- Pierwsze, co zrobię, to ustawię fotel i będę tam siedział, wzruszony. Niech ludzie sobie popatrzą na właściciela kawałka parku w centrum Warszawy - mówił Koss po odzyskaniu nieruchomości, wiosną 2008 r. A dziś dodaje: - Po dwóch latach, choć jestem na swoim, prócz ustawienia tego fotela niewiele więcej mogę.
Rola dozorcy - Mogę występować tylko w rolach płatnika podatków i dozorcy, takiego przedwojennego strupla, w czapce maciejówce i fartuchu do ziemi, bo nakazali mi sprzątać teren - wylicza Tadeusz Koss. - Nikogo nie obchodzi, że moja prywatna nieruchomość jest nadal dostępna jako park publiczny; że nie protestowałem, gdy uszczuplono moją własność o 200 m kw. pod przyszłe
metro.
Wiosną 2008 r., po kilkunastu latach sądowych sporów, Koss jako pierwszy udowodnił, że można odzyskać kawałek porośniętego drzewami trawnika z widokiem na Pałac Kultury. W tym roku ratusz zapowiada zwrot kolejnych działek na placu. Część spadkobierców podobnie jak Koss dostanie skrawki parku, bez szans na inwestowanie.
- Wiedziałem o tych ograniczeniach - przyznaje Koss. - Ale miałem prawo do małej gastronomii, np. sezonowego ogródka, oraz działalności "wystawienniczo-reklamowej".
Jednak dotychczasowe próby zarobienia na 1,2 tys. m kw placu w ścisłym centrum zakończyły się fiaskiem. - Zaraz po odzyskaniu nieruchomości zapytałem w miejskim biurze architektury, czy mogę zorganizować tam ogródek piwny. Usłyszałem: "nie wyrażamy na to zgody". Kolejne podejście: reklamowy telebim. Ten pomysł również nie przypadł do gustu urzędnikom.
Burmistrz analizuje Latem 2009 r. sąsiadująca z halą KDT działka Tadeusza Kossa znalazła się za policyjnym płotem. - Choć zagrodzili prawie cały mój teren, żaden z urzędników nie próbował mnie uprzedzić czy przeprosić za to, że moja własność nagle stała się "strefą bezpieczeństwa". Gdy chciałem wejść za ogrodzenie, policjanci mnie obśmieli - wspomina Koss. - Byłem ciekaw, co się stało z figurami żubrów, które ustawił tam jeden z browarów.
Kontrakt z browarem był dotąd jedynym posunięciem, na które się zdecydował, nie pytając o zgodę urzędników. - Uznałem, że żubr jako konstrukcja lekka i łatwa w demontażu nie złamie zasad planu zagospodarowania. Po eksmisji KDT browar żubry zdemontował. Kto chciałby się reklamować w miejscu, którego pilnuje policja?
Działka Kossa była pod okupacją przez dwa miesiące. Nikt nie zaproponował zapłaty za zajęcie działki własności. Runda po urzędach skończyła się w gabinecie burmistrza Śródmieścia Wojciecha Bartelskiego (PO).
Oferta Śródmieścia: 10 tys. zł za dwumiesięczne zajęcie działki. Właściciel chce 30 tys. zł.
- Przedstawiłem szczegółowe wyliczenia - tłumaczy Koss. - Pan Bartelski analizował je od listopada. W styczniu powiedziałem: dość, idę do sądu.
Na odpowiedź Bartelski miał czas do piątku. W poniedziałek do Kossa dotarł list polecony z urzędu Śródmieścia. - Zmieniła się suma, którą gotowi są zapłacić, teraz to 13 tys. zł - mówi Tadeusz Koss. - To daleko poniżej moich szacunków, więc pozostaje mi droga sądowa.
Wiatr historii Wojciech Bartelski tłumaczy: to nie on, ale powiew historii sprawił, że przedwojenni właściciele kamienic mają dziś na własność miejską zieleń. Burmistrz przyznaje, że zdarzyło się niedopatrzenie - najpierw policja "nieopatrznie zagrodziła działkę" Kossa, potem z płotem pomylił się Zarząd Terenów Publicznych.
- Rozpatrzyliśmy sprawę pana Kossa uprzedzająco uczciwie - zapewnia Bartelski. - Wyliczamy należną kwotę, mnożąc miejską stawkę przez metry oraz liczbę dni, kiedy działka była zajęta. Urzędnikom wyszła kwota ok. 13-14 tys. zł. Najlepszym rozwiązaniem całej sytuacji z prywatnym kawałkiem parku byłoby odkupienie go przez miasto. Ale za "rozsądną cenę". A na taką zdaniem urzędników nie ma zgody Tadeusza Kossa. - Nigdy nie dostałem takiej propozycji, a na moją ofertę odkupienia placu, w której nie podawałem żadnych kwot, wiceprezydent Jacek Wojciechowicz odpisał krótko: "miasto nie jest zainteresowane kupnem tego terenu" - mówi Koss.
Przeczytaj także: Plac Defilad jak Piazza del Campidoglio? Jest nowy pomysł