"Solidarni z Białorusią" zagrają w Warszawie piąty raz
09.04.2010
aktualizacja: 2010-04-09 01:11
FOT. ALBERT ZAWADA / AG
Białoruś jest inna niż Ukraina. Tu nie wystarczy wyjść na plac i chcieć manifestować. Na Białorusi to nie zadziała. Trzeba zacząć wszystko zmieniać od małych miasteczek - mówi Viktoria Hakimava z Inicjatywy "Wolna Białoruś", która już piąty raz organizuje koncert "Solidarni z Białorusią".
Viktoria Hakimava: Po pierwszym roku studiów w Polsce na rozmowę zaprosiło mnie KGB.
Grzegorz Szymanik: KGB? Po co? KGB?
- Połowa studentów białoruskich, którzy studiują w Polsce, jest po pierwszym roku przesłuchiwana przez KGB. Nie tylko aktywiści opozycji, ale również osoby o poglądach prorządowych. W moim przypadku to był jakiś trzeci dzień po powrocie do domu. Ranek, śpię twardo, nagle telefon. - Viktoria Shuhratovna? - pyta ktoś w słuchawce. - Tak. - Jestem z KGB, chciałbym porozmawiać. Za dwadzieścia minut chcę panią widzieć u nas.
Budynek, w którym przyjmują, jest 400 metrów od mojego domu w Żabince. Powiedziałam, że dopiero się obudziłam, ale postaram się być. Pomyślałam, że lepiej pójść, powiedzieć coś neutralnego, niż potem mają się czepiać.
Ubrałam się, ogarnęłam i właśnie zakładałam buty, gdy znowu zadzwonił telefon. Była już dziesiąta. "Dlaczego pani jeszcze tutaj nie ma?". W końcu dotarłam na miejsce, przed biurkiem siedział młody mężczyzna.
O co pytał?
- Pani studiuje w Polsce, tak? Czy ma pani tam jakieś problemy? - zaczął. - No tak, mam poprawki. - Aha. Jest pani na Kalinowskim [program stypendialny im. Konstantego Kalinowskiego dla młodych Białorusinów, którzy nie mogą studiować na Białorusi ze względu na poglądy]? A co wy tam robicie? - Uczymy się. - A dla kogo to program? - Dla osób, które nie mogą studiować u nas. - A dlaczego nie mogą? - To pan wie chyba lepiej.
Pytał też o rodziców, o to, dlaczego mamę, działaczkę opozycji, zwolnili z pracy, o sytuację finansową. Ale miał przestarzałe dane, moja mama pracowała już w innej gazecie.
Wychowywałaś się w "opozycyjnym domu", więc od dziecka musiałaś mieć świadomość, że sytuacja na Białorusi nie jest tak wspaniała, jak opisują ją oficjalne media. A twoi rówieśnicy?
- Mam swoją paczkę przyjaciół na Białorusi. Pięć dziewczyn i jeden chłopak. Moi najlepsi przyjaciele, jeszcze z podstawówki. Ja mam bardzo opozycyjne poglądy. Chłopak też, ale się nie angażuje - studiuje na uczelni na Białorusi i boi się, że go wyrzucą. Jedna dziewczyna niby nie przepada za Łukaszenką, ale tak nie do końca. A trzy pozostałe mają prorządowe poglądy i słuchają rządowego radia, tak zostały wychowane. Dobrze się znamy, każdy wie, co myśli drugi. Nie rozmawiamy na tematy polityki. Próbowaliśmy, nie wychodziło. Ale oni i tak mnie wspierają, choć czasem nie rozumieją, dlaczego to robię - przecież nic z tego nie mam. No, chyba że problemy.
Przed zeszłorocznym koncertem "Solidarnymi z Białorusią" mówiło się o odwilży. Część opozycjonistów wyszła z więzień. Potem w kwietniu Łukaszenka po raz pierwszy od 14 lat odwiedził zachodnią Europę. Ale ostatnio w polskich mediach znów o Białorusi głośno, głównie za sprawą Związku Polaków.
- Bo to tylko pozorna liberalizacja. Łukaszenka parę lat temu ogłosił, że będzie się otwierał na Europę. Dziś na Białorusi mówi się więc w kółko: "Zobaczcie, jacy jesteśmy otwarci, gotowi na współpracę, to Europa jest zła i nie chce współpracować. Robimy wolne wybory, wypuszczamy ludzi z więzienia". Tylko co z tego, skoro wsadzają innych, a wybory są tylko pozornie wolne? Niestety, na plac Październikowy, w rocznicę protestów 2006 roku, przychodzi coraz mniej ludzi. Boją się, że stracą pracę, że trafią do więzienia. Za to, na całe szczęście, dużo zmieniło się w tym roku w opozycji.
Gdy mówi się o białoruskiej opozycji, najczęściej używa się słów: skłócona, rozbita. Mówi się o jej słabości. Nawet w 2006 roku podczas protestów na placu było dwóch liderów, którzy nie do końca się ze sobą nie zgadzali.
- Moja mama działała w opozycji bardzo aktywnie do 1998 roku. Potem zwolnili ją z pracy (jest dziennikarką). I mimo że znalazła inną, to zaczęła od tej działalności powoli odchodzić. Poznała wszystko od środka, widziała kłótnie. Zniechęciła się, straciła nadzieję.
Jednak niedawno odbył się kongres sił demokratycznych. Do kierownictwa Białoruskiego Frontu Ludowego (BNF), głównej partii opozycyjnej, wybrano młodych ludzi. Może nie mają doświadczenia, ale mają zapał i zupełnie inną wizję działalności opozycyjnej. Zdają sobie sprawę, że Białoruś jest inna niż Ukraina. Że tu po prostu nie wystarczy wyjść na plac i chcieć manifestować. Na Białorusi to nie zadziała. Trzeba zacząć wszystko zmieniać od małych miasteczek.
Bo prowincja kocha Łukaszenkę szczerze? A demokracja kojarzy im się z bałaganem, chaosem początku lat 90.?
- Tak. Łukaszenka przez całe 15 lat prowadził politykę promocyjną swojego rządu, a ludzie na prowincji mają ograniczone źródła informacji. Znają państwowe radio, telewizję i tyle. A tego, co mówią w tych państwowych mediach, nie da się słuchać nawet pięciu minut. Ludzi nie obchodzi, że Łukaszenka mówi jedną rzecz, a następnego dnia już coś innego, że gada bzdury. Bo to już wniknęło im w podświadomość.
Więc teraz ci młodzi chcą jeździć po małych miasteczkach, wsiach i powoli przekonywać, że zmiany są potrzebne. Nie mówić "jest źle", ale "może być inaczej, lepiej".
W miastach ludzie raczej Łukaszenki nie popierają, ale boją się, że stracą pracę. Przed każdymi wyborami w zakładach jest zebranie. I dyrektor mówi: "Słuchajcie, jeśli nie przegłosujecie, jeśli nie pójdziecie na wybory, to do widzenia". Więc głosują, bo boją się represji.
"Solidarni z Białorusią" zagrają w Warszawie po raz piąty. Znów tłumy na placu Teatralnym i biało-czerwono-białe wstążeczki. Ale czy na Białorusi jest jakiekolwiek echo tego koncertu?
- Białorusini wiedzą, że Polacy ich wspierają. Niestety, tak samo jak opozycja, mamy problem, by dotrzeć na prowincję. O koncercie wiedzą więc ci, którzy mają dostęp do jakichkolwiek innych źródeł informacji niż państwowe radio i telewizja, bo te ostatnie o koncercie milczą. Wiedzą o nim zwłaszcza ci młodzi, wykształceni, którzy szukają informacji o Białorusi poza oficjalnym obiegiem np. w nadawanej z Polski Telewizji Biełsat i jej strony internetowej. Inicjatywa wysyła też notki prasowe do białoruskich mediów. Bardziej opozycyjne portale piszą w tonie hurraoptymistycznym: "Polacy grają dla nas! Za demokrację". W innych, które starają się być neutralne, pojawia się lakoniczna informacja: "W Warszawie odbył się koncert dla Białorusi. Tematyką była wolność". Rozsyłamy także informacje po znajomych, by wieść o koncercie krążyła także pocztą pantoflową. Właściwie dla kogo to jest koncert? Białorusinom niewiele on pomoże.
- Raczej chodzi o przypominanie, że tam ciągle trwa walka, że walczymy o demokrację. Żeby o Białorusi nie zapominać. Bo Polska jest dziś bardziej nastawiona na Europę. O Białorusi mówi się zazwyczaj, jeśli dzieje się tam coś bardzo złego, albo jeśli dotyczy to Polaków. W ogóle Polacy bardzo mało wiedzą o Białorusi: że jest jakiś Łukaszenka, że nie ma demokracji, że tam jest źle i szaro. Ale o ludziach, tradycji, historii? Prawie nic. A przecież jesteśmy narodami bardzo do siebie podobnymi, mówię o charakterze, słowiańskiej duszy. I to też chciałabym dzięki Inicjatywie zmieniać: promować Białoruś, nie tylko mówić o Łukaszence, ale też o jej jaśniejszych stronach.
Jak znalazłaś się w Inicjatywie "Wolna Białoruś"?
- Na początku programu Kalinowskiego dostaliśmy opiekunów, którzy mówili po białorusku. W większości to byli właśnie ludzie z Inicjatywy. Zaprzyjaźniłam się z nimi, no i w końcu sama zaczęłam działać. Zresztą założenie Kalinowskiego jest takie, żebyśmy tu też działali. Chociaż nie zawsze się to udaje, aktywnych jest może 10 proc. studentów. Dostajemy niezłe stypendium, ale mimo to często, gdy nie ma pomocy od rodziców i nie można wrócić do domu, bo toczy się tam sprawa karna, bywa ciężko, trzeba dorabiać i brakuje czasu. Potem wielu studentów znajduje tu dobrą pracę i zostaje na stałe.
Podobno trzy czwarte studentów z Białorusi nie wraca do kraju.
- Doskonale ich rozumiem. Tu jest więcej możliwości, tu nie trzeba się bać zwolnień i siedzieć cicho. Lubię Polskę, ale Białoruś to mój kraj i wspaniali ludzie. Nie wiem, jak to będzie, ale bardzo bym chciała wrócić.
Grzegorz Szymanik: KGB? Po co? KGB?
- Połowa studentów białoruskich, którzy studiują w Polsce, jest po pierwszym roku przesłuchiwana przez KGB. Nie tylko aktywiści opozycji, ale również osoby o poglądach prorządowych. W moim przypadku to był jakiś trzeci dzień po powrocie do domu. Ranek, śpię twardo, nagle telefon. - Viktoria Shuhratovna? - pyta ktoś w słuchawce. - Tak. - Jestem z KGB, chciałbym porozmawiać. Za dwadzieścia minut chcę panią widzieć u nas.
Budynek, w którym przyjmują, jest 400 metrów od mojego domu w Żabince. Powiedziałam, że dopiero się obudziłam, ale postaram się być. Pomyślałam, że lepiej pójść, powiedzieć coś neutralnego, niż potem mają się czepiać.
Ubrałam się, ogarnęłam i właśnie zakładałam buty, gdy znowu zadzwonił telefon. Była już dziesiąta. "Dlaczego pani jeszcze tutaj nie ma?". W końcu dotarłam na miejsce, przed biurkiem siedział młody mężczyzna.
O co pytał?
- Pani studiuje w Polsce, tak? Czy ma pani tam jakieś problemy? - zaczął. - No tak, mam poprawki. - Aha. Jest pani na Kalinowskim [program stypendialny im. Konstantego Kalinowskiego dla młodych Białorusinów, którzy nie mogą studiować na Białorusi ze względu na poglądy]? A co wy tam robicie? - Uczymy się. - A dla kogo to program? - Dla osób, które nie mogą studiować u nas. - A dlaczego nie mogą? - To pan wie chyba lepiej.
Pytał też o rodziców, o to, dlaczego mamę, działaczkę opozycji, zwolnili z pracy, o sytuację finansową. Ale miał przestarzałe dane, moja mama pracowała już w innej gazecie.
Wychowywałaś się w "opozycyjnym domu", więc od dziecka musiałaś mieć świadomość, że sytuacja na Białorusi nie jest tak wspaniała, jak opisują ją oficjalne media. A twoi rówieśnicy?
- Mam swoją paczkę przyjaciół na Białorusi. Pięć dziewczyn i jeden chłopak. Moi najlepsi przyjaciele, jeszcze z podstawówki. Ja mam bardzo opozycyjne poglądy. Chłopak też, ale się nie angażuje - studiuje na uczelni na Białorusi i boi się, że go wyrzucą. Jedna dziewczyna niby nie przepada za Łukaszenką, ale tak nie do końca. A trzy pozostałe mają prorządowe poglądy i słuchają rządowego radia, tak zostały wychowane. Dobrze się znamy, każdy wie, co myśli drugi. Nie rozmawiamy na tematy polityki. Próbowaliśmy, nie wychodziło. Ale oni i tak mnie wspierają, choć czasem nie rozumieją, dlaczego to robię - przecież nic z tego nie mam. No, chyba że problemy.
Przed zeszłorocznym koncertem "Solidarnymi z Białorusią" mówiło się o odwilży. Część opozycjonistów wyszła z więzień. Potem w kwietniu Łukaszenka po raz pierwszy od 14 lat odwiedził zachodnią Europę. Ale ostatnio w polskich mediach znów o Białorusi głośno, głównie za sprawą Związku Polaków.
- Bo to tylko pozorna liberalizacja. Łukaszenka parę lat temu ogłosił, że będzie się otwierał na Europę. Dziś na Białorusi mówi się więc w kółko: "Zobaczcie, jacy jesteśmy otwarci, gotowi na współpracę, to Europa jest zła i nie chce współpracować. Robimy wolne wybory, wypuszczamy ludzi z więzienia". Tylko co z tego, skoro wsadzają innych, a wybory są tylko pozornie wolne? Niestety, na plac Październikowy, w rocznicę protestów 2006 roku, przychodzi coraz mniej ludzi. Boją się, że stracą pracę, że trafią do więzienia. Za to, na całe szczęście, dużo zmieniło się w tym roku w opozycji.
Gdy mówi się o białoruskiej opozycji, najczęściej używa się słów: skłócona, rozbita. Mówi się o jej słabości. Nawet w 2006 roku podczas protestów na placu było dwóch liderów, którzy nie do końca się ze sobą nie zgadzali.
- Moja mama działała w opozycji bardzo aktywnie do 1998 roku. Potem zwolnili ją z pracy (jest dziennikarką). I mimo że znalazła inną, to zaczęła od tej działalności powoli odchodzić. Poznała wszystko od środka, widziała kłótnie. Zniechęciła się, straciła nadzieję.
Jednak niedawno odbył się kongres sił demokratycznych. Do kierownictwa Białoruskiego Frontu Ludowego (BNF), głównej partii opozycyjnej, wybrano młodych ludzi. Może nie mają doświadczenia, ale mają zapał i zupełnie inną wizję działalności opozycyjnej. Zdają sobie sprawę, że Białoruś jest inna niż Ukraina. Że tu po prostu nie wystarczy wyjść na plac i chcieć manifestować. Na Białorusi to nie zadziała. Trzeba zacząć wszystko zmieniać od małych miasteczek.
Bo prowincja kocha Łukaszenkę szczerze? A demokracja kojarzy im się z bałaganem, chaosem początku lat 90.?
- Tak. Łukaszenka przez całe 15 lat prowadził politykę promocyjną swojego rządu, a ludzie na prowincji mają ograniczone źródła informacji. Znają państwowe radio, telewizję i tyle. A tego, co mówią w tych państwowych mediach, nie da się słuchać nawet pięciu minut. Ludzi nie obchodzi, że Łukaszenka mówi jedną rzecz, a następnego dnia już coś innego, że gada bzdury. Bo to już wniknęło im w podświadomość.
Więc teraz ci młodzi chcą jeździć po małych miasteczkach, wsiach i powoli przekonywać, że zmiany są potrzebne. Nie mówić "jest źle", ale "może być inaczej, lepiej".
W miastach ludzie raczej Łukaszenki nie popierają, ale boją się, że stracą pracę. Przed każdymi wyborami w zakładach jest zebranie. I dyrektor mówi: "Słuchajcie, jeśli nie przegłosujecie, jeśli nie pójdziecie na wybory, to do widzenia". Więc głosują, bo boją się represji.
"Solidarni z Białorusią" zagrają w Warszawie po raz piąty. Znów tłumy na placu Teatralnym i biało-czerwono-białe wstążeczki. Ale czy na Białorusi jest jakiekolwiek echo tego koncertu?
- Białorusini wiedzą, że Polacy ich wspierają. Niestety, tak samo jak opozycja, mamy problem, by dotrzeć na prowincję. O koncercie wiedzą więc ci, którzy mają dostęp do jakichkolwiek innych źródeł informacji niż państwowe radio i telewizja, bo te ostatnie o koncercie milczą. Wiedzą o nim zwłaszcza ci młodzi, wykształceni, którzy szukają informacji o Białorusi poza oficjalnym obiegiem np. w nadawanej z Polski Telewizji Biełsat i jej strony internetowej. Inicjatywa wysyła też notki prasowe do białoruskich mediów. Bardziej opozycyjne portale piszą w tonie hurraoptymistycznym: "Polacy grają dla nas! Za demokrację". W innych, które starają się być neutralne, pojawia się lakoniczna informacja: "W Warszawie odbył się koncert dla Białorusi. Tematyką była wolność". Rozsyłamy także informacje po znajomych, by wieść o koncercie krążyła także pocztą pantoflową. Właściwie dla kogo to jest koncert? Białorusinom niewiele on pomoże.
- Raczej chodzi o przypominanie, że tam ciągle trwa walka, że walczymy o demokrację. Żeby o Białorusi nie zapominać. Bo Polska jest dziś bardziej nastawiona na Europę. O Białorusi mówi się zazwyczaj, jeśli dzieje się tam coś bardzo złego, albo jeśli dotyczy to Polaków. W ogóle Polacy bardzo mało wiedzą o Białorusi: że jest jakiś Łukaszenka, że nie ma demokracji, że tam jest źle i szaro. Ale o ludziach, tradycji, historii? Prawie nic. A przecież jesteśmy narodami bardzo do siebie podobnymi, mówię o charakterze, słowiańskiej duszy. I to też chciałabym dzięki Inicjatywie zmieniać: promować Białoruś, nie tylko mówić o Łukaszence, ale też o jej jaśniejszych stronach.
Jak znalazłaś się w Inicjatywie "Wolna Białoruś"?
- Na początku programu Kalinowskiego dostaliśmy opiekunów, którzy mówili po białorusku. W większości to byli właśnie ludzie z Inicjatywy. Zaprzyjaźniłam się z nimi, no i w końcu sama zaczęłam działać. Zresztą założenie Kalinowskiego jest takie, żebyśmy tu też działali. Chociaż nie zawsze się to udaje, aktywnych jest może 10 proc. studentów. Dostajemy niezłe stypendium, ale mimo to często, gdy nie ma pomocy od rodziców i nie można wrócić do domu, bo toczy się tam sprawa karna, bywa ciężko, trzeba dorabiać i brakuje czasu. Potem wielu studentów znajduje tu dobrą pracę i zostaje na stałe.
Podobno trzy czwarte studentów z Białorusi nie wraca do kraju.
- Doskonale ich rozumiem. Tu jest więcej możliwości, tu nie trzeba się bać zwolnień i siedzieć cicho. Lubię Polskę, ale Białoruś to mój kraj i wspaniali ludzie. Nie wiem, jak to będzie, ale bardzo bym chciała wrócić.
Przeczytaj także: Koncert Solidarni z Białorusią 2010
-
"Solidarni z Białorusią" zagrają w Warszawie pi...
zbrojarz.betoniarz
09.04.10, 14:27
Muzyczka raczej nie wzruszy Łukaszenki. Ot, impreza dla uspokojenia sumienia.A ja uważam, że działania powinny być skuteczne no ale Radzio w tej sprawiejest niestety nieruchawy. Choć jakiś »
-
"Solidarni z Białorusią" zagrają w Warszawie pi...
snrkaganini
09.04.10, 16:58
Tak, Bialorus to nie Ukraina. Na Bialorusi ludzie sa madrzejsi, i niechca "kolorowych" rewolucji ani porad Michnika...»
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Motocyklista w ciężkim stanie po wypadku na Racławickiej
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Masa Krytyczna: "My nie blokujemy ruchu"
- Warsaw Music Week. Wieczór z hip hopem od Prosto
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]


