To był wypadek czy chciał zabić narzeczoną?
16.02.2010
aktualizacja: 2010-02-15 21:49
Fot. Wojciech Surdziel /AG
Prokuratura twierdzi, że Sławomir J. chciał zabić swoją narzeczoną. Oskarżony mówi, że to był tylko nieszczęśliwy wypadek. Pokrzywdzona zresztą też
ZOBACZ TAKŻE
- "Wnuczek" wpadł, bo ofiara miała chrypę (16-02-10, 20:17)
- Pobite dziecko trafiło do szpitala. Lekarz wezwał policję (16-02-10, 14:51)
- Mężczyzna wpadł pod samochód na Pradze (16-02-10, 09:00)
- Drugi sprawca napadu na antykwariat pobity na śmierć (15-02-10, 20:52)
- Prawo jazdy za łapówki - CBA zatrzymało trzy osoby (15-02-10, 16:01)
- Zatrzymano przestępcę poszukiwanego od trzech lat (15-02-10, 11:38)
- Wandal niszczył znicze w miejscu śmierci policjanta (15-02-10, 19:28)
39-letnia Anna P. do dziś nie doszła do siebie po sylwestrowej nocy sprzed roku. Gdy śmigłowiec pogotowia zabierał ją wówczas do szpitala przy ul. Lindleya, była w stanie krytycznym. Miała połamane ręce, udo i miednicę, później okazało się, że także wstrząs mózgu i wiele innych obrażeń. Czekają je jeszcze przynajmniej cztery poważne operacje. - Nie mogę pracować, jestem na rencie - mówiła wczoraj przed sądem, który pozwolił jej zeznawać na siedząco.
Kto jej to wszystko zrobił? Według prokuratury 32-letni Sławomir J., jej przyjaciel.
A było to tak. Anna i Sławek całe święta spędzili w wynajmowanym przez nią mieszkaniu w Chrośnie, niedaleko Kołbieli, w powiecie otwockim. Tam też postanowili spędzić sylwestra. Poszli do sąsiadów, gdzie na tzw. domówce bawiły się jeszcze dwie pary. W sumie szóstka dorosłych i trójka dzieci, w tym sześcioletnia córka Anny P.
Po północy wszyscy wyszli na dwór, złożyli sobie życzenia. Potem jedna z par wróciła do domu, a reszta dalej piła alkohol. W pewnym momencie panie zaczęły tańczyć i zrzucać z siebie ubrania. Anna miała zdjąć spodnie, jej koleżanka bluzkę. Sławomir J., tak twierdzi prokuratura, bardzo się tym zdenerwował. Wyszedł na dwór i wsiadł do swojego mercedesa. Gdy pojawiła się jego narzeczona, włączył pierwszy bieg i ruszył w jej kierunku. Potrącił ją samochodem, przejechał po niej, wrzucił wsteczny bieg, a potem przejechał raz jeszcze. Na pierwszym przesłuchaniu w prokuraturze wyjaśnił: - Poczułem się odrzucony i zdradzony. Chciałem ją w ten sposób ukarać. Dopiero po chwili dotarło do mnie, co zrobiłem.
Śledczy oskarżyli go o próbę zabójstwa, ale niemal dwa miesiące później J. odwołał wyjaśnienia. Stwierdził, że to był nieszczęśliwy wypadek. Że wyszedł przed dom, by trochę otrzeźwieć, a do samochodu wsiadł posłuchać radia. Wtedy przyszła jego narzeczona. Kazała mu wracać do domu, ale nie posłuchał. A potem zasnął. Kiedy się obudził i wysiadł z auta, ona leżała z przodu cała zakrwawiona.
Anna P., choć wczoraj zdecydowała się być oskarżycielem posiłkowym, nie stoi w tym procesie po stronie prokuratury. Ona też twierdzi, że to był wypadek. - Oparłam się o maskę samochodu i zapaliłam papierosa. Straciłam przytomność. Gdy się ocknęłam, poczułam ból i zobaczyłam koło - mówiła wczoraj przed sądem. Miała zemdleć, jeszcze zanim J. ruszył.
Sławomir J. twierdzi, że przyznał się do winy za namową przesłuchującego go funkcjonariusza. - Policjant powiedział mi, że jeśli chcę pomóc Annie i sobie, to muszę to zrobić - twierdził wczoraj przed sądem. - Powiedział mi, że wszystko będzie dobrze. Że posiedzę krótko w więzieniu, a potem wyjdę.
- W jaki sposób to miało pomóc oskarżonemu? - pytała z niedowierzaniem sędzia Barbara Piwnik.
- Nie potrafię odpowiedzieć. Ja ufałem temu policjantowi, byłem zagubiony - odparł Sławomir J.
I oskarżony, i pokrzywdzona twierdzą, że w ową feralną sylwestrową noc on poprosił ją o rękę, a ona się zgodziła. Do dziś planują wspólne życie.
Wczoraj, gdy sędziowie opuścili już salę, udało im się krótko pocałować i oskarżony wrócił do aresztu.
Kto jej to wszystko zrobił? Według prokuratury 32-letni Sławomir J., jej przyjaciel.
A było to tak. Anna i Sławek całe święta spędzili w wynajmowanym przez nią mieszkaniu w Chrośnie, niedaleko Kołbieli, w powiecie otwockim. Tam też postanowili spędzić sylwestra. Poszli do sąsiadów, gdzie na tzw. domówce bawiły się jeszcze dwie pary. W sumie szóstka dorosłych i trójka dzieci, w tym sześcioletnia córka Anny P.
Po północy wszyscy wyszli na dwór, złożyli sobie życzenia. Potem jedna z par wróciła do domu, a reszta dalej piła alkohol. W pewnym momencie panie zaczęły tańczyć i zrzucać z siebie ubrania. Anna miała zdjąć spodnie, jej koleżanka bluzkę. Sławomir J., tak twierdzi prokuratura, bardzo się tym zdenerwował. Wyszedł na dwór i wsiadł do swojego mercedesa. Gdy pojawiła się jego narzeczona, włączył pierwszy bieg i ruszył w jej kierunku. Potrącił ją samochodem, przejechał po niej, wrzucił wsteczny bieg, a potem przejechał raz jeszcze. Na pierwszym przesłuchaniu w prokuraturze wyjaśnił: - Poczułem się odrzucony i zdradzony. Chciałem ją w ten sposób ukarać. Dopiero po chwili dotarło do mnie, co zrobiłem.
Śledczy oskarżyli go o próbę zabójstwa, ale niemal dwa miesiące później J. odwołał wyjaśnienia. Stwierdził, że to był nieszczęśliwy wypadek. Że wyszedł przed dom, by trochę otrzeźwieć, a do samochodu wsiadł posłuchać radia. Wtedy przyszła jego narzeczona. Kazała mu wracać do domu, ale nie posłuchał. A potem zasnął. Kiedy się obudził i wysiadł z auta, ona leżała z przodu cała zakrwawiona.
Anna P., choć wczoraj zdecydowała się być oskarżycielem posiłkowym, nie stoi w tym procesie po stronie prokuratury. Ona też twierdzi, że to był wypadek. - Oparłam się o maskę samochodu i zapaliłam papierosa. Straciłam przytomność. Gdy się ocknęłam, poczułam ból i zobaczyłam koło - mówiła wczoraj przed sądem. Miała zemdleć, jeszcze zanim J. ruszył.
Sławomir J. twierdzi, że przyznał się do winy za namową przesłuchującego go funkcjonariusza. - Policjant powiedział mi, że jeśli chcę pomóc Annie i sobie, to muszę to zrobić - twierdził wczoraj przed sądem. - Powiedział mi, że wszystko będzie dobrze. Że posiedzę krótko w więzieniu, a potem wyjdę.
- W jaki sposób to miało pomóc oskarżonemu? - pytała z niedowierzaniem sędzia Barbara Piwnik.
- Nie potrafię odpowiedzieć. Ja ufałem temu policjantowi, byłem zagubiony - odparł Sławomir J.
I oskarżony, i pokrzywdzona twierdzą, że w ową feralną sylwestrową noc on poprosił ją o rękę, a ona się zgodziła. Do dziś planują wspólne życie.
Wczoraj, gdy sędziowie opuścili już salę, udało im się krótko pocałować i oskarżony wrócił do aresztu.
Przeczytaj także: Miłość do dentystki zaprowadziła go do więzienia
-
Cy ja dobrze zrozumiałem???
rkcb
16.02.10, 13:42
Czy z ostatnich zdań tego artykułu wynika, iż w tym dzikim kraju, ten człowiekod ponad roku siedzi w areszcie???Ktoś, kto jest niewinny, do chwili prawomocnego wyroku??I w takiej prostej »
-
To był wypadek czy chciał zabić narzeczoną?
zahira1970
15.04.11, 13:08
Witam! Jestem pokrzywdzoną w tym wypadku.Gdy czytałam komentarze,to nie wiedziałam czy się śmiać, czy płakać...Mogę powiedzieć tylko jedno...nigdy nie osądzajcie kogoś,kogo nie znacie,tym »
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Motocyklista w ciężkim stanie po wypadku na Racławickiej
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Masa Krytyczna: "My nie blokujemy ruchu"
- Warsaw Music Week. Wieczór z hip hopem od Prosto
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]


