Portret z języczkiem na Koszykowej
02.04.2010
aktualizacja: 2010-04-01 22:35
W domu malarza Konrada Krzyżanowskiego na ostatnim piętrze kamienicy pod skrzydłami nietoperzy mieszkał cały kontyngent starszych pań. Jedną z nich uwiecznił w intrygujący sposób.
ZOBACZ TAKŻE
- Końska historia w Teatrze Syrena - Warszawa Nieodbudowana (05-03-10, 14:00)
- Herbata do Warszawy przyszła ze Wschodu (30-04-10, 15:00)
- Prawnicze zagłębie na Kapucyńskiej (23-04-10, 15:00)
- Przyjaciel Chopina z domu przy Chłodnej (12-03-10, 15:00)
- Serce Chopina trzymała w słoju na Podwalu (26-02-10, 15:00)
- Do wszystkich kazano mi mówić ciociu. Wymienię tylko te, które pamiętam: Korsakowa, Makowska, Pietruszewska, krewne Korsaków, a więc mojej matki z domu Korsak - wspominał 40 lat temu Hieronim Tukalski-Nielubowicz na łamach "Stolicy".
Żona i ciotki
Konrad Krzyżanowski to jeden z najwybitniejszych polskich malarzy pierwszych dwóch dziesięcioleci XX wieku. Zasłynął jako portrecista. Z jego obrazów wciąż spoglądają na nas pomarszczone ciotki często o urodzie nietoperzy z elewacji kamienicy przy Koszykowej 24, a jednak budzące wzruszenie i uczucie sympatii. Patrząc na nie, chciałoby się zacytować najbardziej absurdalną analizę portretu wypowiedzianą przez Rowana Atkinsona w filmie "Jaś Fasola - nadciąga totalny kataklizm" tyczącą portretu matki malarza Jamesa A. Whistlera: "Ten obraz wart jest taką górę pieniędzy, ponieważ jest to portret matki Whistlera, (...) a rodzina to bardzo ważna sprawa. I chociaż pan Whistler doskonale zdawał sobie sprawę, że jego matka była koszmarną starą klępą, której ktoś wetknął kaktus w tyłek - nie porzucił jej. Ba, znalazł czas, by namalować ten zadziwiający portret. To nie jest zwykły obraz. To portret walniętej starej raszpli, poza którą syn świata nie widział i to jest cudowne".
W obrazach Krzyżanowskiego łatwo dostrzec tę mieszankę sympatii z domieszką dowcipu. Spójrzmy na słynny portret żony artysty Michaliny z Pietruszewskich znajdujący się w zbiorach Muzeum Śląskiego w Opolu, a niedawno pokazywany podczas wystawy na naszym Zamku Królewskim. Namalowany w 1912 r. jest być może jednym z najbardziej niezwykłych portretów polskich z początku poprzedniego stulecia.
Żona Krzyżanowskiego siedzi na kanapie. Obok czarny, nieco diaboliczny kot. "Gładko malowane płaszczyzny szafiru i fioletu tworzą śmiałe kontrasty barw, a efekty sztucznego światła potęgują nastrój trwożnego napięcia i niesamowitości" - analizowała krytyczka Lija Skalska-Miecik. Skąd owe trwożne napięcia? Otóż - jak tłumaczył Hieronim Tukalski - Michalinę z Pietruszewskich zdrobniale nazywano "Myszą". Tak więc na kanapie siedzi nie tyle nonszalancko ubrana dama z kocurem, ale mysz ze swym prześladowcą. Ale może jest na odwrót? Mysz jest większa od kota i być może w tym przypadku role się odwróciły? Kto wie. Można tak analizować bez końca. Kim jest Mysz dla malarza? Ofiarą czy może myśliwym?
Krzyżanowski, polski ziemianin z okolic Połtawy za Kijowem, student Cesarskiej Akademii Sztuk Pięknych w Petersburgu (m.in. słuchacz Ilii Riepina i Archipa Kuindżia), a potem w Monachium, do Warszawy sprowadził się w roku 1900. "Odkąd pamiętam, wszyscy mieszkali w dużej kamienicy przy Koszykowej 24 i zajmowali całe czwarte piętro. Na lewo było mieszkanie prywatne, a na prawo mieściła się szkoła malarska Konrada Krzyżanowskiego" - wspominał Tuchalski.
Słońcem w nietoperza
Czy Krzyżanowski już w 1900 r. zamieszkał przy Koszykowej 24? Być może, choć zdaniem Jarosława Zielińskiego, autora "Atlasu dawnej architektury ulic i placów Warszawy", dom stanął dopiero dwa lata później. Stoi do dziś i jak na Warszawę jest unikatem, bo zachował zarówno elewacje, jak i wystrój wnętrz. Tę czteropiętrową narożną kamienicę u zbiegu z Mokotowską zaprojektował Juliusz Dzierżanowski. Jest to budowla eklektyczna obficie czerpiąca z form rzymskiego renesansu, manieryzmu i baroku podlanych w lekko secesyjnym sosem. Dodajmy tu, że Dzierżanowski w wielu swoich realizacjach nawiązywał do sztuki nowożytnego Rzymu.
Dom szczęśliwie każdy sobie może obejrzeć na miejscu. Warto zwrócić uwagę na masywną rustykę w przyziemiu. Wzrok przykuwają też wspierające balkony konsole w kształcie skrzydeł nietoperzy (na wysokości pierwszego piętra) i skrzydeł ptaków (na drugim). Wypatrzymy tu też małe secesyjne nietoperze przyklejone do płycin pod oknami, a także słońca. To zestawienie wydaje się zabójcze, ale też sam nietoperz w kulturze zachodu ma niepokojące znaczenie. Był zarówno symbolem dwulicowości, hipokryzji, jak i melancholii - bo zamieszkuje ruiny i opuszczone miejsca. Nazywano go niekiedy ptakiem szatana i traktowano jako uosobienie księcia ciemności. Dla architekta dekorującego fasadę kosztownie wykończonej mieszczańskiej kamienicy z przełomu XIX i XX w. cała ta symbolika nie miała już wielkiego znaczenia i stanowiła raczej zwykłą zabawę ornamentem.
Oglądając kamienicę, wejdźmy też do bramy - po wojnie wielokrotnie malowanej farbą olejną na wstrząsające kolory. Spoglądają tu na nas główki niewiast w liściastych koronach. Zdecydowanie nowoczesny charakter w stylu art nouveau miały za to balustrady klatki schodowej o nerwowo poskręcanych liściach i pędach roślin. Zdaniem Anny Szkurłat, autorki książki o secesji w Warszawie, to jeden z najciekawszych artystycznie detali w tym stylu ocalałych w stołecznych kamienicach. Wzruszającą pamiątką są też mosiężne poręcze chroniące niegdyś witryny sklepów.
Urwać nóżkę
Wróćmy jednak do mieszkania Krzyżanowskiego. Malarz nazywany przez przyjaciół "Krzyżakiem" był obdarzony ogromnym poczuciem humoru. Jak z rękawa sypał anegdotami. Opowiadał je, zamaszyście gestykulując, modelując głos, robiąc grymasy.
„Nie wszystkie jego anegdociki miały pointę humorystyczną, nie wszystkie były cenzuralne, wręcz przeciwnie - większość słona, tłusta, niekiedy nawet trywialna, ale forma, w której »Krzyżak « umiał to podać, niwelowała wszystko i nie raziła nawet w wykwintnym salonie” - pisał Tukalski.
Malarz uwielbiał płatać figle. Ofiarą jednego padł właśnie Hieronim Tukalski-Nielubowicz, który wpadł do niego niezapowiedziany. Już w przedpokoju został przyjęty niezwykle owacyjnie. Z ogromnego mieszkania zbiegł się cały tłum młodych ludzi i wszyscy przekonywali, że właśnie oczekiwano tej wizyty z niecierpliwością. „Poszedłem za nimi, ale miałem się na baczności, bo skąd raptem takie owacje dla mojej skromnej osoby. Wprowadzili mnie do salonu. Salon był duży, ładnie umeblowany. Na podłodze leżał piękny dywan. W tej chwili krzesła, fotele i kanapy były poustawiane wzdłuż jednej ze ścian i siedziało na nich pod rząd grono młodych panien. (...) Natarczywie kazano, abym zaczął ciągnąć panieńskie nóżki. Nóżki te były wyciągnięte do przodu jak pod sznurek. Trochę zbaraniałem, ale innego wyjścia nie było. »Co boi się? Boi się ładnych nóżek? « - kpiono. Co miałem robić. Zacząłem ciągnąć. Z początku robiłem to delikatnie, nieśmiało, nieufnie. Jedną parę, drugą. Właścicielki unosiły się z krzeseł i chichotały. Nagle pociągnąłem którąś tak, że razem z tą nóżką fiknąłem na dywan. Radość obecnych była niebywała. »Nogę urwał! Nogę! « - krzyczeli. Była to noga od manekina. Miała pantofelek i obciągnięta była pończoszką. A właścicielka prawdziwych nóżek drugą podwinęła pod krzesło” - czytamy.
Wuj obrażony
Zdaniem Liji Skalskiej-Miecik lata przed wybuchem pierwszej wojny światowej były najszczęśliwsze i zarazem najbardziej spokojne w życiu Krzyżanowskiego. Obok, w sąsiednim lokalu mieściła się jego prywatna szkoła malarska. Przed 1914 r. znajdowała się ona jednak nie w kamienicy przy Koszykowej, lecz w skromnym lokalu w sklepie przy Wspólnej w sąsiedztwie pracowni rzeźbiarskiej Stanisława Ostrowskiego.
Podczas zajęć z malarstwa "Krzyżak" pełen był temperamentu. Jak wspominał jego uczeń Kazimierz Lasocki, wszyscy go kochali, wierzyli bezgranicznie, choć współpraca nie zawsze była łatwa. "Albo obrzucał uczniów wymyślnymi i hańbiącymi wyzwiskami, albo wychwalał pod niebiosa, całował, ściskał i ogłaszał na skończonych artystów".
Od 1904 r. wykładał też w warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych. Latem z uczniami jeździł na wielotygodniowe plenery. Pierwsza wojna światowa zaskoczyła go na wakacjach u krewnych na Wołyniu. Został tam nawet na pewien czas aresztowany pod zarzutem szpiegostwa. Wojnę spędził w Kijowie, gdzie w 1917 r. zorganizował Polską Szkołę Sztuk Pięknych. Do Warszawy wrócił w czerwcu 1918 r. Mieszkanie wyglądało dokładnie tak jak w chwili jego wyjazdu z miasta. Strzegły go ciotki rezydentki.
Zmarł 25 lutego 1922 r. w wieku zaledwie 50 lat. Do końca jednak ujmował humorem i młodzieńczym charakterem, który tak bardzo zbliżał go do jego uczniów. »Krzyżak « był równie młody jak ja w usposobieniu, a niekiedy nawet młodszy” - wspominał urodzony dużo później Tukalski.
W mieszkaniu pozostały ciotki oraz "Mysz". Michalina Krzyżanowska w mieszkaniu przy Koszykowej przeżyła Powstanie Warszawskie i czasy stalinowskie. Kamienica w 1944 r. ocalała. Tylko w miejscu głównej klatki schodowej ziała pustka od parteru po czwarte piętro. Wkrótce jednak budynek odremontowano.
Mieszkanie Krzyżanowskich zamienione zostało w kołchoz. Kwaterunek rozdysponował je kilku rodzinom. Pani Michalina z dawnego mieszkania zachowała jedynie dwa pokoje, ale za to z kuchnią. Ściany były zawieszone obrazami od podłogi po sufit. Stało jeszcze wiele ocalałych z wojny mebli. Obrazy Krzyżanowskiego na Koszykową wróciły jednak dopiero na początku lat 60. W 1939 r. wdowa po malarzu oddała je bowiem w depozyt do Muzeum Narodowego. Gdy mieszkanie to w końcu 1961 r. odwiedził Hieronim Tukalski, ujrzał portrety Krzyżanowskiego ustawione rządkiem pod ścianami. „I od razu rzucił mi się w oczy pierwszy - portret ciotki Niny Dziekońskiej. Obraz był zniszczony, brudny, ciemny i miał dwie dziury zaklejone gazetą. Wuj Marian Dziekoński, mąż cioci Niny, która była rodzoną siostra mojej matki, obstalował u Konrada Krzyżanowskiego portret żony. Miało to miejsce w latach 1906-10. Krzyżanowski portret wykonał i przy odbiorze wybuchł prawdziwy skandal. Wuj Marian był oburzony i odmówił przyjęcia. Niecnota »Krzyżak « podpatrzył, że ciocia Nina miała niewinny, pełen uroku nawyk. Że w chwili emocji lub naprężenia umysłu, leciuchno wysuwała koniuszek języczka: to na portrecie uwiecznił”.
Wdowa po artyście zmarła w lipcu 1962 r. Piękny w kolorycie portret "cioci Niny" (Janiny z Korsaków Dziekońskiej) trafił do Muzeum Narodowego, gdzie jeszcze przed 1962 r. poddano go konserwacji.
Żona i ciotki
Konrad Krzyżanowski to jeden z najwybitniejszych polskich malarzy pierwszych dwóch dziesięcioleci XX wieku. Zasłynął jako portrecista. Z jego obrazów wciąż spoglądają na nas pomarszczone ciotki często o urodzie nietoperzy z elewacji kamienicy przy Koszykowej 24, a jednak budzące wzruszenie i uczucie sympatii. Patrząc na nie, chciałoby się zacytować najbardziej absurdalną analizę portretu wypowiedzianą przez Rowana Atkinsona w filmie "Jaś Fasola - nadciąga totalny kataklizm" tyczącą portretu matki malarza Jamesa A. Whistlera: "Ten obraz wart jest taką górę pieniędzy, ponieważ jest to portret matki Whistlera, (...) a rodzina to bardzo ważna sprawa. I chociaż pan Whistler doskonale zdawał sobie sprawę, że jego matka była koszmarną starą klępą, której ktoś wetknął kaktus w tyłek - nie porzucił jej. Ba, znalazł czas, by namalować ten zadziwiający portret. To nie jest zwykły obraz. To portret walniętej starej raszpli, poza którą syn świata nie widział i to jest cudowne".
W obrazach Krzyżanowskiego łatwo dostrzec tę mieszankę sympatii z domieszką dowcipu. Spójrzmy na słynny portret żony artysty Michaliny z Pietruszewskich znajdujący się w zbiorach Muzeum Śląskiego w Opolu, a niedawno pokazywany podczas wystawy na naszym Zamku Królewskim. Namalowany w 1912 r. jest być może jednym z najbardziej niezwykłych portretów polskich z początku poprzedniego stulecia.
Żona Krzyżanowskiego siedzi na kanapie. Obok czarny, nieco diaboliczny kot. "Gładko malowane płaszczyzny szafiru i fioletu tworzą śmiałe kontrasty barw, a efekty sztucznego światła potęgują nastrój trwożnego napięcia i niesamowitości" - analizowała krytyczka Lija Skalska-Miecik. Skąd owe trwożne napięcia? Otóż - jak tłumaczył Hieronim Tukalski - Michalinę z Pietruszewskich zdrobniale nazywano "Myszą". Tak więc na kanapie siedzi nie tyle nonszalancko ubrana dama z kocurem, ale mysz ze swym prześladowcą. Ale może jest na odwrót? Mysz jest większa od kota i być może w tym przypadku role się odwróciły? Kto wie. Można tak analizować bez końca. Kim jest Mysz dla malarza? Ofiarą czy może myśliwym?
Krzyżanowski, polski ziemianin z okolic Połtawy za Kijowem, student Cesarskiej Akademii Sztuk Pięknych w Petersburgu (m.in. słuchacz Ilii Riepina i Archipa Kuindżia), a potem w Monachium, do Warszawy sprowadził się w roku 1900. "Odkąd pamiętam, wszyscy mieszkali w dużej kamienicy przy Koszykowej 24 i zajmowali całe czwarte piętro. Na lewo było mieszkanie prywatne, a na prawo mieściła się szkoła malarska Konrada Krzyżanowskiego" - wspominał Tuchalski.
Słońcem w nietoperza
Czy Krzyżanowski już w 1900 r. zamieszkał przy Koszykowej 24? Być może, choć zdaniem Jarosława Zielińskiego, autora "Atlasu dawnej architektury ulic i placów Warszawy", dom stanął dopiero dwa lata później. Stoi do dziś i jak na Warszawę jest unikatem, bo zachował zarówno elewacje, jak i wystrój wnętrz. Tę czteropiętrową narożną kamienicę u zbiegu z Mokotowską zaprojektował Juliusz Dzierżanowski. Jest to budowla eklektyczna obficie czerpiąca z form rzymskiego renesansu, manieryzmu i baroku podlanych w lekko secesyjnym sosem. Dodajmy tu, że Dzierżanowski w wielu swoich realizacjach nawiązywał do sztuki nowożytnego Rzymu.
Dom szczęśliwie każdy sobie może obejrzeć na miejscu. Warto zwrócić uwagę na masywną rustykę w przyziemiu. Wzrok przykuwają też wspierające balkony konsole w kształcie skrzydeł nietoperzy (na wysokości pierwszego piętra) i skrzydeł ptaków (na drugim). Wypatrzymy tu też małe secesyjne nietoperze przyklejone do płycin pod oknami, a także słońca. To zestawienie wydaje się zabójcze, ale też sam nietoperz w kulturze zachodu ma niepokojące znaczenie. Był zarówno symbolem dwulicowości, hipokryzji, jak i melancholii - bo zamieszkuje ruiny i opuszczone miejsca. Nazywano go niekiedy ptakiem szatana i traktowano jako uosobienie księcia ciemności. Dla architekta dekorującego fasadę kosztownie wykończonej mieszczańskiej kamienicy z przełomu XIX i XX w. cała ta symbolika nie miała już wielkiego znaczenia i stanowiła raczej zwykłą zabawę ornamentem.
Oglądając kamienicę, wejdźmy też do bramy - po wojnie wielokrotnie malowanej farbą olejną na wstrząsające kolory. Spoglądają tu na nas główki niewiast w liściastych koronach. Zdecydowanie nowoczesny charakter w stylu art nouveau miały za to balustrady klatki schodowej o nerwowo poskręcanych liściach i pędach roślin. Zdaniem Anny Szkurłat, autorki książki o secesji w Warszawie, to jeden z najciekawszych artystycznie detali w tym stylu ocalałych w stołecznych kamienicach. Wzruszającą pamiątką są też mosiężne poręcze chroniące niegdyś witryny sklepów.
Urwać nóżkę
Wróćmy jednak do mieszkania Krzyżanowskiego. Malarz nazywany przez przyjaciół "Krzyżakiem" był obdarzony ogromnym poczuciem humoru. Jak z rękawa sypał anegdotami. Opowiadał je, zamaszyście gestykulując, modelując głos, robiąc grymasy.
„Nie wszystkie jego anegdociki miały pointę humorystyczną, nie wszystkie były cenzuralne, wręcz przeciwnie - większość słona, tłusta, niekiedy nawet trywialna, ale forma, w której »Krzyżak « umiał to podać, niwelowała wszystko i nie raziła nawet w wykwintnym salonie” - pisał Tukalski.
Malarz uwielbiał płatać figle. Ofiarą jednego padł właśnie Hieronim Tukalski-Nielubowicz, który wpadł do niego niezapowiedziany. Już w przedpokoju został przyjęty niezwykle owacyjnie. Z ogromnego mieszkania zbiegł się cały tłum młodych ludzi i wszyscy przekonywali, że właśnie oczekiwano tej wizyty z niecierpliwością. „Poszedłem za nimi, ale miałem się na baczności, bo skąd raptem takie owacje dla mojej skromnej osoby. Wprowadzili mnie do salonu. Salon był duży, ładnie umeblowany. Na podłodze leżał piękny dywan. W tej chwili krzesła, fotele i kanapy były poustawiane wzdłuż jednej ze ścian i siedziało na nich pod rząd grono młodych panien. (...) Natarczywie kazano, abym zaczął ciągnąć panieńskie nóżki. Nóżki te były wyciągnięte do przodu jak pod sznurek. Trochę zbaraniałem, ale innego wyjścia nie było. »Co boi się? Boi się ładnych nóżek? « - kpiono. Co miałem robić. Zacząłem ciągnąć. Z początku robiłem to delikatnie, nieśmiało, nieufnie. Jedną parę, drugą. Właścicielki unosiły się z krzeseł i chichotały. Nagle pociągnąłem którąś tak, że razem z tą nóżką fiknąłem na dywan. Radość obecnych była niebywała. »Nogę urwał! Nogę! « - krzyczeli. Była to noga od manekina. Miała pantofelek i obciągnięta była pończoszką. A właścicielka prawdziwych nóżek drugą podwinęła pod krzesło” - czytamy.
Wuj obrażony
Zdaniem Liji Skalskiej-Miecik lata przed wybuchem pierwszej wojny światowej były najszczęśliwsze i zarazem najbardziej spokojne w życiu Krzyżanowskiego. Obok, w sąsiednim lokalu mieściła się jego prywatna szkoła malarska. Przed 1914 r. znajdowała się ona jednak nie w kamienicy przy Koszykowej, lecz w skromnym lokalu w sklepie przy Wspólnej w sąsiedztwie pracowni rzeźbiarskiej Stanisława Ostrowskiego.
Podczas zajęć z malarstwa "Krzyżak" pełen był temperamentu. Jak wspominał jego uczeń Kazimierz Lasocki, wszyscy go kochali, wierzyli bezgranicznie, choć współpraca nie zawsze była łatwa. "Albo obrzucał uczniów wymyślnymi i hańbiącymi wyzwiskami, albo wychwalał pod niebiosa, całował, ściskał i ogłaszał na skończonych artystów".
Od 1904 r. wykładał też w warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych. Latem z uczniami jeździł na wielotygodniowe plenery. Pierwsza wojna światowa zaskoczyła go na wakacjach u krewnych na Wołyniu. Został tam nawet na pewien czas aresztowany pod zarzutem szpiegostwa. Wojnę spędził w Kijowie, gdzie w 1917 r. zorganizował Polską Szkołę Sztuk Pięknych. Do Warszawy wrócił w czerwcu 1918 r. Mieszkanie wyglądało dokładnie tak jak w chwili jego wyjazdu z miasta. Strzegły go ciotki rezydentki.
Zmarł 25 lutego 1922 r. w wieku zaledwie 50 lat. Do końca jednak ujmował humorem i młodzieńczym charakterem, który tak bardzo zbliżał go do jego uczniów. »Krzyżak « był równie młody jak ja w usposobieniu, a niekiedy nawet młodszy” - wspominał urodzony dużo później Tukalski.
W mieszkaniu pozostały ciotki oraz "Mysz". Michalina Krzyżanowska w mieszkaniu przy Koszykowej przeżyła Powstanie Warszawskie i czasy stalinowskie. Kamienica w 1944 r. ocalała. Tylko w miejscu głównej klatki schodowej ziała pustka od parteru po czwarte piętro. Wkrótce jednak budynek odremontowano.
Mieszkanie Krzyżanowskich zamienione zostało w kołchoz. Kwaterunek rozdysponował je kilku rodzinom. Pani Michalina z dawnego mieszkania zachowała jedynie dwa pokoje, ale za to z kuchnią. Ściany były zawieszone obrazami od podłogi po sufit. Stało jeszcze wiele ocalałych z wojny mebli. Obrazy Krzyżanowskiego na Koszykową wróciły jednak dopiero na początku lat 60. W 1939 r. wdowa po malarzu oddała je bowiem w depozyt do Muzeum Narodowego. Gdy mieszkanie to w końcu 1961 r. odwiedził Hieronim Tukalski, ujrzał portrety Krzyżanowskiego ustawione rządkiem pod ścianami. „I od razu rzucił mi się w oczy pierwszy - portret ciotki Niny Dziekońskiej. Obraz był zniszczony, brudny, ciemny i miał dwie dziury zaklejone gazetą. Wuj Marian Dziekoński, mąż cioci Niny, która była rodzoną siostra mojej matki, obstalował u Konrada Krzyżanowskiego portret żony. Miało to miejsce w latach 1906-10. Krzyżanowski portret wykonał i przy odbiorze wybuchł prawdziwy skandal. Wuj Marian był oburzony i odmówił przyjęcia. Niecnota »Krzyżak « podpatrzył, że ciocia Nina miała niewinny, pełen uroku nawyk. Że w chwili emocji lub naprężenia umysłu, leciuchno wysuwała koniuszek języczka: to na portrecie uwiecznił”.
Wdowa po artyście zmarła w lipcu 1962 r. Piękny w kolorycie portret "cioci Niny" (Janiny z Korsaków Dziekońskiej) trafił do Muzeum Narodowego, gdzie jeszcze przed 1962 r. poddano go konserwacji.
Spacery po nieodbudowanej Warszawie z Jerzym S. Majewskim
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Motocyklista w ciężkim stanie po wypadku na Racławickiej
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Masa Krytyczna: "My nie blokujemy ruchu"
- Warsaw Music Week. Wieczór z hip hopem od Prosto
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]


