Robinson przygotuje do skoku w dorosłość

Magdalena Dubrowska
26.03.2010 aktualizacja: 2010-03-25 23:54
A A A Drukuj
Aureliusz Leżeński - prezes i założyciel fundacji
Robinson Crusoe, która od ośmiu lat pomaga w usamodzielnieniu się wychowankom domów dziecka i rodzin zastępczych fot. ADAM KOZAK / AG
Instytucja opieki zapewnia wszystko: jedzenie, spanie. Młody człowiek wychodzący z niej w ogóle nie jest przygotowany na skok w dorosłość - mówi Aureliusz Leżeński
Magdalena Dubrowska: Ile jest domów dziecka w Warszawie?

Aureliusz Leżeński: 13. Przebywa w nich 328 wychowanków. Prócz tego działa 10 rodzinnych domów dziecka (53 wychowanków) i blisko tysiąc pięćset rodzin zastępczych. Szokująca jest proporcja rodzin spokrewnionych (1321) do niespokrewnionych (163) ? zawodowych (9).

Co to oznacza?

- Rodziny spokrewnione to najbliżsi, często osoby starsze, dziadkowie. Mimo dobrej woli mają kłopot z usamodzielnieniem nastolatka. Zdarza się też, że środowisko rodziny zastępczej jest słabo zaradne życiowo i samo wymaga wsparcia. W rodzinach niespokrewnionych opiekunowie są przeszkoleni, dojrzali, traktują swoją rolę jako zawód. Stwarzają większe poczucie bezpieczeństwa. Zwykle to małżeństwa, czasami z własnymi dziećmi, które też mają pozytywny wpływ. Przyszłością są rodziny zawodowe, w których opiekunowie są fachowcami. To praca, za którą otrzymują wynagrodzenie. To źle, że w Warszawie jest niewiele takich rodzin.

Ale tendencja jest chyba właściwa, rząd przyjął założenia reformy likwidującej duże domy dziecka.

- Tak, domy dziecka obecnie nie mogą przyjmować więcej niż 40 wychowanków, a do 2020 r. ta liczba skurczy się do 14. Widać decentralizację na rzecz rodzin zastępczych. To dobra wiadomość. Domy dziecka są drogie - utrzymanie jednego wychowanka to 4 tys. zł miesięcznie. Te pieniądze można wydać inaczej. Np. zainwestować w opiekę socjalną, aby dziecka w ogóle nie trzeba było zabierać od rodziny. W Warszawie nie zmniejsza się liczba dzieci, które trafiają do placówek opieki zastępczej. Gdyby państwo zainwestowało w politykę wsparcia dla rodzin dysfunkcyjnych, zagrożonych tym problem, odsetek byłby mniejszy.

Z drugiej strony nie ma też wielu kandydatów na rodziców zastępczych, szczególnie w stolicy. To ciężki kawałek chleba, a urzędnicy opieki zastępczej są nieufni, często nadmiernie. Wymagają formalności, są restrykcyjni, robią kontrole. Niedopatrzenie formalności grozi poważnymi konsekwencjami i ludzie się zniechęcają.

Jak funkcjonuje niespokrewniona rodzina zastępcza?

- Po pierwsze, rodzice nie mają wpływu na to, ile dzieci do niej trafi i jakie. Decyduje urzędnik. Problem polega na tym, że opiekunowie są w pracy 24 godziny na dobę 12 miesięcy w roku. Nie ma dla nich wystarczającej pomocy, czyli psychologów i superwizorów. Nie ma bezpiecznych miejsc, gdzie mogą na jakiś czas zostawić dziecko i zająć się własnym rozwojem albo pojechać na urlop. Rodzice zastępczy odpowiadają prawnie za młodego człowieka do 18. roku życia, jeśli coś mu się stanie, nawet pod opieką sąsiada, odpowiedzialność spada na nich. Rozliczenia finansowe też są trudne.

Jak jest w innych krajach?

- W Europie Zachodniej przeważają rodziny zawodowe. Prawie nie ma domów dziecka, ale są różne instytucje dla młodzieży, która nie nadaje się do rodziny zastępczej, bo np. ma zaburzenia albo jest w konflikcie z prawem. Nie uważam, że domy dziecka powinny zniknąć zupełnie. Współpracujemy z Domem Dziecka w Dąbrówce koło Łodzi i po młodzieży widzimy, że to przykład dobrej placówki. Najlepszy kierunek to duża liczba zróżnicowanych form opieki: mały dom dziecka, rodzina zastępcza, opieka krótkoterminowa. Młody człowiek musi być skierowany do adekwatnej instytucji, która będzie najlepsza dla jego wieku, rozwoju emocjonalnego. I tak najwięcej zależy nie od instytucji, tylko od kadry, konkretnych ludzi.

W 18. roku życia trzeba opuścić placówkę wychowawczą. Co wtedy?

- Zaczynają się problemy. Instytucja opieki zastępczej zapewnia wszystko: jedzenie, spanie. Decydując z konieczności za podopiecznego, pozbawia go poczucia sprawstwa. Młody człowiek w ogóle nie dotyka rzeczywistości, jest nieprzygotowany na skok w dorosłość. Do niedawna usamodzielnieniem nikt się nie zajmował, a w momencie wyjścia wychowanka instytucja chętnie zrzekała się odpowiedzialności.

Teraz jest lepiej, np. funkcjonują tzw. mieszkania usamodzielniające, gdzie przez rok trenuje się usamodzielnienie pod okiem wychowawcy.

Wciąż jednak młodzi, zwłaszcza z rodzin spokrewnionych i domów dziecka, nie znają swoich praw czy warunków, na jakich mogą otrzymać środki finansowe na usamodzielnienie. Zgodnie z ustawą trzeba wybrać tzw. opiekuna usamodzielnienia - osobę, która będzie wspierać młodego człowieka, pomagać w poszukiwaniu mieszkania, sprawa?h urzędowych. Jeśli opiekun jest przypadkowy, to nic nie wyjdzie z usamodzielnienia. A najczęściej tę funkcję wyznacza się z automatu: albo pełni ją przysłowiowa babcia albo wychowawca skierowany przez dyrektora na zasadzie "jesteś wolny, to się tym zajmij". Młodzież nie wie, że sama może sobie wybrać dowolną dorosłą osobę. Poza tym ludzie z domów dziecka mają tendencję do zamykania się we własnej grupie. Ciągle przychodzą do domu dziecka. To rodzaj ubezwłasnowolnienia. Nie mają odwagi, nie są wygadani. Mają większe problemy ze zdrowiem w związku ze złym odżywianiem i zaniedbaniem regularnej kontroli lekarskiej w najmłodszych latach. Jak się to wszystko zsumuje i pomyśli o dzisiejszym rynku pracy

No właśnie. Jak sobie radzą w tej kwestii?

- Zadowalają się najniżej płatnym zajęciem, często na czarno. Mają deficyt edukacyjny, bo często zmieniali szkoły, powtarzali klasy. W szkole stosują technikę wyuczonej bezradności: "Niech ktoś to zrobi za mnie, bo jestem sierotą". Proszą o promocję do następnej klasy, "bo i tak się nie nauczę". Bardzo niewielu idzie na studia. Większość kończy szkoły zawodowe, co nie jest złe, bo dziś zawodówki przeżywają renesans i być może są dobrym rozwiązaniem na kryzys. Nie walczą o lepsze, bo nie mają motywacji wewnętrznej. Zostali odrzuceni przez biologicznych rodziców, potem byli przerzucani przez sądy z jednej instytucji do drugiej. Zdarza się, że rodzina zastępcza rezygnuje w trakcie, bo myślała, że będzie łatwiej, że dzieci będą fajniejsze. Osoba, która kilkakrotnie utraciła fundamentalne poczucie bezpieczeństwa, traci też motywację, bo nie wierzy, że coś się jej od życia należy. Wkracza motywacja zewnętrzna: zrobię to dla dorosłego, który jest dla mnie autorytetem i mnie o to poprosi.

Nazywacie wychowanków robinsonami.

- Tak, bo to są ludzie wrzuceni na wyspę decyzją sądu. To bardzo duża grupa, którą łatwo wykluczyć. Jeśli się na nich nie skoncentrujemy, mogą wypaść ze społeczeństwa, stać się obciążeniem dla siebie i państwa. Łatwo popadają w konflikt z prawem, zadowalają się bezrobociem, mają problemy zdrowotne, często psychiczne. W Polsce średnio co trzeci więzień miał jakiś kontakt z instytucją opieki zastępczej. Do tego dochodzi stygmatyzacja: osoby z domów dziecka, czasami też z rodzin zastępczych, postrzegane są jako te trudne, którym nie można zaufać. Wielu nauczycieli z łatwością przypisuje im podwyższone ryzyko związane z rozrabianiem i nieuczeniem się.

Podziel się

  • Robinson przygotuje do skoku w dorosłość robot_humano 28.03.10, 21:30

    a dzieciątka mieszkające do 30+ roku życia z rodzicami to są? One (dzieciątka, niekoniecznie kobiety) często nie potrafią włączyć pralki automatycznej!»

Najnowsze wiadomości z Warszawy