Kończą się najdłuższe urodziny - trwają już tydzień

Rozmawiał Grzegorz Szymanik
01.03.2010 aktualizacja: 2010-02-28 18:33
A A A Drukuj
Fot. Jan Zamoyski / Agencja Gazeta
Na "Najdłuższych Urodzinach", tygodniowym maratonie muzyki Chopina w Domu Polonii, może zagrać każdy, kto zna choć jeden utwór kompozytora. Janusz Niżyński, inżynier z Warszawy, grał o 4 nad ranem preludium e-moll.
Grzegorz Szymanik: Kto pana nauczył grać?

Janusz Niżyński: Nie kończyłem szkoły muzycznej. Nie jestem pewien, kiedy zacząłem grać, mogłem mieć jakieś trzy lata. Uczyłem się pięć lat - od ojca, od sąsiadów. Później byłem już samoukiem.

Wychowywałem się w domu w którym muzyka była kultywowana. Mój tatuś, też inżynier, bardzo pięknie grał Beethovena i Chopina. Nasz dziadek, przed wojną, dyrektor największego banku w Polsce, ukończył konserwatorium muzyczne. Grał na spotkaniach bankowych, w domu. Też Fryderyka.

Ale dopiero moje dzieci zdecydowały poświęcić muzyce życie. Syn Michał doktoryzuje się z dyrygentury w Wilnie. W 2007 r. wygrał najważniejszy konkurs muzyki sakralnej Musica Sacra w Cambridge.

A o tym maratonie przeczytałem w prasie. Pomyślałem: A czemu nie? Odważę się!

Myślę, że jednym z powodów, dla których zdecydowałem się zagrać, był sprawdzian: co człowiek wtedy czuje? Zawsze obserwowałem syna przed ważnymi koncertami, teraz dużo lepiej będę go rozumiał.

Pierwszy raz występował pan o 4 rano?

- Ja w ogóle nigdy nie grałem publicznie, chyba że za występ publiczny uznać imieniny cioci. Po raz pierwszy siedziałem przed profesjonalnym fortepianem. W domu mam pianino. Lekko przestraszony pytałem się profesjonalistów: słuchajcie, jak się na tym gra? Ale jak usiadłem, to już mi było wszystko jedno. I wyszło wspaniale. Zagrałem, jak chciałem.

Sam pan zaproponował taką godzinę?

- Ja to zrobiłem z premedytacją! Pomyślałem: a może nikt nie przyjdzie? Bo gdyby to była godzina popołudniowa, wieczorna, gdzie tak jak teraz w Domu Polonii czekałyby tłumy ludzi, to chyba całkiem bym się spalił ze strachu.

Gdy wkroczyłem tu o trzeciej rano, usłyszałem, jak gra mój poprzednik. Pięknie! Jak to się mówi: wymiatał wszystko spod pięciolinii. Mina mi zrzedła.

Poprosiłem o jakąś salę, gdzie można się rozegrać. Zaprowadzono mnie do małego pokoiku. Stał tam straszliwie rozklekotany fortepian. Ale pomyślałem: to niemożliwe, żeby na sali głównej był taki sam! Więc już w ogóle nie ćwiczyłem. A jak już usiadłem, jak zacząłem grać !

Ile osób pana słuchało?

- Kilkanaście. Jak na czwartą rano, nieźle. A przecież była jeszcze transmisja na żywo w internecie. Pani mnie zapowiedziała, że jestem inżynierem. Od razu zauważyłem w oczach publiczności zaciekawienie. Syn oglądał mnie przez internet. Ale jeszcze nie otrzymałem fachowej recenzji od niego. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle?

Dlaczego wybrał pan preludium e-moll?

- Miałem przygotowany repertuar na 15 minut, ale stwierdziłem, że ograniczę się do tego jednego utworu. Preludium e-moll to był chyba pierwszy utwór Chopina, który usłyszałem i który zacząłem grać. Towarzyszy mi przez całe życie. Jest moim amuletem.

Maraton zakończy w poniedziałek wieczorem występ Zespołu Marii Pomianowskiej, który wykona utwory Chopina na bębnach, cymbałach i lirze korbowej. Transmisja na żywo na stronie www.najdluzszeurodziny.pl.

Przeczytaj także: Rok Chopinowski w Warszawie



Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy