Wspomnienia w pociągu do Katynia

Jerzy S. Majewski
10.04.2010 aktualizacja: 2010-04-09 21:52
A A A Drukuj
- Z Kozielska w grudniu 1939 r. nadszedł list od ojca. Był przepełniony miłością. Pisał do mamy: "Marysiu, zrób długi, byle dzieci miały piękne święta i choinkę. Jak wrócę, to wszystko spłacę" - opowiada Bożena Mazurek.
Jest jedną z 400 osób, które w piątek wyruszyły specjalnym pociągiem z Dworca Zachodniego na centralne uroczystości 70. rocznicy zbrodni katyńskiej. - Jedzie z nami ponad 250 członków Rodzin Katyńskich, harcerze, wolontariusze, przedstawiciele szkół. W sobotnich uroczystościach w Lesie Katyńskim będzie też uczestniczyć prezydent Lech Kaczyński - mówi minister Andrzej Przewoźnik, sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.

Ojciec Bożeny Mazurek Leon Stapf był zawodowym oficerem saperów. - O jego śmierci dowiedziałyśmy się w 1943 r. Choć był jedną z pierwszych ofiar zbrodni katyńskiej, które zostały zidentyfikowane, to mama wciąż miała nadzeję, że udało mu się uciec z niewoli - opowiada jego córka.

Barbara Wojnicz-Mierkowska, córka Franciszka Wojnickiego, do Lasu Katyńskiego wybrała się już po raz drugi. Jej ojciec był ziemianinem spod Połocka. Gdy wybuchła wojna, jako oficer rezerwy na ochotnika zgłosił się do Korpusu Ochrony Pogranicza. - Pamiętam dzień pożegnania. Nigdy więcej już go nie widziałam - wspomina. Gdy weszła Armia Czerwona, jej rodzina została wywieziona na Syberię. Ona z matka i siostrą przedarły się przez zieloną granicę do strefy okupowanej przez Niemców i zamieszkały u dziadka we wsi Surowa pod Mielcem. - Z ojcem nie miałyśmy kontaktu. Mama wysyłała listy, ale pozostawały bez odpowiedzi. O jego śmierci dowiedziałyśmy się z list katyńskich w 1943 r. Obok nazwiska wymieniono rzeczy znalezione przy ojcu: ryngraf z Matką Boska i list od mamy. Ta wiadomość przyszła do nas w najbardziej tragicznym momencie. Dziadek i wuj działali w AK, Niemcy ich aresztowali, a wieś spacyfikowali. Na moich oczach zamordowali dziadka, wujka i jego brzemienną żonę - opowiada.

List dostała też żona Zygmunta Kwiatkowskiego z Karczewa. - Przed wojną ociec pracował w warszawskiej ubezpieczalni społecznej. Jako podporucznika rezerwy zmobilizowano go do 17. Pułku Ułanów. Został zastępcą komendanta pociągu ewakuacyjnego. Ten skład ostrzelali sowieci. Ranny trafił do niewoli w Tarnopolu - mówi. List przyszedł jeszcze w 1939 r. Ppor. Kwiatkowski pisał, że jest ranny w głowę i plecy, ale to nic groźnego. - Jego nazwisko pojawiło się na liście zamieszczonej w "Nowym Kurierze Warszawskim" w 1943 r., ale przy nazwisku był błąd w dacie urodzenia. Ten błąd był dla nas nadzieją przez cała okupację.

Przeczytaj także: Zawirowanie wokół dębów pamięci ofiar Katynia

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy