Czy sąd znów uwierzy świadkowi, który kłamał?
24.02.2010
aktualizacja: 2010-02-23 20:08
Fot. Krzysztof Szatkowski / AG
Dwaj policjanci ze stołecznej drogówki zostali oskarżeni o przyjęcie łapówki. Twierdzą, że niewinnie. - Na podstawie takich dowodów można uwalić każdego - mówią.
ZOBACZ TAKŻE
- Nigeryjczyk przemycał w żołądku 400 gramów kokainy (01-03-10, 14:14)
- Proces o łapówki i być albo nie być w policji (26-02-10, 09:00)
- Napadł na kobietę, bo zabrakło mu na piwo (24-02-10, 22:51)
- Prawo jazdy za łapówki. Dwóch instruktorów zatrzymanych (24-02-10, 11:45)
- Rozbili gang złodziei samochodów (23-02-10, 12:00)
- Wyłudziła 40 tys. złotych metodą "na wnuczka" (22-02-10, 21:40)
- Policja przekonuje: w Warszawie jest bezpieczniej (22-02-10, 17:22)
- Z samurajskim mieczem napadł na piekarnię (22-02-10, 15:29)
SERWISY
Wczoraj minęły dwa lata od zatrzymania asp. Dariusza R. i st. sierż. Mirosława K. Obaj do tej pory są zawieszeni w obowiązkach. Nie chodzą do pracy, dostają połowę pensji. Zostali już skazani przez sąd pierwszej instancji na kary więzienia w zawieszeniu. Odwołali się. Jutro odbędzie się rozprawa apelacyjna.
To była sobota. 25-letni Mateusz P. śpieszył się na os. Ostrobramska, gdzie pracował na budowie. Nie znał Warszawy (pochodzi z okolic Białej Podlaskiej) i zabłądził. W al. Niepodległości zajechał swoim oplem vectrą drogę innemu kierowcy. Doszło do stłuczki. Gdy przyjechała policja, przyznał się od razu.
Auto, którym jechał, było sprowadzone z zagranicy. Miało czasowe tablice, w Polsce nie zostało jeszcze zarejestrowane. Według policjantów upłynął czas, w którym Mateusz P. mógł poruszać się nim po ulicach. Funkcjonariusze ukarali go więc nie tylko za spowodowanie kolizji, lecz także za to. Razem mandat na 600 zł i siedem punktów karnych. Zabronili mu też dalszej jazdy tym autem, sami zaś odjechali.
Biuro Spraw Wewnętrznych, czyli policja w policji (tam zgłosił się kilka godzin później Mateusz P.) oraz prokuratura uważają, że było inaczej. Według zeznań kierowcy vectry policjanci zagrozili, że odholują jego auto na parking depozytowy, chyba że da im łapówkę. Mateusz P. miał pójść do pobliskiego bankomatu, wyciągnąć z niego 500 zł i wręczyć policjantom. Ci zaś mieli go potem pilotować aż na Pragę-Południe.
Dowody na to są dwa: zeznanie Mateusza P. i pismo z banku poświadczające, że o godz. 8.18 ktoś wypłacił pieniądze z bankomatu na stacji metra Racławicka.
Zdaniem sądu to wystarczyło, bo relacja Mateusza P. była szczegółowa i wiarygodna, zaś wypłata pieniędzy miała miejsce w czasie interwencji.
- Na podstawie takich dowodów można uwalić każdego policjanta w tym mieście - irytują się oskarżeni. I wyliczają wątpliwości, których ich zdaniem nie rozwiało ani śledztwo, ani proces sądowy: • Mateusz P. kłamał w śledztwie co do okoliczności kupna samochodu, co potem przyznał przed sądem. To według oskarżonych i ich adwokatów obniża jego wiarygodność (prokuratura na Woli właśnie wszczęła śledztwo w tej sprawie); • prokuratura nie zabezpieczyła zapisów z kamer monitoringu z trasy, którą rzekomo policjanci mieli pilotować kierowcę vectry; • o zapis z nadajnika GPS z radiowozu (co by mogło wykluczyć bądź potwierdzić wersję oskarżającego kierowcy) policjanci z BSW zwrócili się do komendy kilka miesięcy po fakcie, gdy te dane zostały już nadpisane innymi; • ktoś (ale kto?) przerobił zapis w ich notatnikach służbowych, poprawiono godzinę zakończenia interwencji na 8.40, czyli 20 minut po tym, jak Mateusz P. miał wyciągnąć pieniądze z bankomatu. Sami tego raczej nie zrobili (bo działaliby w ten sposób na swoją niekorzyść).
- Podobnych wątpliwości jest więcej - podkreślają policjanci.
W pierwszym procesie sąd uwierzył świadkowi oskarżenia. Jak postąpi sąd odwoławczy? Adwokaci chcą uniewinnienia, ewentualnie zwrotu sprawy do ponownego rozpoznania. Prokuratura chce utrzymania wyroku pierwszej instancji.
Wyrok w czwartek.
To była sobota. 25-letni Mateusz P. śpieszył się na os. Ostrobramska, gdzie pracował na budowie. Nie znał Warszawy (pochodzi z okolic Białej Podlaskiej) i zabłądził. W al. Niepodległości zajechał swoim oplem vectrą drogę innemu kierowcy. Doszło do stłuczki. Gdy przyjechała policja, przyznał się od razu.
Auto, którym jechał, było sprowadzone z zagranicy. Miało czasowe tablice, w Polsce nie zostało jeszcze zarejestrowane. Według policjantów upłynął czas, w którym Mateusz P. mógł poruszać się nim po ulicach. Funkcjonariusze ukarali go więc nie tylko za spowodowanie kolizji, lecz także za to. Razem mandat na 600 zł i siedem punktów karnych. Zabronili mu też dalszej jazdy tym autem, sami zaś odjechali.
Biuro Spraw Wewnętrznych, czyli policja w policji (tam zgłosił się kilka godzin później Mateusz P.) oraz prokuratura uważają, że było inaczej. Według zeznań kierowcy vectry policjanci zagrozili, że odholują jego auto na parking depozytowy, chyba że da im łapówkę. Mateusz P. miał pójść do pobliskiego bankomatu, wyciągnąć z niego 500 zł i wręczyć policjantom. Ci zaś mieli go potem pilotować aż na Pragę-Południe.
Dowody na to są dwa: zeznanie Mateusza P. i pismo z banku poświadczające, że o godz. 8.18 ktoś wypłacił pieniądze z bankomatu na stacji metra Racławicka.
Zdaniem sądu to wystarczyło, bo relacja Mateusza P. była szczegółowa i wiarygodna, zaś wypłata pieniędzy miała miejsce w czasie interwencji.
- Na podstawie takich dowodów można uwalić każdego policjanta w tym mieście - irytują się oskarżeni. I wyliczają wątpliwości, których ich zdaniem nie rozwiało ani śledztwo, ani proces sądowy: • Mateusz P. kłamał w śledztwie co do okoliczności kupna samochodu, co potem przyznał przed sądem. To według oskarżonych i ich adwokatów obniża jego wiarygodność (prokuratura na Woli właśnie wszczęła śledztwo w tej sprawie); • prokuratura nie zabezpieczyła zapisów z kamer monitoringu z trasy, którą rzekomo policjanci mieli pilotować kierowcę vectry; • o zapis z nadajnika GPS z radiowozu (co by mogło wykluczyć bądź potwierdzić wersję oskarżającego kierowcy) policjanci z BSW zwrócili się do komendy kilka miesięcy po fakcie, gdy te dane zostały już nadpisane innymi; • ktoś (ale kto?) przerobił zapis w ich notatnikach służbowych, poprawiono godzinę zakończenia interwencji na 8.40, czyli 20 minut po tym, jak Mateusz P. miał wyciągnąć pieniądze z bankomatu. Sami tego raczej nie zrobili (bo działaliby w ten sposób na swoją niekorzyść).
- Podobnych wątpliwości jest więcej - podkreślają policjanci.
W pierwszym procesie sąd uwierzył świadkowi oskarżenia. Jak postąpi sąd odwoławczy? Adwokaci chcą uniewinnienia, ewentualnie zwrotu sprawy do ponownego rozpoznania. Prokuratura chce utrzymania wyroku pierwszej instancji.
Wyrok w czwartek.
Przeczytaj także: Policja przekonuje: w Warszawie jest bezpieczniej
-
Czy sąd znów uwierzy świadkowi, który kłamał?
warzaw_bike_killerz
24.02.10, 10:29
Policjanci dobrze wiedza, ze na podstawie zadnych dowodow mozna uwalickazdego. Na Wilczej pracuja tacy sami, nie maja dowodow a wszystko niby czyniana polecenie prokuratury. Uwalaja »
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Motocyklista w ciężkim stanie po wypadku na Racławickiej
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Masa Krytyczna: "My nie blokujemy ruchu"
- Warsaw Music Week. Wieczór z hip hopem od Prosto
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]


