Radny z prezydentem jak komandos z bankowcem

Jan Fusiecki
04.03.2010 aktualizacja: 2010-03-03 22:01
A A A Drukuj
Od lewej: Jarosław Kochaniak, wiceprezydent Warszawy i Andrzej Golimont, radny SLD fot. Wojciech Surdziel/Agencja Gazeta
Kolejna odsłona walki komandosa warszawskiej SLD Andrzeja Golimonta z wiceprezydentem Warszawy Jarosławem Kochaniakiem. - Ten urzędnik spóźnił się na samolot, a podatnicy muszą za to zapłacić - mówi polityk lewicy.
SERWISY
Wystosował w tej sprawie oficjalne zapytanie. - Jeden z wysokich urzędników przez swoją niefrasobliwość pozostał na lotnisku w Kopenhadze, bo spóźnił się na samolot. Zakupiony przez urząd miasta bilet wykluczał możliwość jego przebukowania - wywodził Golimont. I pytał, jaką opłatę poniósł ten urzędnik z tytułu zakupienia nowego biletu i czy została uiszczona z jego wynagrodzenia. Chce też wiedzieć, czy za ewentualny nocleg Kochaniaka zapłaciło miasto.

Odpowiedziała osobiście prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz, ale wymijająco. Napisała, że radny pyta o jednego z urzędników, a to wyklucza jasną odpowiedź.

Golimont się nie poddał. Ponownie oficjalnie zapytał wprost: czy w czasie podróży Jarosława Kochaniaka dokonywano przebukowania lub zakupu nowego biletu i na czyj koszt. Golimont podejrzewa dodatkowo, że podczas pobytu Kochaniaka w stolicy Danii doszło do kolejnej wpadki: wiceprezydent, wychodząc z hotelu, zapomniał identyfikatora i na obrady szczytu go nie wpuszczono.

- Przygotowujemy odpowiedź - mówi Marcin Ochmański z biura prasowego ratusza. I podaje oficjalną wersję wydarzeń. Wiceprezydent, owszem, spóźnił się na samolot powrotny. Zawinił taksówkarz, z którym jechał na lotnisko, bo nie zmienił opon na zimowe, a padał śnieg i utknął na autostradzie. Zarezerwowany przez miasto bilet przepadł. Trzeba było kupić nowy za 4777 koron duńskich (ok. 2,5 tys. zł).

- Zapłaciło miasto. To był przypadek losowy, a prezydent Kochaniak w Kopehnadze był służbowo - mówi Ochmański.

To nie pierwsze starcie Golimonta z Kochaniakiem. Obaj reprezentują rządzącą Warszawą koalicję, ale trudno o bardziej zaciekłych wrogów. Doskonale wykształcony Kochaniak (tytuł MBA, staż w zachodnich bankach) swoim apodyktycznym stylem bycia drażni Golimonta, byłego dziennikarza tygodnika "Nie" i wieloletniego samorządowca, który jeździł niegdyś prywatną granatową lancią, ale z kogutem na dachu, choć nie miał do tego żadnych uprawnień.

Gdy przy podczas awantury o prywatyzację SPEC Golimont zarzucił Kochaniakowi niechlujstwo i sugerował, że działa na korzyść szwedzkiego inwestora, który może kupić tę spółkę, ten postanowił szukać sprawiedliwości w sądzie. Czuje się zniesławiony, więc żąda od Golimonta przeprosin i zapłaty 25 tys. zł na cele społeczne.

- Radny Golimont ma najwyraźniej jakiś kompleks na punkcie mojej osoby. Już nie mam siły, jego ataki wykroczyły poza wszelkie normy. Może mu pomóc tylko terapeuta - uważa Jarosław Kochaniak.

Przeczytaj także: Czym był "byt, który przejadał pieniądze"?



Zostań fanem serwisu warszawa.gazeta.pl na Facebooku i Blipie, zasubskrybuj nasz newsletter i kanał RSS, wstaw nasz gadżet, czytaj nas na komórce

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy