Dziki grasują w Warszawie - nie wolno ich dokarmiać

Dariusz Bartoszewicz
10.02.2010 aktualizacja: 2010-02-09 20:36
A A A Drukuj
Dziki Fot. Rafał Malko / Agencja Gazeta
  • Tabliczka wbita w śnieg w kampusie SGGW
W Warszawie grasują dziki, ryją na skarpie ursynowskiej. Kanclerz Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego ostrzega, że stanowią zagrożenie dla zdrowia i życia kadry oraz studentów. I apeluje: - Nie karmić!
Na śniegu widać świeże tropy. Ale same małe - gołębia, kota. Śladów racic nie ma. - Dziki? Nie widziałem, tablicy z ostrzeżeniem też - dziwi się ochroniarz przy ul. Nowoursynowskiej (blisko Ciszewskiego).

- Ma pan fuzję? Tak na wszelki wypadek - pytam.

- W razie czego dzwonię do straży miejskiej - uspokaja ochroniarz.

Odstrzał w mieście jest wykluczony.

Dzikie świnie to teraz gorący temat w naszej metropolii i jej okolicach. Jak donosiliśmy we wczorajszym wydaniu "Gazety" w rubryce "Z ostatniej chwili", pod Regułami pociąg Warszawskiej Kolei Dojazdowej został uszkodzony przez przebiegającą przez tory watahę.

Jeśli pociąg tak znosi zderzenie z dzikami, co dopiero człowiek po szarży odyńca uzbrojonego w szable. Nic więc dziwnego, że przy pałacu Rozkosz, w którym mieści się rektorat SGGW przy ul. Nowoursynowskiej 166, pojawiła się wbita w śnieg tablica na kiju. Kanclerz SGGW ostrzega przed dzikami i zabrania je karmić.

Kanclerza dr inż. Władysława W. Skarżyńskiego teraz nie ma.

W sekretariacie anonimowo pracownica: - Jak dziki nie dostają jedzenia, to sobie pójdą.

Panie z rektoratu: - Dziki ludzi po kampusie nie ganiają. Nie boimy się.

- Ziemia była zryta już jesienią - zdradza Teresa Chiczewska prowadząca szatnię w rektoracie. - Słyszałam od mieszkańców, którzy mają pola pod skarpą, że tam grasowały. Z dzikami jest tragedia. Rolnikom niszczą uprawy, a odszkodowania nikt nie wypłaca.

Na terenie kampusu swoje sprawy załatwia pani Luiza Ochnio. Potwierdza, że niedawno zauważyła tabliczkę z apelem kanclerza. - Ale na dzika się nie natknęłam, choć często chodzę w tej okolicy. Co bym zrobiła, gdyby nagle się pojawił? Pewnie stanęłabym jak wryta, na drzewo nie dałabym chyba rady się wdrapać - ocenia samokrytycznie.

- A może dzik uciekłby na mój widok? - pociesza się.

Dr Michał Wasilewski z Zakładu Zoologii Leśnej i Łowiectwa uważa, że musimy sobie jakoś ułożyć życie z dzikami, które coraz śmielej zapuszczają się do miast. - Watażkę obserwujemy w naszej okolicy od roku, upatrzyły sobie zarośla za rektoratem pod skarpą, ale nie tropiłem, gdzie leżą. Przede wszystkim nie wolno dokarmiać. Wtedy powinny się zniechęcić i wyprowadzić w stronę Wilanowa i Wisły - mówi.

Eksplozję w populacji dzików dr Wasilewski tłumaczy tak: łatwy dostęp do pożywienia, wysokoenergetyczna karma, np. pola kukurydzy. Jeśli na dodatek ludzie zaczynają dożywiać dzikie zwierzęta, to one potrafią się tak rozbestwić jak na Półwyspie Helskim. - Trzeba je było odławiać i wywozić do lasu - przypomina ekspert.

I radzi, jak się zachować w rejonie, w którym kręcą się dziki: rozmawiać głośno, ale już krzyczeć nie należy. Na widok zwierza nie panikować, tylko przejść obok, jak gdyby nigdy nic. Dziki kiepsko widzą, a kiedy zwietrzą człowieka, to uciekają.

Głównym korytarzem migracyjnym dzikich zwierząt w warszawskiej metropolii jest dolina Wisły. "Gazeta" postanowiła sprawdzić, czy dzikie świnie nie zawędrowały z SGGW w okolice kampusu Uniwersytetu Warszawskiego przy Krakowskim Przedmieściu. W biurze prasowym UW najpierw śmiech, a potem sucha konstatacja Anny Korzekwy, rzecznik UW: - Nigdy dzik nie pojawił się w naszym kampusie.

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy