Końska historia w Teatrze Syrena - Warszawa Nieodbudowana
05.03.2010
aktualizacja: 2010-03-04 21:10
Tam, gdzie dziś jest scena Teatru Syrena, kiedyś znajdowała się kryta ujeżdżalnia. W świetle kryształowych pająków wytworne damy jeździły tu konno. Kolejny odcinek cyklu "Warszawa Nieodbudowana" ul. Litewska 3
ZOBACZ TAKŻE
- Warszawa nieodbudowana: Kamienica za figurką świętej (12-02-10, 15:00)
- Ależ ta baba się nie rozwija - Warszawa Nieodbudowana (05-02-10, 15:00)
- Sanktuarium w Rokitnie kiedyś oblegane, dziś zapomniane (02-07-10, 16:00)
- Narbutta 29, czyli krótka historia pierwszego radia (25-06-10, 16:00)
- Dyskretny urok burżuazji przy Królewskiej (11-06-10, 15:00)
- Warszawa Nieodbudowana: ten kościół zna każdy w Polsce (04-06-10, 16:00)
- Zobacz zabytkowe podwarszawskie stacje kolejowe (09-04-10, 13:00)
- Portret z języczkiem na Koszykowej (02-04-10, 15:00)
- Kuźnia wielkich ludzi przy ulicy Traugutta (19-03-10, 15:00)
- Przyjaciel Chopina z domu przy Chłodnej (12-03-10, 15:00)
- Na Targówku o Katyniu: 70 lat po wyroku śmierci (06-03-10, 17:00)
- Serce Chopina trzymała w słoju na Podwalu (26-02-10, 15:00)
- Coś dla marynarzy i przedwojennych gospodyń (19-02-10, 15:00)
- "Wraz z Supersamem skończyła się gęsina" (19-02-10, 15:00)
SERWISY
„Być może pająki były reminiscencją maneżu »Spanische Reitschule « w wiedeńskim Burgu” - przypuszczała Jadwiga Waydel Dmochowska, uczestniczka przejażdżek w tatersalu - jak nazywano wówczas ujeżdżalnie.
Z dala od aut
Początkowo maneż Mariana Konopnickiego i Władysława Cybulskiego działał w centrum miasta przy Trębackiej 11. Sąsiadował z fabryką i "handlem" powozów. "Najlepiej zaopatrzonym w Warszawie, istnym muzeum ekwipaży wszelkiego typu oraz najelegantszą remizą" - oceniała pani Waydel Dmochowska.
Sto lat temu Cybulski z Konopnickim postanowili przenieść tatersal wraz z wytwórnią powozów i sklepem w nowe miejsce. Aby podnieść rentowność przedsięwzięcia, zdecydowali o umieszczeniu tych trzech "końskich" instytucji w przyziemiu nowoczesnej kamienicy czynszowej pełnej eleganckich mieszkań. Kupili działkę na szybko zabudowującym się wówczas, południowym skraju miasta, przy ulicy Litewskiej, tuż obok rozległych kompleksów rosyjskich koszar.
"Miejsce wybrane było doskonale, w pobliżu Al. Ujazdowskich i Łazienek oraz drogi prowadzącej do Wilanowa, co pozwalało unikać przejazdu przez miasto, nużącego i trochę niebezpiecznego, z uwagi na zwiększający się ruch samochodów, których ówczesne konie się bały" - pisała Jadwiga Waydel Dmochowska.
Zapewne przedsiębiorcy liczyli też na klientelę z nowych, luksusowych domów południowej części miasta, a także rosyjskich oficerów. Ci ostatni mieli gdzie ćwiczyć jazdę konną, ale tu zawsze mogli spotkać znane z elegancji warszawianki.
Pierwsze projekty kamienicy powstały zapewne jeszcze na przełomie 1910 i 1911 r. Pozwolenie na budowę pięciopiętrowego domu z tatersalem przedsiębiorcy dostali w lipcu 1911 r., prace zakończono zaś kilkanaście miesięcy później. Uroczyste otwarcie ujeżdżalni miało miejsce 15 października 1912 r. Na łamach prasy reklamowano wtedy lekcję jazdy konnej dla pań i panów oraz karuzele, czyli jazdę parami przy dźwiękach muzyki.
Pod końską głową
Kamienica wyróżnia się nowoczesną jak na tamte czasy, wczesnomodernistyczną architekturą i ogniotrwałą konstrukcją. Jej fasada ma asymetryczną kompozycję. Wieńczy ją efektowny, półkolisty szczyt i ożywiają wysokie na kilka pięter wykusze. Szczyt zdobią subtelne dekoracje sztukatorskie. Całość inspirowana jest sztuką baroku i modnego w tamtych czasach klasycyzmu czasów Ludwika XVI.
Umieszczony nad bramą kamienicy łeb koński zdradzał przeznaczenie parteru. Jednak zdaniem Jadwigi Waydel Dmochowskiej projekt tatersalu był nieprzemyślany. "Stajnie mieściły się w suterenach, maneż był za mały i nieprawidłowych rozmiarów. Powinien mieścić co najmniej dwa kwadraty pozwalające na zataczanie tak zwanych ósemek koniecznych przy jeździe figurowej" - wytykała.
Pamiętnikarze milczą zaś na temat wentylacji budynku. Zapachy stajni zapewne przedostawały się z suteren na wyższe piętra. Jednak w dawnej Warszawie koegzystencja stajni z kamienicami mieszkalnymi była czymś tak powszechnym, że na podobne niedogodności zapewne mało kto zwracał uwagę.
Jedynie Zofia Janiczkowa, której rodzice byli właścicielami kamienicy przy Litewskiej, pisała w pamiętniku: "Często bywałam na długim, wąskim podwórku - po obu jego stronach ciągnęły się okna podpiwniczenia przeznaczonego na stajnię. Z tych okien dolatywał zapach siana i pobrzękiwały łańcuchy koni stojących przy emaliowanych żłobach". Wnętrze ujeżdżalni oświetlały wielkie okna i lustra na ścianach. Posadzka wysypana była piaskiem.
Amazonki w czerni
Jak wspominała Jadwiga Waydel Dmochowska w 1912 r., panie chętnie jeździły po męsku. Ubrane bywały w spodnie czy może raczej dwie spódnice tworzące całość po zejściu z siodła. W latach międzywojennych "chęć wyzwolenia się spod męskiej pomocy" sprawiła, że jeździły już niemal wyłącznie w bryczesach, zarzucając damskie siodła.
Z kolei Zofia Janiczakowa przypomina sobie damy w długich, czarnych amazonkach i panów w dżokejkach, obowiązkowo białych krawatach i błyszczących butach. „Pomiędzy tym towarzystwem breiter, czyli nauczyciel jazdy konnej czuwał nad całością zabawy i rzucał słowa komendy: »Wolta w lewo! Wolta w prawo! «".
Pary na parskających wierzchowcach o wypielęgnowanej, połyskującej sierści rozchodziły się, by znów w końcu sali się złączyć". Niektórzy pod okiem masztalerzy wyjeżdżali z budynku i aleją Szucha docierali w Al. Ujazdowskie, gdzie od placu Na Rozdrożu po Bagatelę długo jeszcze była specjalna aleja do jazdy konnej.
W karnawale organizowano karuzele kostiumowe. Panowie w strojach muszkieterów lub średniowiecznych zbrojach, panie w strojach z czasów dyrektoriatu czy biedermeieru związanymi pod brodą budkami. Nie brakowało tu amazonek z najzamożniejszych domów mieszczańskich Warszawy. Jadwiga Waydel Dmochowska zapamiętała sylwetki Józefy Temlerowej z rodziny fabrykantów garbarskich, Janiny Kleinadlówny, "niezwykle estetyczną sylwetkę pełnej dyskretnej elegancji Zofii Wedlówny". Wspomina też nazwiska Zdzisława Sznuka, Franciszka Szczerbińskiego, Aleksandra Grodzieńskiego. Pani Janiczkowa do tej listy dodaje: "fabrykanta mydła Schicht, hrabinę Mielżyńską, z artystów Marię Majdrowiczównę, pisarza Stefana Kiedrzyckiego".
Według Jerzego Kasprzyckiego w latach 30. XX w. chętnie wpadali tu na przejażdżkę oficerowie z pobliskiego Głównego Inspektoratu Sił Zbrojnych i Ministerstwa Spraw Wojskowych.
Buick wypiera karetę
Obok ujeżdżalni ulokowała się wytwórnia powozów i karet. Pracowali tu stolarze, tapicerzy, lakiernicy, siodlarze. Był też kowal. Firma nieźle prosperowała do pierwszej wojny światowej. Podupadła w końcu lat 20. Kupił ją wówczas przedsiębiorca spod Radzymina Konrad Antoszewski. Zmienił nazwę ujeżdżalni na "Nowy Tattersal". Fabryki powozów nie udało mu się jednak uratować.
"Z produkcji i wynajmu wspaniałych - wybitych białym suknem karet i ciemnych, dystyngowanych powozów - mało kto korzystał. Do ślubu (w latach 30. XX w.) jechało się wynajętym Buickiem czy Chevroletą". W latach 30. zaprzestano produkcji karet i powozów i firma utrzymywała się już tylko z wynajmowania sali do jazdy konnej, nauki jazdy i sprzedaży koni. Jerzy Kasprzycki powtarza przy tym plotkę, że dzierżawcą był emerytowany komisarz policji Marcin Szopa.
Zofia Janiczkowa jazdę konną w maneżu obserwowała z tarasu, na który przez przeszklone drzwi wpuszczał ją "miły pan prowadzący tu kantor". Mieszkał kilka domów dalej przy Litewskiej w domu jej rodziców. Litewska była terenem jej dziecięcych zabaw. Dom pod numerem 3. jawił się zaś jako miejsce magiczne. Jednak przy tej samej ulicy nie brakowało też domów, które ją przerażały. Najbardziej - pięciopiętrowa kamienica pod nr. 7. Cieszyła się złą sławą miejsca, w którym lokatorzy popełniali samobójstwa, wyskakując przez okno.
Jak było naprawdę, trudno powiedzieć, w każdym razie pani Zofia wysyłana przez rodziców do bieliźniarki na ostatnim piętrze tego domu wspinała się po schodach sparaliżowana strachem. "Zdarzało się, że musiałam zanieść tam popelinę czy zefir na koszule dla ojca lub odebrać już gotową bieliznę. Do dziś pamiętam, z jakim lękiem wchodziłam w ciemny korytarz, gdzie były te mieszkania. Jak z bijącym sercem dopadałam klamki nad jednym widnym punktem, jakim była dziurka od klucza" - pisała w pamiętniku, którego fragmenty drukowane były na łamach "Stolicy" w 1971 r.
Nazwiska bieliźniarki nie udało się ustalić. Zdaniem Zofii Janiczkowej szyła bardzo dobre koszule męskie. Pracowała tak długo, aż zupełnie straciła wzrok.
Z domu pod siódemką po zniszczeniach drugiej wojny światowej nic nie pozostało. Spalili go Niemcy zapewne już po upadku Powstania Warszawskiego. Na Litewskiej nie było walk, bo w czasie okupacji Niemcy zajmowali tę ulicę. Kamienica pod trójką przetrwała bez większych zmian. Tatersal przez długi czas był nieużywany. Dopiero w roku 1948 został kompletnie przebudowany. 12 grudnia 1948 r. otwarto tu Teatr Syrena założony trzy lata wcześniej w Łodzi przez satyryka Jerzego Jurandota. To właśnie on wypatrzył opustoszałą salę i doprowadził do jej przebudowy. W stajniach znalazły się garderoby dla aktorów, a w ujeżdżalni scena i widownia. Jedyną pamiątką po dawnych czasach pozostał koński łeb na fasadzie domu.

Z dala od aut
Początkowo maneż Mariana Konopnickiego i Władysława Cybulskiego działał w centrum miasta przy Trębackiej 11. Sąsiadował z fabryką i "handlem" powozów. "Najlepiej zaopatrzonym w Warszawie, istnym muzeum ekwipaży wszelkiego typu oraz najelegantszą remizą" - oceniała pani Waydel Dmochowska.
Sto lat temu Cybulski z Konopnickim postanowili przenieść tatersal wraz z wytwórnią powozów i sklepem w nowe miejsce. Aby podnieść rentowność przedsięwzięcia, zdecydowali o umieszczeniu tych trzech "końskich" instytucji w przyziemiu nowoczesnej kamienicy czynszowej pełnej eleganckich mieszkań. Kupili działkę na szybko zabudowującym się wówczas, południowym skraju miasta, przy ulicy Litewskiej, tuż obok rozległych kompleksów rosyjskich koszar.
"Miejsce wybrane było doskonale, w pobliżu Al. Ujazdowskich i Łazienek oraz drogi prowadzącej do Wilanowa, co pozwalało unikać przejazdu przez miasto, nużącego i trochę niebezpiecznego, z uwagi na zwiększający się ruch samochodów, których ówczesne konie się bały" - pisała Jadwiga Waydel Dmochowska.
Zapewne przedsiębiorcy liczyli też na klientelę z nowych, luksusowych domów południowej części miasta, a także rosyjskich oficerów. Ci ostatni mieli gdzie ćwiczyć jazdę konną, ale tu zawsze mogli spotkać znane z elegancji warszawianki.
Pierwsze projekty kamienicy powstały zapewne jeszcze na przełomie 1910 i 1911 r. Pozwolenie na budowę pięciopiętrowego domu z tatersalem przedsiębiorcy dostali w lipcu 1911 r., prace zakończono zaś kilkanaście miesięcy później. Uroczyste otwarcie ujeżdżalni miało miejsce 15 października 1912 r. Na łamach prasy reklamowano wtedy lekcję jazdy konnej dla pań i panów oraz karuzele, czyli jazdę parami przy dźwiękach muzyki.
Pod końską głową
Kamienica wyróżnia się nowoczesną jak na tamte czasy, wczesnomodernistyczną architekturą i ogniotrwałą konstrukcją. Jej fasada ma asymetryczną kompozycję. Wieńczy ją efektowny, półkolisty szczyt i ożywiają wysokie na kilka pięter wykusze. Szczyt zdobią subtelne dekoracje sztukatorskie. Całość inspirowana jest sztuką baroku i modnego w tamtych czasach klasycyzmu czasów Ludwika XVI.
Umieszczony nad bramą kamienicy łeb koński zdradzał przeznaczenie parteru. Jednak zdaniem Jadwigi Waydel Dmochowskiej projekt tatersalu był nieprzemyślany. "Stajnie mieściły się w suterenach, maneż był za mały i nieprawidłowych rozmiarów. Powinien mieścić co najmniej dwa kwadraty pozwalające na zataczanie tak zwanych ósemek koniecznych przy jeździe figurowej" - wytykała.
Pamiętnikarze milczą zaś na temat wentylacji budynku. Zapachy stajni zapewne przedostawały się z suteren na wyższe piętra. Jednak w dawnej Warszawie koegzystencja stajni z kamienicami mieszkalnymi była czymś tak powszechnym, że na podobne niedogodności zapewne mało kto zwracał uwagę.
Jedynie Zofia Janiczkowa, której rodzice byli właścicielami kamienicy przy Litewskiej, pisała w pamiętniku: "Często bywałam na długim, wąskim podwórku - po obu jego stronach ciągnęły się okna podpiwniczenia przeznaczonego na stajnię. Z tych okien dolatywał zapach siana i pobrzękiwały łańcuchy koni stojących przy emaliowanych żłobach". Wnętrze ujeżdżalni oświetlały wielkie okna i lustra na ścianach. Posadzka wysypana była piaskiem.
Amazonki w czerni
Jak wspominała Jadwiga Waydel Dmochowska w 1912 r., panie chętnie jeździły po męsku. Ubrane bywały w spodnie czy może raczej dwie spódnice tworzące całość po zejściu z siodła. W latach międzywojennych "chęć wyzwolenia się spod męskiej pomocy" sprawiła, że jeździły już niemal wyłącznie w bryczesach, zarzucając damskie siodła.
Z kolei Zofia Janiczakowa przypomina sobie damy w długich, czarnych amazonkach i panów w dżokejkach, obowiązkowo białych krawatach i błyszczących butach. „Pomiędzy tym towarzystwem breiter, czyli nauczyciel jazdy konnej czuwał nad całością zabawy i rzucał słowa komendy: »Wolta w lewo! Wolta w prawo! «".
Pary na parskających wierzchowcach o wypielęgnowanej, połyskującej sierści rozchodziły się, by znów w końcu sali się złączyć". Niektórzy pod okiem masztalerzy wyjeżdżali z budynku i aleją Szucha docierali w Al. Ujazdowskie, gdzie od placu Na Rozdrożu po Bagatelę długo jeszcze była specjalna aleja do jazdy konnej.
W karnawale organizowano karuzele kostiumowe. Panowie w strojach muszkieterów lub średniowiecznych zbrojach, panie w strojach z czasów dyrektoriatu czy biedermeieru związanymi pod brodą budkami. Nie brakowało tu amazonek z najzamożniejszych domów mieszczańskich Warszawy. Jadwiga Waydel Dmochowska zapamiętała sylwetki Józefy Temlerowej z rodziny fabrykantów garbarskich, Janiny Kleinadlówny, "niezwykle estetyczną sylwetkę pełnej dyskretnej elegancji Zofii Wedlówny". Wspomina też nazwiska Zdzisława Sznuka, Franciszka Szczerbińskiego, Aleksandra Grodzieńskiego. Pani Janiczkowa do tej listy dodaje: "fabrykanta mydła Schicht, hrabinę Mielżyńską, z artystów Marię Majdrowiczównę, pisarza Stefana Kiedrzyckiego".
Według Jerzego Kasprzyckiego w latach 30. XX w. chętnie wpadali tu na przejażdżkę oficerowie z pobliskiego Głównego Inspektoratu Sił Zbrojnych i Ministerstwa Spraw Wojskowych.
Buick wypiera karetę
Obok ujeżdżalni ulokowała się wytwórnia powozów i karet. Pracowali tu stolarze, tapicerzy, lakiernicy, siodlarze. Był też kowal. Firma nieźle prosperowała do pierwszej wojny światowej. Podupadła w końcu lat 20. Kupił ją wówczas przedsiębiorca spod Radzymina Konrad Antoszewski. Zmienił nazwę ujeżdżalni na "Nowy Tattersal". Fabryki powozów nie udało mu się jednak uratować.
"Z produkcji i wynajmu wspaniałych - wybitych białym suknem karet i ciemnych, dystyngowanych powozów - mało kto korzystał. Do ślubu (w latach 30. XX w.) jechało się wynajętym Buickiem czy Chevroletą". W latach 30. zaprzestano produkcji karet i powozów i firma utrzymywała się już tylko z wynajmowania sali do jazdy konnej, nauki jazdy i sprzedaży koni. Jerzy Kasprzycki powtarza przy tym plotkę, że dzierżawcą był emerytowany komisarz policji Marcin Szopa.
Zofia Janiczkowa jazdę konną w maneżu obserwowała z tarasu, na który przez przeszklone drzwi wpuszczał ją "miły pan prowadzący tu kantor". Mieszkał kilka domów dalej przy Litewskiej w domu jej rodziców. Litewska była terenem jej dziecięcych zabaw. Dom pod numerem 3. jawił się zaś jako miejsce magiczne. Jednak przy tej samej ulicy nie brakowało też domów, które ją przerażały. Najbardziej - pięciopiętrowa kamienica pod nr. 7. Cieszyła się złą sławą miejsca, w którym lokatorzy popełniali samobójstwa, wyskakując przez okno.
Jak było naprawdę, trudno powiedzieć, w każdym razie pani Zofia wysyłana przez rodziców do bieliźniarki na ostatnim piętrze tego domu wspinała się po schodach sparaliżowana strachem. "Zdarzało się, że musiałam zanieść tam popelinę czy zefir na koszule dla ojca lub odebrać już gotową bieliznę. Do dziś pamiętam, z jakim lękiem wchodziłam w ciemny korytarz, gdzie były te mieszkania. Jak z bijącym sercem dopadałam klamki nad jednym widnym punktem, jakim była dziurka od klucza" - pisała w pamiętniku, którego fragmenty drukowane były na łamach "Stolicy" w 1971 r.
Nazwiska bieliźniarki nie udało się ustalić. Zdaniem Zofii Janiczkowej szyła bardzo dobre koszule męskie. Pracowała tak długo, aż zupełnie straciła wzrok.
Z domu pod siódemką po zniszczeniach drugiej wojny światowej nic nie pozostało. Spalili go Niemcy zapewne już po upadku Powstania Warszawskiego. Na Litewskiej nie było walk, bo w czasie okupacji Niemcy zajmowali tę ulicę. Kamienica pod trójką przetrwała bez większych zmian. Tatersal przez długi czas był nieużywany. Dopiero w roku 1948 został kompletnie przebudowany. 12 grudnia 1948 r. otwarto tu Teatr Syrena założony trzy lata wcześniej w Łodzi przez satyryka Jerzego Jurandota. To właśnie on wypatrzył opustoszałą salę i doprowadził do jej przebudowy. W stajniach znalazły się garderoby dla aktorów, a w ujeżdżalni scena i widownia. Jedyną pamiątką po dawnych czasach pozostał koński łeb na fasadzie domu.
Spacery po nieodbudowanej Warszawie z Jerzym S. Majewskim

Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Motocyklista w ciężkim stanie po wypadku na Racławickiej
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Masa Krytyczna: "My nie blokujemy ruchu"
- Warsaw Music Week. Wieczór z hip hopem od Prosto
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]




