Proces o łapówki i być albo nie być w policji
26.02.2010
aktualizacja: 2010-02-25 22:02
Sąd odwoławczy uchylił wczoraj wyrok skazujący dwóch policjantów stołecznej drogówki za przyjęcie łapówki od sprawcy kolizji drogowej. Ich proces rozpocznie się od nowa
ZOBACZ TAKŻE
- Zasadzka CBA: łapówka w miejskich wodociągach (22-11-10, 21:23)
- Tajniacy podróżują w pociągach Kolei Mazowieckich (06-04-10, 20:13)
- Nietypowy szmugiel kokainy: od... drugiej strony (02-03-10, 09:00)
- Ukradł 100 m. trakcji tramwajowej. Grozi mu 5 lat (01-03-10, 17:08)
- Nigeryjczyk przemycał w żołądku 400 gramów kokainy (01-03-10, 14:14)
- Oszust wpadł w zasadzkę babci i policji (27-02-10, 21:46)
- Wznowią sprawę plakatów z napisem "Uwaga pedofil" (25-02-10, 10:00)
- Czy sąd znów uwierzy świadkowi, który kłamał? (24-02-10, 09:00)
- Dlaczego zginęła Martyna? (20-02-10, 08:00)
- "Poszedł tam, gdzie nie ma zła" - pogrzeb policjanta (19-02-10, 20:16)
- Kto zabił 15-letnią Martynę? Z kim wsiadła do auta? (18-02-10, 22:58)
- Sąd zdaje sobie sprawę, że dla oskarżonych ta sprawa to jest być albo nie być w policji - podkreśliła po ogłoszeniu wyroku sędzia Wanda Jankowska-Bebeszko. Bo gdyby wczoraj sąd okręgowy podtrzymał orzeczenie z pierwszej instancji, wyrok by się uprawomocnił. Asp. Dariusz R. i st. sierż. Mirosław K. zostaliby natychmiast z policji usunięci dyscyplinarnie.
Ich historię opisaliśmy w środowej "Gazecie" ( Czy sąd znów uwierzy świadkowi, który kłamał?). Obaj funkcjonariusze pracowali w sekcji wypadkowej stołecznej drogówki. Dwa lata temu, w sobotni poranek dostali wezwanie do kolizji w al. Niepodległości. Kierowca vectry zajechał drogę innemu i doszło do zderzenia. Przyznał się do winy i zgodził przyjąć mandat. Ale pojawił się jeszcze jeden problem. Opel był sprowadzony z zagranicy, ale nie został jeszcze przerejestrowany. Według policjantów, kierowca nie miał prawa poruszać się nim po ulicach. Funkcjonariusze oprócz wystawienia mandatu i wlepienia punktów, tak twierdzą, zakazali mu też dalszej jazdy. A potem zajęli się inną interwencją.
Gdy po dziewięciu godzinach zjechali na bazę przy ul. Karolkowej, czekali tam na nich policjanci z Biura Spraw Wewnętrznych (policja w policji). Zostali oskarżeni o przyjęcie 500 zł od sprawcy kolizji Mateusza P.
W kwietniu ub.r. sąd pierwszej instancji uznał, że są winni. Obaj odwołali się od tego wyroku, wczoraj sąd okręgowy rozpatrywał ich apelację.
Czy to osoba godna zaufania?
- Pan P. nie miał z wręczenia łapówki żadnej korzyści, bo nie miał za co jej wręczyć - dowodził adw. Damian Grzesiak, obrońca Dariusza R. I argumentował, że policjanci przeprowadzili interwencję zgodnie z policyjną sztuką, na dodatek wszystko opisali w swoich notatnikach.
Mateusz P. w swoich zeznaniach twierdził, że policjanci grozili, że odholują jego auto na parking. Łapówka miała ich przekonać, żeby tego nie robili. Żaden ze świadków (m.in. pasażer vectry oraz poszkodowani w kolizji) jednak tego nie potwierdził.
Prokuraturze nie udało się też w żaden sposób potwierdzić, że, jak zeznał P., policjanci pilotowali go aż na budowę przy ul. Fieldorfa, gdzie pracował.
Zeznania Mateusza P. są jedynym bezpośrednim dowodem prokuratury, więc obrona skupia się na obniżeniu jego wiarygodności. Nie jest to trudne, bo P. został kilkakrotnie przyłapany na kłamstwie. Okazało się m.in., że składał fałszywe zeznania (zarówno w śledztwie, jak i podczas procesu), mówiąc, że kupił auto za granicą, gdy w rzeczywistości kupił je w Szczecinie.
- Na jednym biegunie mamy wielokrotnie nagradzanego policjanta, który pełnił wzorową służbę. Drugi biegun to pan P. To osoba, która nie dość, że składała fałszywe zeznania, to jeszcze namawiała do tego swojego ojca. Co więcej, pan P. sfałszował też umowę kupna-sprzedaży samochodu, a następnie posłużył się nią w urzędzie celnym i urzędzie komunikacji - podkreślał mec. Artur Jurczak, obrońca Mirosława K.
Sąd myli swobodę z dowolnością
Obrońcy zarzucili też sądowi pierwszej instancji, że zbagatelizował część zebranych w sprawie dowodów. Np. nie wziął w ogóle pod uwagę billingów, z których wynika, że Mateusz P. przez cały czas (także podczas składania zeznań w BSW) kontaktował się ze swoim kolegą Markiem W. To istotne, bo to właśnie W. namówił go, by zgłosił całą sprawę wewnętrznej policji. Co więcej, P. twierdzi, że na Fieldorfa pojechał zaraz po kolizji, czyli rano. - Pan P. był na Fieldorfa, ale dopiero o godz. 21.10 - podkreślał wczoraj mec. Jurczak. O tej porze w pobliskiej stacji bazowej zalogowała się jego komórka.
Adw. Michał Sankowski, drugi z obrońców Dariusza R., podsumował: - Sąd myli swobodną ocenę dowodów z dowolną oceną dowodów.
Prokurator Jolanta Pydyniak wniosła o utrzymanie wyroku. Ale sąd okręgowy się nie zgodził.
- Po rozważeniu argumentów obrony sąd doszedł do przekonania, że część tych zarzutów zasługuje na uwzględnienie - powiedziała w uzasadnieniu wyroku sędzia Wanda Jankowska-Bebeszko. Zaznaczyła, że w pierwszym procesie nie wyjaśniono do końca wszystkich wątpliwości, a do niektórych dowodów w ogóle się nie odniesiono.
Teraz, po dwóch latach od zatrzymania policjantów proces rozpocznie się od nowa.
Ich historię opisaliśmy w środowej "Gazecie" ( Czy sąd znów uwierzy świadkowi, który kłamał?). Obaj funkcjonariusze pracowali w sekcji wypadkowej stołecznej drogówki. Dwa lata temu, w sobotni poranek dostali wezwanie do kolizji w al. Niepodległości. Kierowca vectry zajechał drogę innemu i doszło do zderzenia. Przyznał się do winy i zgodził przyjąć mandat. Ale pojawił się jeszcze jeden problem. Opel był sprowadzony z zagranicy, ale nie został jeszcze przerejestrowany. Według policjantów, kierowca nie miał prawa poruszać się nim po ulicach. Funkcjonariusze oprócz wystawienia mandatu i wlepienia punktów, tak twierdzą, zakazali mu też dalszej jazdy. A potem zajęli się inną interwencją.
Gdy po dziewięciu godzinach zjechali na bazę przy ul. Karolkowej, czekali tam na nich policjanci z Biura Spraw Wewnętrznych (policja w policji). Zostali oskarżeni o przyjęcie 500 zł od sprawcy kolizji Mateusza P.
W kwietniu ub.r. sąd pierwszej instancji uznał, że są winni. Obaj odwołali się od tego wyroku, wczoraj sąd okręgowy rozpatrywał ich apelację.
Czy to osoba godna zaufania?
- Pan P. nie miał z wręczenia łapówki żadnej korzyści, bo nie miał za co jej wręczyć - dowodził adw. Damian Grzesiak, obrońca Dariusza R. I argumentował, że policjanci przeprowadzili interwencję zgodnie z policyjną sztuką, na dodatek wszystko opisali w swoich notatnikach.
Mateusz P. w swoich zeznaniach twierdził, że policjanci grozili, że odholują jego auto na parking. Łapówka miała ich przekonać, żeby tego nie robili. Żaden ze świadków (m.in. pasażer vectry oraz poszkodowani w kolizji) jednak tego nie potwierdził.
Prokuraturze nie udało się też w żaden sposób potwierdzić, że, jak zeznał P., policjanci pilotowali go aż na budowę przy ul. Fieldorfa, gdzie pracował.
Zeznania Mateusza P. są jedynym bezpośrednim dowodem prokuratury, więc obrona skupia się na obniżeniu jego wiarygodności. Nie jest to trudne, bo P. został kilkakrotnie przyłapany na kłamstwie. Okazało się m.in., że składał fałszywe zeznania (zarówno w śledztwie, jak i podczas procesu), mówiąc, że kupił auto za granicą, gdy w rzeczywistości kupił je w Szczecinie.
- Na jednym biegunie mamy wielokrotnie nagradzanego policjanta, który pełnił wzorową służbę. Drugi biegun to pan P. To osoba, która nie dość, że składała fałszywe zeznania, to jeszcze namawiała do tego swojego ojca. Co więcej, pan P. sfałszował też umowę kupna-sprzedaży samochodu, a następnie posłużył się nią w urzędzie celnym i urzędzie komunikacji - podkreślał mec. Artur Jurczak, obrońca Mirosława K.
Sąd myli swobodę z dowolnością
Obrońcy zarzucili też sądowi pierwszej instancji, że zbagatelizował część zebranych w sprawie dowodów. Np. nie wziął w ogóle pod uwagę billingów, z których wynika, że Mateusz P. przez cały czas (także podczas składania zeznań w BSW) kontaktował się ze swoim kolegą Markiem W. To istotne, bo to właśnie W. namówił go, by zgłosił całą sprawę wewnętrznej policji. Co więcej, P. twierdzi, że na Fieldorfa pojechał zaraz po kolizji, czyli rano. - Pan P. był na Fieldorfa, ale dopiero o godz. 21.10 - podkreślał wczoraj mec. Jurczak. O tej porze w pobliskiej stacji bazowej zalogowała się jego komórka.
Adw. Michał Sankowski, drugi z obrońców Dariusza R., podsumował: - Sąd myli swobodną ocenę dowodów z dowolną oceną dowodów.
Prokurator Jolanta Pydyniak wniosła o utrzymanie wyroku. Ale sąd okręgowy się nie zgodził.
- Po rozważeniu argumentów obrony sąd doszedł do przekonania, że część tych zarzutów zasługuje na uwzględnienie - powiedziała w uzasadnieniu wyroku sędzia Wanda Jankowska-Bebeszko. Zaznaczyła, że w pierwszym procesie nie wyjaśniono do końca wszystkich wątpliwości, a do niektórych dowodów w ogóle się nie odniesiono.
Teraz, po dwóch latach od zatrzymania policjantów proces rozpocznie się od nowa.
Przeczytaj także: Antykwariusz nie przekroczył granic obrony koniecznej
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Śnieżyca paraliżuje miasto. Dzień w Warszawie [NA ŻYWO]
- Nowa polska tania linia. Już od kwietnia z Okęcia!
- Zamrożone budowy. Obwodnica czeka na odwilż
- Przegonili Muchę z Narodowego. Już nie można biegać
- Pilot zmarł za sterami samolotu z Warszawy do Pragi
- Śnieg będzie sypać do wieczora. W weekend... deszcz
- Nowy zabytek w Warszawie. Wybitne dzieło socrealizmu
- "Tu kupisz papierosy, które szkodzą zdrowiu"
- Śnieżyca paraliżuje miasto. Dzień w Warszawie [NA ŻYWO]
- Koszary, fabryka, willa i piramida. Wyburzone w 2011
- Zrównał z ziemią cenną willę. Teraz ma ją odbudować
- Ryanair o lotnisku Chopina: "Shocking!" Wszystko źle
- Nowa polska tania linia. Już od kwietnia z Okęcia!
- Drewniane perły architektury - zobacz je, zanim spłoną



