwili namiętnej i czułej wyznając miłość wypadałoby tylko rzec: k...a! Kocham Cię!!! Tylko czy byłoby to wzmocnienie efektu deklaracji, czy też określenie dokładniejszego stosunku do obiektu uczuć? Nie mam zamiaru nad tym dywagować! Chamstwo i kolokwializm należy tępić w języku potocznym i pilnie baczyć aby nie lęgło się na niwie literackiej. To o czym zapomniałem owemu panu rzec (po części z negatywnego wrażenia jakie zrobił - ręce po prostu opadają): nasz sposób wysławiania jest odzwierciedleniem szacunku dla drugiego człowieka, a skoro tak bardzo pragnę odczłowieczyć się w czyichś oczach, to jakim jestem w końcu dla siebie samego?

Tak na marginesie - spędzałem dwa lata temu wakacje na Słowacji, czyli u bliskich nam braci Słowian i z przyjemnością przyglądałem się, że można jednak wsiadać z przodu autobusu, a wysiadać tyłem, lub gdy więcej drzwi jest w pojeździe wspomnianym do wyboru, to pozwolić najpierw innym wysiąść, a nie polskim zwyczajem pchać się do środka. To może tylko krótki wakacyjny okres i trzeba by pożyć dłużej wśród ludzi, ale nie opuszcza mnie to wrażenie, że jakoś częściej i spontanicznie Słowacy się uśmiechają. Naprawdę rzadko udaje mi się spotkać tutaj już w Polsce uśmiech. Jakoś tak podejrzliwie jest traktowany jak sądzę - może skoro się uśmiecha, to zaraz broń Boże coś będzie chciał? Toteż lepiej odwrócić wzrok i nieco przyspieszyć kroku - tak na wszelki wypadek. Uciec przed tym zaskoczeniem. A to przecież tylko wyraz serdeczności, czyjegoś dobrego humoru, którym chciałby podzielić się z innymi. Obawiam się, że zatracamy jakoś tę niezbędną w życiu zdolność do bycia szczęśliwymi, gotowości na wszystko co dobre może nas spotkać. Może źle myślę - niech mi to ktoś łaskawie uzmysłowi, wyjaśni ten błąd. Człowiek zawsze dąży, czy raczej powinien dążyć do upraszczania sobie życia, a nie komplikowania go wzajemnym brakiem przychylności. Obojętnie czy to sklep czy urząd, czy warsztat, do którego też zajrzeć przynajmniej dwa razy w roku muszę - najpierw trzeba przebić się przez nieporuszone uprzejmością milczenie, aby potem mierzyć się z wygasłym, beznamiętnym wzrokiem i opuszczonymi w dół kącikami ust. I oby na tym się kończyło! Z tego co opowiadają również znajomi ileż razy jest się we wspomnianych przybytkach intruzem przeszkadzającym pewnie w pracy. Smutne? Z pewnością. W dodatku jakieś tragikomiczne, jeśli potrafimy jeszcze ten komizm dostrzec. Szczerze przyznam, że czy to we wspomnianym warsztacie, czy urzędzie nawet nie usiłuję z czymkolwiek walczyć - z góry jestem skazany na porażkę lub powtórną wizytę. A z grzechów polskich dorzucić by można jeszcze spokojnie choćby 'olewanie' sygnalizacji świetlnej i pasów, czy ścieżki rowerowe służące za deptak i parking zarazem. Zdarzyło już mi się w życiu wyciągać niemal spod koła pędzącego samochodu ofiarę zastanawiającej mnie ignorancji i bezmyślnego zapatrzenia w bliżej nieokreśloną dal. Jeżdżę także dość często rowerem i popołudniowy powrót do domu przez miasto przypomina czasem bardziej przedzieranie się przez dżunglę. Na przekór tej osobliwej beztrosce współrodaków. Nie o to chodzi zresztą aby stworzyć tu kompletną listę takich naszych zaniedbań - czas najzwyczajniej może uświadomić sobie istnienie problemu.

To tak naprawdę temat nie do końca wyczerpany - każdy mógłby od siebie dodać jeszcze całkiem sporo przykładów i sytuacji codziennych. Ważne, żeby nie skupić się tylko na omawianiu problemu - na wytkniętym już czczym gadaniu. Sukcesem TVP był przecież cykl spotkań tematycznych 'Europa da się lubić'. Oglądałem ten program może niezbyt regularnie, natomiast nieodmiennie z zainteresowaniem i przyjemnością. Może szacowna telewizja powinna w ramach poczuwania się do wspomnianej już misji stworzyć coś pod hasłem 'Polak da się lubić'? albo 'mów Dzień Dobry - to nie boli'? Tak żeby ciut nas zawstydzić i wykazać, że potrafimy przecież, że nie tacy jesteśmy naprawdę i to tylko jakaś poza durnowata, maska zbędna przybrana na współczesność. Nie oglądam telewizji obecnie na co dzień (od święta zresztą też nie) - ale widząc taką pozycję w programie skusiłbym się na obejrzenie. Koniecznie!!!

Spotkanie z wielkomiejskim chamstwem

I jeszcze coś tak zupełnie na "świeżo" - dokładnie wczorajsze "spotkanie" z najzwyklejszym, wielkomiejskim chamstwem.

Jechałem wczoraj autobusem. Wysiadałem przy Wileńskim. Kilka przystanków wcześniej wchodził do 170 w towarzystwie kumpli "młodziak" (tak na oko podstarzałe alkoholem 26 - 28 lat). Darł japę (inaczej nie potrafię określić jego otworu gębowego) - wpierw do telefonu, potem dla dodania sobie animuszu - chyba. LEGIA, LEGIA! - coś tam, coś tam - bełkot, dla niego zaś wyraz zapewne niepowtarzalnej własnej indywidualności. Niech wszyscy patrzą jaki kozak ze mnie! Stanął przy mnie, już przy drzwiach, przed wysiadaniem i znów zgwałcił spokój wzywaniem Legii. Obróciłem się i popatrzyłem na niego. Cytując jego dosłownie: "no i co się tak ku..a patrzysz? Nie patrz tak! Bo ci wpier..lę!" Nie patrząc na niego powiedziałem najspokojniej jak można było - nie groź. "Ja nie grożę - ja obiecuję. Zaraz ci w łeb zaj ę! Masz problem?!" - popatrzyliśmy sobie ostatni raz w oczy i powiedziałem - JA nie. Poszedłem dalej, choć chciałem jeszcze dodać, że widać, iż on szuka problemu - ale... - nagle skądś miałem wizję, że leżę pośród tych mnóstwa mijających nas obojętnie ludzi z nożem w plecach albo pobity, zakrwawiony i czekam może aż skończy się świat. Nawet zresztą jeśli miałoby się to tylko raną zakończyć - po co? I tak niczego go nie nauczę, nic mu nie przekażę, bo każde, nawet najmądrzejsze, najbardziej wyważone słowo buduje jego agresję. Ponieważ on jest nastawiony na atak, na to że świat jest przeciwko niemu, ja jestem przeciwko niemu i jak to jeszcze rzucał potem do moich pleców nie znosi takich frajerów. To też ciekawe poczucie - doświadczyłem namacalnie wręcz, że on ma swój świat, którego jak się domyślić można wcale poznawać nie chcę i jest ten świat w dodatku obcy niczym mars - choć może jak mars wzbudza moją ciekawość samym istnieniem i wrogą dla wszelkich innych form życia temperaturą. Pomyślałem jeszcze już później łażąc na zakupach po Carrefourze, że być może tak mogę umrzeć. Społecznik jaki ze mnie wyłazi wbrew stadnemu instynktowi miasta i zwraca uwagę na to, na co uwagę zwrócić się powinno, budzi agresję właśnie.

Ale mam z wczoraj ładne zwycięstwo swoje i tylko swoje - on zapewne tego nie zauważył. Otóż nie dałem się zastraszyć. Nie pozwoliłem również sobie abym się bał i trząsł - byłem spokojny. Strach był o wiele później - kiedy odtwarzałem w sobie całą scenę. Strach, że ktoś chce, a w większości może za mnie zdecydować czy i jak żyję. W całości zdarzenia byłem sam. On legionista - kontra ja. Każdy wokół starał się niezauważenie przemknąć do swego świata. Hermetyczność. Nic, nikt nie widział potem. Może opowie jako ciekawostkę żonie, mężowi przy kolacji, albo kumplom czy koleżankom w pracy. Co jeszcze myślę? Coś z tym należy naprawdę zrobić. Jakąś wreszcie medialną, społeczną kampanię. Od podstaw - od powiedzenia twardo nie bądź obojętny, bo to co obserwujesz teraz właśnie, chwilowo tylko nie dotyczy ciebie. Tak naprawdę dotyczy bardziej nawet ciebie - żebyś nie musiał się bać, żebyś miał pewność gdy ciebie zaczepią, że wszyscy wokół będą z tobą - nie OBOK. Nie wierzymy tak naprawdę, że coś się może nam przytrafić - żyjemy nieco tacy niezniszczalni, a to przecież tylko pozór, imaginacja rzeczywistości.

I tyle dziwnej opowieści. Dzień - jego reszta dosłownie przeciekł mi przez palce. Wszystko wokół było nieco jak za szybą. Jakbym patrzył na siebie z boku. Wieczorem relaksowałem się towarzysko przy piwie - wypiłem cztery. Pełen luz. Zrzucenie tego wszystkiego. Lecz nie wychodziłem potem aby zaczepiać ludzi, drzeć się na całe gardło i może rozbić coś - tak dla "zabawy". Jakoś tak nie kojarzy się mi to jednak z zabawą po prostu. Do wczoraj powiedziałbym, że dlatego iż szanuję ludzi i wiem, ze tak samo jak pragnę spokoju, im też on się należy. Ale jest w tym oglądzie rysa już - nie szanuję tego kogoś agresywnego z wczoraj - nie jestem w stanie po tym doświadczeniu. Może dlatego, że on nie szanuje siebie właśnie. Teraz mam kaca i dobry humor, wbrew temu zwariowanemu miastu. Dopóki mogę, dopóki pozwolą mi, będę żyć jak powinienem - będę żyć prawdziwie, a nie w skorupie. Będę mówił to, co powiedzieć trzeba.

Krzysztof Sypuła

Co sądzicie o braku kultury na co dzień, w komunikacji miejskiej, w sklepach, na ulicy? Czekamy na maile!



kontakt

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy