Małgorzata Kidawa-Błońska znowu szefem warszawskiej PO

Jan Fusiecki
22.03.2010 aktualizacja: 2010-03-21 19:23
A A A Drukuj
Małgorzata Kidawa-Błońska Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
- Warszawska Platforma to spółdzielnia rozdająca posady swoim ludziom, a nie partia rozwiązująca problemy mieszkańców - alarmował podczas sobotniego zjazdu Andrzej Rogoyski, szeregowy działacz z Żoliborza. Nie przekonał większości, ale udowodnił, że stołecznej organizacji brakuje jednomyślności i sprawności
Wydawało się wszystko jest zapięte na ostatni guzik: delegaci warszawskiej organizacji partii Tuska w sile iście poselskiej (ok. 460 osób) ściągnęli na zjazd, aby zaakceptować władze na następną, czteroletnią kadencję. Kandydatką ustaloną w kuluarach była posłanka PO Małgorzata Kidawa-Błońska. Wybrana także cztery temu jako polityk kompromisu łączący zwaśnione środowiska - Pawła Piskorskiego i Hanny Gronkiewicz-Waltz, której krajowe władze PO dały wtedy misję reformy partii w Warszawie.

Platforma pośrednictwa pracy

Dziś piskorczycy stanowią małą grupkę niedobitków. Na zjeździe dominowali ludzie władzy - wysocy urzędnicy, radni, posłowie. Obrady zgodziła się poprowadzić Hanna Gronkiewicz-Waltz, którą zjazd jednomyślnie zobowiązał do starania się o reelekcję podczas jesiennych wyborów samorządowych.

Wydawało się, że wybór Małgorzaty Kidawy-Błońskiej będzie formalnością. - Nie ma wśród nas podziałów. Dzięki ciężkiej pracy wygraliśmy wybory i jesteśmy sprawną organizacją, czego dowodzi otwarcie nowego biura partii w Al. Jerozolimskich - mówiła szefowa warszawskiej PO. I krótko postawiła cel: zwycięstwo w tegorocznych wyborach prezydenckich, samorządowych i przyszłorocznych do parlamentu.

Jednak niespodziewanie okazało się, że posłanka ma konkurenta. Adwokat i były radny AWS Andrzej Rogoyski sam zgłosił swoją kandydaturę. Sala początkowo zareagowała na nią śmiechem, ale okazało się, że sprawa jest poważna. - Stołeczna organizacja PO powinna pełnić rolę intelektualnego centrum - wywodził Rogoyski. - Tymczasem stała się miejscem załatwiania pracy w zależnych od jej władz niezliczonych spółkach i urzędach, a nie ma na wymianę myśli, dyskusje, inicjatywy. Rządzone przez nas miasto jest brudne, pozbawione planów zagospodarowania przestrzennego.

Jeszcze ostrzej powiedział Andrzej Ozimek z Bemowa. - Listy członków naszego koła i ich dane adresowe to ściśle strzeżona tajemnica - mówił. - Zapewne chodzi o to, abyśmy nawzajem się nie kontaktowali, nie tworzyli struktur poziomych. W schyłkowym okresie PZPR panowała większa demokracja wewnątrz partii.

Żart czy pomyłka

Kidawa-Błońska uznała te wypowiedzi za krzywdzące. Wojewoda Jacek Kozłowski przypomniał o sukcesach. - To w Warszawie Platforma zaczęła marsz po władzę, wygrywając wybory samorządowe w 2006 r - mówił.

Jednak wystąpienie Rogoyskiego znacząca grupa zjazdowiczów przyjęła oklaskami, a kilkadziesiąt osób podeszło, aby uścisnąć mu dłoń. - Nie wierzę, że wygram z panią Kidawą-Błońską, wiem, że wielu osobom się naraziłem. Nie boję się, mam niezależne zajęcie - mówił w kuluarach żoliborski dysydent.

Pierwsze głosowanie skończyło się niespodziewanie. Paweł Lech, szef komisji podliczającej głosy, ogłosił, że w urnach jest ich o 20 więcej niż osób w sali. Pomyłka czy żart grupki delegatów? Tego nie udało się ustalić. Głosowanie trzeba było powtórzyć, co zirytowało działaczy spieszących się do domu. Następnym razem do głosowania wywoływano po nazwiskach, a komisja sprawdzała, czy delegaci nie wrzucają do urn dodatkowych kartek. Późnym popołudniem okazało się, że w tajnym głosowaniu Andrzeja Rogoyskiego poparło 60 delegatów. Posłankę Kidawę-Błońską przeszło sześciokrotnie więcej - dostała 382 głosy.

Przeczytaj także: Kaczyński wskaże kandydata na prezydenta Warszawy w maju



Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy