Dziki grasują w Warszawie - nie wolno ich dokarmiać
10.02.2010
aktualizacja: 2010-02-09 20:36
W Warszawie grasują dziki, ryją na skarpie ursynowskiej. Kanclerz Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego ostrzega, że stanowią zagrożenie dla zdrowia i życia kadry oraz studentów. I apeluje: - Nie karmić!
ZOBACZ TAKŻE
- Ząbki w strachu przed dzikami (13-02-09, 13:18)
- Mieszkańcy domów komunalnych dymią o gaz (16-02-10, 10:00)
- Dzik zderzył się z kolejką WKD - pociąg uległ awarii (08-02-10, 22:03)
- Dziki zapędziły się pod Cytadelę, były tuż koło Wisłostrady (04-12-09, 19:46)
Na śniegu widać świeże tropy. Ale same małe - gołębia, kota. Śladów racic nie ma. - Dziki? Nie widziałem, tablicy z ostrzeżeniem też - dziwi się ochroniarz przy ul. Nowoursynowskiej (blisko Ciszewskiego).
- Ma pan fuzję? Tak na wszelki wypadek - pytam.
- W razie czego dzwonię do straży miejskiej - uspokaja ochroniarz.
Odstrzał w mieście jest wykluczony.
Dzikie świnie to teraz gorący temat w naszej metropolii i jej okolicach. Jak donosiliśmy we wczorajszym wydaniu "Gazety" w rubryce "Z ostatniej chwili", pod Regułami pociąg Warszawskiej Kolei Dojazdowej został uszkodzony przez przebiegającą przez tory watahę.
Jeśli pociąg tak znosi zderzenie z dzikami, co dopiero człowiek po szarży odyńca uzbrojonego w szable. Nic więc dziwnego, że przy pałacu Rozkosz, w którym mieści się rektorat SGGW przy ul. Nowoursynowskiej 166, pojawiła się wbita w śnieg tablica na kiju. Kanclerz SGGW ostrzega przed dzikami i zabrania je karmić.
Kanclerza dr inż. Władysława W. Skarżyńskiego teraz nie ma.
W sekretariacie anonimowo pracownica: - Jak dziki nie dostają jedzenia, to sobie pójdą.
Panie z rektoratu: - Dziki ludzi po kampusie nie ganiają. Nie boimy się.
- Ziemia była zryta już jesienią - zdradza Teresa Chiczewska prowadząca szatnię w rektoracie. - Słyszałam od mieszkańców, którzy mają pola pod skarpą, że tam grasowały. Z dzikami jest tragedia. Rolnikom niszczą uprawy, a odszkodowania nikt nie wypłaca.
Na terenie kampusu swoje sprawy załatwia pani Luiza Ochnio. Potwierdza, że niedawno zauważyła tabliczkę z apelem kanclerza. - Ale na dzika się nie natknęłam, choć często chodzę w tej okolicy. Co bym zrobiła, gdyby nagle się pojawił? Pewnie stanęłabym jak wryta, na drzewo nie dałabym chyba rady się wdrapać - ocenia samokrytycznie.
- A może dzik uciekłby na mój widok? - pociesza się.
Dr Michał Wasilewski z Zakładu Zoologii Leśnej i Łowiectwa uważa, że musimy sobie jakoś ułożyć życie z dzikami, które coraz śmielej zapuszczają się do miast. - Watażkę obserwujemy w naszej okolicy od roku, upatrzyły sobie zarośla za rektoratem pod skarpą, ale nie tropiłem, gdzie leżą. Przede wszystkim nie wolno dokarmiać. Wtedy powinny się zniechęcić i wyprowadzić w stronę Wilanowa i Wisły - mówi.
Eksplozję w populacji dzików dr Wasilewski tłumaczy tak: łatwy dostęp do pożywienia, wysokoenergetyczna karma, np. pola kukurydzy. Jeśli na dodatek ludzie zaczynają dożywiać dzikie zwierzęta, to one potrafią się tak rozbestwić jak na Półwyspie Helskim. - Trzeba je było odławiać i wywozić do lasu - przypomina ekspert.
I radzi, jak się zachować w rejonie, w którym kręcą się dziki: rozmawiać głośno, ale już krzyczeć nie należy. Na widok zwierza nie panikować, tylko przejść obok, jak gdyby nigdy nic. Dziki kiepsko widzą, a kiedy zwietrzą człowieka, to uciekają.
Głównym korytarzem migracyjnym dzikich zwierząt w warszawskiej metropolii jest dolina Wisły. "Gazeta" postanowiła sprawdzić, czy dzikie świnie nie zawędrowały z SGGW w okolice kampusu Uniwersytetu Warszawskiego przy Krakowskim Przedmieściu. W biurze prasowym UW najpierw śmiech, a potem sucha konstatacja Anny Korzekwy, rzecznik UW: - Nigdy dzik nie pojawił się w naszym kampusie.
- Ma pan fuzję? Tak na wszelki wypadek - pytam.
- W razie czego dzwonię do straży miejskiej - uspokaja ochroniarz.
Odstrzał w mieście jest wykluczony.
Dzikie świnie to teraz gorący temat w naszej metropolii i jej okolicach. Jak donosiliśmy we wczorajszym wydaniu "Gazety" w rubryce "Z ostatniej chwili", pod Regułami pociąg Warszawskiej Kolei Dojazdowej został uszkodzony przez przebiegającą przez tory watahę.
Jeśli pociąg tak znosi zderzenie z dzikami, co dopiero człowiek po szarży odyńca uzbrojonego w szable. Nic więc dziwnego, że przy pałacu Rozkosz, w którym mieści się rektorat SGGW przy ul. Nowoursynowskiej 166, pojawiła się wbita w śnieg tablica na kiju. Kanclerz SGGW ostrzega przed dzikami i zabrania je karmić.
Kanclerza dr inż. Władysława W. Skarżyńskiego teraz nie ma.
W sekretariacie anonimowo pracownica: - Jak dziki nie dostają jedzenia, to sobie pójdą.
Panie z rektoratu: - Dziki ludzi po kampusie nie ganiają. Nie boimy się.
- Ziemia była zryta już jesienią - zdradza Teresa Chiczewska prowadząca szatnię w rektoracie. - Słyszałam od mieszkańców, którzy mają pola pod skarpą, że tam grasowały. Z dzikami jest tragedia. Rolnikom niszczą uprawy, a odszkodowania nikt nie wypłaca.
Na terenie kampusu swoje sprawy załatwia pani Luiza Ochnio. Potwierdza, że niedawno zauważyła tabliczkę z apelem kanclerza. - Ale na dzika się nie natknęłam, choć często chodzę w tej okolicy. Co bym zrobiła, gdyby nagle się pojawił? Pewnie stanęłabym jak wryta, na drzewo nie dałabym chyba rady się wdrapać - ocenia samokrytycznie.
- A może dzik uciekłby na mój widok? - pociesza się.
Dr Michał Wasilewski z Zakładu Zoologii Leśnej i Łowiectwa uważa, że musimy sobie jakoś ułożyć życie z dzikami, które coraz śmielej zapuszczają się do miast. - Watażkę obserwujemy w naszej okolicy od roku, upatrzyły sobie zarośla za rektoratem pod skarpą, ale nie tropiłem, gdzie leżą. Przede wszystkim nie wolno dokarmiać. Wtedy powinny się zniechęcić i wyprowadzić w stronę Wilanowa i Wisły - mówi.
Eksplozję w populacji dzików dr Wasilewski tłumaczy tak: łatwy dostęp do pożywienia, wysokoenergetyczna karma, np. pola kukurydzy. Jeśli na dodatek ludzie zaczynają dożywiać dzikie zwierzęta, to one potrafią się tak rozbestwić jak na Półwyspie Helskim. - Trzeba je było odławiać i wywozić do lasu - przypomina ekspert.
I radzi, jak się zachować w rejonie, w którym kręcą się dziki: rozmawiać głośno, ale już krzyczeć nie należy. Na widok zwierza nie panikować, tylko przejść obok, jak gdyby nigdy nic. Dziki kiepsko widzą, a kiedy zwietrzą człowieka, to uciekają.
Głównym korytarzem migracyjnym dzikich zwierząt w warszawskiej metropolii jest dolina Wisły. "Gazeta" postanowiła sprawdzić, czy dzikie świnie nie zawędrowały z SGGW w okolice kampusu Uniwersytetu Warszawskiego przy Krakowskim Przedmieściu. W biurze prasowym UW najpierw śmiech, a potem sucha konstatacja Anny Korzekwy, rzecznik UW: - Nigdy dzik nie pojawił się w naszym kampusie.
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Jeszcze więcej remontów: Jana Pawła II bez tramwajów
- Bezdomni ze Wschodniego: przepraszamy, że śmierdzimy
- Ta cukiernia to fenomen: ludzie stoją od świtu [WIDEO]
- Nowe palmy staną w Alejach? A wśród nich miś Wojtek?
- Autostrada: kłócą się o wypłatę pieniędzy
- NFZ jednak zdradzi, za ile się przenosi
- Oryginalny biurowiec: przy Prostej wyrosła krzywa wieża
- "Tu kupisz papierosy, które szkodzą zdrowiu"
- Środa w Warszawie [15.02.2012]
- Koszary, fabryka, willa i piramida. Wyburzone w 2011
- Ta cukiernia to fenomen: ludzie stoją od świtu [WIDEO]
- Zrównał z ziemią cenną willę. Teraz ma ją odbudować
- Nowa polska tania linia. Zabierze pasażerów pociągom?
- Nowy outlet na Białołęce. Największy w Warszawie





