Juror nagrody: Nie planowałem, że będę tłumaczem
03.04.2010
aktualizacja: 2010-04-02 19:51
Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
- Moje opus magnum jako tłumacza literatury to Gombrowicz. Takiej gawędy, stylu nie ma w szwedzkim. I co ma tłumacz zrobić, żeby to było czytelne, zabawne, dziwne i przekonujące jednocześnie? Męka prawdziwa! - opowiada Anders Bodegard*, juror nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego.
ZOBACZ TAKŻE
- Kobiety żądne ostrej jazdy - w błocie i po wertepach (15-05-10, 16:00)
- Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki (22-01-10, 14:00)
- Pierwsza edycja nagrody im. Kapuścińskiego (20-01-10, 22:50)
- Warszawa będzie przyznawać nagrodę im. Kapuścińskiego (15-01-10, 10:00)
Beata Kęczkowska: Spośród 50 nadesłanych książek wyłoniliście dziesięć. Jak przebiegały obrady? Były burzliwe?
Anders Bodegard: Zdziwiłem się, że aż tak. Nasza grupa jest bardzo zróżnicowana, trzy kobiety - Małgorzata Szejnert, Iwona Smolka i Joanna Bator. Wszystkie przyszły doskonale przygotowane, z bogatymi notatkami na temat każdej książki. No i dwóch chłopaków - Maciej Drygas i ja. Maciej mówi, mówi, mówi. Aż się wystraszyłem, czy on będzie mówił o każdej z książek tak dużo. Ale to okazało się niezwykle ważne, bo on kwestionował, miał inne zdanie. Pobudzał do dyskusji.
A pan? Jaką sobie rolę pan wyznaczył?
- Przyjechałem z listą dziesięciu moich kandydatów. Upierałem się przy nich mocno. W sumie jestem zadowolony, bo wytypowana przeze mnie ósemka przeszła. Wspólnie z Joanną Bator walczyliśmy o książkę norweskiej dziennikarki Asne Seierstad "Dzieci Groznego". Wygraliśmy! Książka znalazła się w nominowanej dziesiątce, jako jedyna napisana przez kobietę.
Postawiliście na Afrykę - to dominujący temat. Aż cztery nominowane książki dotyczą tego kontynentu.
- To nie my, to autorzy. To, że na konkurs przysłano tyle książek o Afryce, to ewidentna inspiracja patrona nagrody.
Ryszard Kapuściński poświęcił Afryce wyjątkowo dużo miejsca w swojej twórczości. Ktoś niedawno powiedział, że reportaż się kończy. Nic podobnego! Obserwuję to też w Szwecji. Do głosu dochodzi właśnie nowe pokolenie ludzi, piszą o Kambodży, o Indiach. Również o Afryce. Pojawiło się ostatnio kilka książek napisanych przez dzieci, wnuki szwedzkich misjonarzy. Oni mają swoje rodzinne sprawy w Afryce.
Ma pan faworyta w tym gronie?
- Mam, ale nie powinien tego zdradzać w wywiadzie, wskażę go pani (mój rozmówca pokazuje na jedną z nominowanych książek). To trudny wybór, w tej dziesiątce jest kilka książek zasługujących na nagrodę. Cenię sobie prozę, w której wyczuwam, jak autor nad nią panuje, jak ją kontroluje. Są takie książki wśród nominowanych.
Pokłóciliście się o definicję reportażu?
- Tak. Dziewczyny napisały swoje definicje, my z Maciejem tylko gadaliśmy. Dla mnie są dwa klucze - autor i język. Musi być jakaś obecność autora w reportażu literackim, a język bezwzględnie ma mieć jak najwyższy poziom.
Dużo rozmawialiśmy o biografiach. Skreśliliśmy je, zakazu, by je przysyłać, nie będzie, ale to wskazówka dla przyszłych edycji. Autor, przede wszystkim autor.
Co pana zaskoczyło wśród nadesłanych lektur?
- Ta Afryka. I fakt, że w tym gronie jest tak mało kobiet. I może też to, że na liście dziesięciu nominowanych jest siedem przekładów. Nie będzie z tego powodu skandalu?
Dlaczego miałby być?
- Ma pani rację. Regulamin zachęca do zgłaszania przekładów, to nagroda o charakterze międzynarodowym. Bardzo ważna rzecz - pokazać tłumaczenia, czytać je, porównywać, również krytykować. Wydaje mi się, że poziom tłumaczy literackich w Polsce jest bardzo wysoki, chyba wyższy niż w Szwecji. Porównałem dwa przekłady - polski i szwedzki - książki Jeana Hatzfelda "Strategia antylop". Polski jest o wiele lepszy. Podobnie w przypadku książki Asne Seierstad. Polskie tłumaczenie jest zdecydowanie dokładniejsze, sprawniejsze pod względem językowym niż szwedzkie.
W Polsce macie sporo nagród, ostatnio ich nawet przybyło. Nagrody promują książkę. W Szwecji mamy Nobla i nieustanne dyskusje, jak można dokonać właściwego wyboru, jak wybrać jednego autora i jedną książkę. Tworzymy z przyjaciółmi grupę czytelniczą. Pamiętam, jak zachwyciła nas książka kompletnie nieznanego pisarza z RPA J.M. Coetzeego. Było to na długo przed tym, nim Akademia zdecydowała o uhonorowaniu go Noblem. Gdy go otrzymał, natychmiast stał się sławny.
Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki jest szczególna pod jeszcze jednym względem - bierze pod uwagę przekłady. Nie zamyka się wyłącznie na polskich autorów, zwraca uwagę na rolę tłumaczy. Granice się otwierają. A tłumaczenie to niełatwa praca, prawda?
To pan zajmuje się przekładami...
- ...i dobrze wiem, że to czasochłonne, odpowiedzialne zajęcie. Nie zaplanowałem, że będę tłumaczem. Uczyłem języków: rosyjskiego, francuskiego, szwedzkiego. Mieszkałem w Krakowie, pracowałem jako lektor, gdy ogłoszono stan wojenny. Nagle wszyscy mieliśmy więcej czasu, dużo czytałem. Zacząłem więc przekładać na własny użytek, żeby lepiej zrozumieć. To sposób czytania może i zabierający dużo czasu, ale najlepszy. Na początku była to poezja, potem "Etyka Solidarności" księdza Józefa Tischnera. Też po to, żeby zrozumieć, tyle że tym razem to, co się działo wokół. W 1984 r. mój przekład "Etyki..." został wydany i taki to był mój debiut translatorski, dziwny trochę.
Anders Bodegard: Zdziwiłem się, że aż tak. Nasza grupa jest bardzo zróżnicowana, trzy kobiety - Małgorzata Szejnert, Iwona Smolka i Joanna Bator. Wszystkie przyszły doskonale przygotowane, z bogatymi notatkami na temat każdej książki. No i dwóch chłopaków - Maciej Drygas i ja. Maciej mówi, mówi, mówi. Aż się wystraszyłem, czy on będzie mówił o każdej z książek tak dużo. Ale to okazało się niezwykle ważne, bo on kwestionował, miał inne zdanie. Pobudzał do dyskusji.
A pan? Jaką sobie rolę pan wyznaczył?
- Przyjechałem z listą dziesięciu moich kandydatów. Upierałem się przy nich mocno. W sumie jestem zadowolony, bo wytypowana przeze mnie ósemka przeszła. Wspólnie z Joanną Bator walczyliśmy o książkę norweskiej dziennikarki Asne Seierstad "Dzieci Groznego". Wygraliśmy! Książka znalazła się w nominowanej dziesiątce, jako jedyna napisana przez kobietę.
Postawiliście na Afrykę - to dominujący temat. Aż cztery nominowane książki dotyczą tego kontynentu.
- To nie my, to autorzy. To, że na konkurs przysłano tyle książek o Afryce, to ewidentna inspiracja patrona nagrody.
Ryszard Kapuściński poświęcił Afryce wyjątkowo dużo miejsca w swojej twórczości. Ktoś niedawno powiedział, że reportaż się kończy. Nic podobnego! Obserwuję to też w Szwecji. Do głosu dochodzi właśnie nowe pokolenie ludzi, piszą o Kambodży, o Indiach. Również o Afryce. Pojawiło się ostatnio kilka książek napisanych przez dzieci, wnuki szwedzkich misjonarzy. Oni mają swoje rodzinne sprawy w Afryce.
Ma pan faworyta w tym gronie?
- Mam, ale nie powinien tego zdradzać w wywiadzie, wskażę go pani (mój rozmówca pokazuje na jedną z nominowanych książek). To trudny wybór, w tej dziesiątce jest kilka książek zasługujących na nagrodę. Cenię sobie prozę, w której wyczuwam, jak autor nad nią panuje, jak ją kontroluje. Są takie książki wśród nominowanych.
Pokłóciliście się o definicję reportażu?
- Tak. Dziewczyny napisały swoje definicje, my z Maciejem tylko gadaliśmy. Dla mnie są dwa klucze - autor i język. Musi być jakaś obecność autora w reportażu literackim, a język bezwzględnie ma mieć jak najwyższy poziom.
Dużo rozmawialiśmy o biografiach. Skreśliliśmy je, zakazu, by je przysyłać, nie będzie, ale to wskazówka dla przyszłych edycji. Autor, przede wszystkim autor.
Co pana zaskoczyło wśród nadesłanych lektur?
- Ta Afryka. I fakt, że w tym gronie jest tak mało kobiet. I może też to, że na liście dziesięciu nominowanych jest siedem przekładów. Nie będzie z tego powodu skandalu?
Dlaczego miałby być?
- Ma pani rację. Regulamin zachęca do zgłaszania przekładów, to nagroda o charakterze międzynarodowym. Bardzo ważna rzecz - pokazać tłumaczenia, czytać je, porównywać, również krytykować. Wydaje mi się, że poziom tłumaczy literackich w Polsce jest bardzo wysoki, chyba wyższy niż w Szwecji. Porównałem dwa przekłady - polski i szwedzki - książki Jeana Hatzfelda "Strategia antylop". Polski jest o wiele lepszy. Podobnie w przypadku książki Asne Seierstad. Polskie tłumaczenie jest zdecydowanie dokładniejsze, sprawniejsze pod względem językowym niż szwedzkie.
W Polsce macie sporo nagród, ostatnio ich nawet przybyło. Nagrody promują książkę. W Szwecji mamy Nobla i nieustanne dyskusje, jak można dokonać właściwego wyboru, jak wybrać jednego autora i jedną książkę. Tworzymy z przyjaciółmi grupę czytelniczą. Pamiętam, jak zachwyciła nas książka kompletnie nieznanego pisarza z RPA J.M. Coetzeego. Było to na długo przed tym, nim Akademia zdecydowała o uhonorowaniu go Noblem. Gdy go otrzymał, natychmiast stał się sławny.
Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki jest szczególna pod jeszcze jednym względem - bierze pod uwagę przekłady. Nie zamyka się wyłącznie na polskich autorów, zwraca uwagę na rolę tłumaczy. Granice się otwierają. A tłumaczenie to niełatwa praca, prawda?
To pan zajmuje się przekładami...
- ...i dobrze wiem, że to czasochłonne, odpowiedzialne zajęcie. Nie zaplanowałem, że będę tłumaczem. Uczyłem języków: rosyjskiego, francuskiego, szwedzkiego. Mieszkałem w Krakowie, pracowałem jako lektor, gdy ogłoszono stan wojenny. Nagle wszyscy mieliśmy więcej czasu, dużo czytałem. Zacząłem więc przekładać na własny użytek, żeby lepiej zrozumieć. To sposób czytania może i zabierający dużo czasu, ale najlepszy. Na początku była to poezja, potem "Etyka Solidarności" księdza Józefa Tischnera. Też po to, żeby zrozumieć, tyle że tym razem to, co się działo wokół. W 1984 r. mój przekład "Etyki..." został wydany i taki to był mój debiut translatorski, dziwny trochę.
1
2
następne »
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Motocyklista w ciężkim stanie po wypadku na Racławickiej
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Masa Krytyczna: "My nie blokujemy ruchu"
- Warsaw Music Week. Wieczór z hip hopem od Prosto
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]


